piątek, 29 lipca 2011

OBRAZ V - "Wianek z zielonych gałązek mirtu"

CD

 Przedszkole mieściło się kiedyś na rogu ulic Cieliczańskiej i Zielonej. Duży budynek z czerwonej cegły, z obszernym ogrodem. To tutaj umieszczono posterunek policji, na potrzeby dwóch filmów Jacka Bromskiego „U Pana Boga w ogródku” i „U Pana Boga za miedzą”.

Beztroskie lata przedszkolne - pierwsza z prawej to ja.

 Każda grupa, maluchy, średniaki i starszaki miały swoje odrębne sale, w których odbywały się zajęcia. Najbardziej lubiłam taniec. Tańczyliśmy krakowiaka, kujawiaka i poleczkę, a stroje i rekwizyty przygotowywali rodzice. Każda dziewczynka posiadała w swojej garderobie strój krakowski, a była to czerwona spódniczka, na której naszywano poziomo różnokolorowe, jedwabne wstążeczki, z białym haftowanym fartuszkiem, biała bluzeczka z szerokimi rękawami zebranymi w koronkowe mankieciki, czarny aksamitny serdaczek z przecudnymi błyszczącymi cekinami, sznurowany z przodu, lub zapinany na haftki. Całości dopełniały dmuchane, tak jak bombki na choinkę, sznury korali i mnóstwo barwnych wstążeczek upiętych na ramieniu serdaczka. Dziewczynki same na zajęciach przedszkolnych robiły wianuszki z delikatnych, gładkich i karbowanych bibułek, a także różnego rodzaju grzechotki z grochem w środku.

Boże Ciało - jestem dokładnie po środku, ostatnia w krakowskim stroju.

W takim stroju sypałam też kwiatki przed Najświętszym Sakramentem podczas niedzielnych i świątecznych procesji, albo dumnie trzymałam jedną z sześciu szarf poduszki, którą zawsze niosła starsza koleżanka. Krakowskie stroje na pierwszy rzut oka niby takie same, a jednak różniły się ilością i barwą wstążek, ilością sznurków korali, a przede wszystkim wzorami misternie tworzonymi przez hafciarki. Na małych pleckach można było podziwiać motyle z rozłożonymi skrzydełkami, różnego rodzaju kwiatuszki i szlaczki. Dół serdaczka sięgającego bioder wykończony był małymi zaokrąglonymi patkami bogato zdobionymi haftem. Głowy dziewczynek rozświetlały wianuszki ze sztucznego białego kwiecia, lub plecione przez mamy, czy też babcie wianki z drobnych polnych rumianków, albo stokrotek z dodatkiem zielonych gałązek mirtu. Moje długie blond loki mama zbierała w koński ogon związując mocno białą kokardą. To niezwykle modne wykończenie fryzury widać było na każdej główce kolorowej istotki.

Zdjęcie zrobione w domu pani fotograf

 Dziewczynki mogły nosić te stroje do dnia Pierwszej Komunii Świętej. Od tego momentu obowiązywały białe sukienki. Każda z nas niecierpliwie czekała na ten wielki dzień, na taką jakby przepustkę w bardziej dorosłe lata, za którymi się tęskni tylko do pewnego wieku…

Z rodzicami chrzestnymi

 Moją garderobą zajęła się moja matka chrzestna, rodzona siostra mamy, która na ten niezwykły dla mnie czas zjechała z cała rodziną z Kołobrzegu. Ciocia Władzia i jej mąż Franciszek mieli tylko jedno dziecko, chłopca imieniem Adam, starszego ode mnie o trzy lata. Marzeniem, nigdy niespełnionym mojej ciotki, była córka. Męczyło mnie jej „matkowanie” ale prezenty od niej przyjmowałam z wielką radością. Sama projektowała dla mnie sukienki, a kiedy wyjeżdżałam do niej na wakacje z wielką dumą prezentowała mnie światu, kupowała ciuszki i materiały. Zawsze wracałam z nad morza z pełną walizką kolorowych kreacji szytych na miarę przez zaprzyjaźnioną krawcową.

Z moim ojcem przed naszym domem

 Moja sukienka do Pierwszej Komunii Świętej była jedyna i niepowtarzalna, wykonana z szyfonu w drobne białe kwiatuszki. Odcinana w pasie, z dołem z pełnego klosza, z trzema warstwami falban po bokach, przechodziła w górę wykończoną okrągłym kołnierzykiem z drobniutką falbaneczką i takimi samymi drobnymi marszczeniami wszytymi w szwy idące skośnie od pasa do ramion. Długie rękawy zebrano w misternie marszczone mankieciki. Całość uzupełniały białe rajstopki i pantofelki na płaskim obcasiku z wywiniętą kokardką na śródstopiu. W przeddzień ceremonii w domu po prostu wrzało. Rodzice przygotowywali uroczysty obiad dla gości, sprzątali, dekorowali dom, a ja siedziałam pozornie spokojna na środku kuchni i obserwowałam całe to zamieszanie. Ciocia Władzia krążyła dookoła mojego krzesła i z wielkim namaszczeniem kręciła loki francuskie na mojej głowie. Babcia wiła wianek z zielonych gałązek mirtu, co chwila robiąc przymiarki. W pewnym momencie moje myśli wybiegły gdzieś poza dom, przypominałam sobie wszystkie wskazówki księdza Aleksandra dotyczące zachowania w kościele. To on zadbał o to, żeby każdy z nas, zgodnie z prawem i tradycją kościoła, oczyszczony z grzechów, godnie przyjął Pana Jezusa do swojego serca. To on uczył nas katechizmu, modlitw i pieśni…To on wreszcie zadbał o każdy szczegół w naszych postawach tego dnia. Podczas wielu prób korygował nasz sposób poruszania się, siadania, klękania… Pamiętam, jak schylony, nieraz klęczący poprawiał nam układ stóp podczas adoracji Najświętszego Sakramentu. Pilnował, aby sterczące do góry pięty były zawsze złączone. Niesamowita osobowość. Nigdy nie zapomnę lekcji religii, prowadzonych przez niego. To nie była jakaś niezrozumiała paplanina, lecz pobudzający moją wyobraźnię uplastyczniony wykład, a więc jeżeli ksiądz mówił o sakramencie chrztu, to naprawdę chrzciliśmy dziecko, przeżywaliśmy każdy szczegół tego wydarzenia, jeżeli mówił o drodze krzyżowej, to wyświetlał przeźrocza dotyczące męki Pańskiej i razem z Jezusem szliśmy na Golgotę… Sam mieszkał na poddaszu plebanii, w małym pokoiku, który przedzielony wielkim regałem z książkami, pełnił rolę pokoju i sypialni. Przedłużeniem biblioteki był mały stolik, na którym stała biała emaliowana miska i duży dzban z wodą. Tak wyglądała łazienka. Dzieci i młodzież lubiły to skromne mieszkanko. Ksiądz chętnie wypożyczał książki, spotykał się z ministrantami, a w szczególnej opiece miał chorych. Kiedy moja babcia zachorowała na dobre odwiedzał ją, pocieszał, przynosił zawsze coś odpowiedniego do czytania.

Goście - rodzina i przyjaciele

 Wrócę jeszcze do samej uroczystości. W niedzielę cała rodzina i przyjaciele rodziców uczestniczyli w tej ważnej dla mnie Mszy Świętej. Wszystkie dziewczynki miały na sobie białe sukienki przykrywające kolana, a chłopcy czarne garnitury z wykładanymi na poły ubranka kołnierzykami białych koszul. Na mojej szyi wisiał medalik, w rękach , poprzez specjalną na tę okazję kupioną chusteczkę, trzymałam świecę. Długie francuskie loki spływały na ramiona i przy każdym poruszeniu drgały jak sprężynki z góry na dół.

Po uroczystym obiedzie na spacerze w lesie

 Do uroczystego obiadu zasiadłam przy krótszym boku stołu, na specjalnie przygotowanym krześle, obleczonym białą tkaniną i przybranym zielonymi gałązkami mirtu.

Na spacerze w lesie

Nie pamiętam menu, ale wiem jedno, byłam szczęśliwa. Po obiedzie matka chrzestna wręczyła mi zegarek, z którego byłam bardzo dumna. Zmieniłam sukienkę na granatowy dwuczęściowy mundurek z plisowaną spódniczką i żakiecikiem wkładanym przez głowę z marynarskim białym kołnierzem, ktoś splótł mi dwa długie warkocze i tak ubrana towarzyszyłam gościom w spacerze do lasu, który rozciągał się tuż za płotem naszego nowego domu przy ulicy Kościelnej. Niezapomniany dzień. Ćwierkałam radośnie biegając miedzy starszymi zabawiając ich rozmową. Zatrzymywaliśmy się a to przy pniu ściętego drzewa, a to na zielonej polance, w brzozowym zagajniku czy też w jakimś innym urokliwym miejscu i robiliśmy zdjęcia.

Radosny dzień Pierwszej Komunii

 Potem był Biały Tydzień i Boże Ciało. Tym razem uczestniczyłam w procesji w białej komunijnej sukience…

CDN

środa, 27 lipca 2011

OBRAZ IV " Czekolada"

CD

     Wojtek ostatnią sobotę karnawału spędzał razem z Martą w Bohemie. Tam z kolei, ojciec jego dziewczyny świętował z przyjaciółmi jubileusz swoich czterdziestych urodzin.
 Byłam dumna z mojego osiemnastolatka. Szczupły, młody, wysoki mężczyzna, tuż przed maturą…Jak ten czas szybko leci. Jeszcze nie tak dawno woziliśmy go w wózeczku.

 Wojtek urodził się 11 listopada 1992 roku. Szczęśliwy ojciec często powtarzał, że powinniśmy mu nadać imię Józef, na pamiątkę wydarzeń z 11 listopada 1918 roku, kiedy to po 123 latach zaborów, Polacy otrzymali niepowtarzalną szansę odzyskania utraconego bytu narodowego, a Józef Piłsudski przejął od Rady Regencyjnej Naczelne Dowództwo nad formującym się Wojskiem Polskim i w trzy dni później całą władzę cywilną.
 Znamy wydarzenia z tamtych lat, a wielu z nas pamięta, że Święto Niepodległości przywrócił narodowi Sejm IX Kadencji w 1989, tj. trzy lata po narodzinach Wojciecha.

Ja i mój starszy brat Ryszard

 Czy to nie czysty paradoks? Kiedy ja pchałam się na ten świat, umierał Stalin. Dzień po moich narodzinach cały blok wschodni pogrążył się w żałobie. Z radia płynęła muzyka poważna, słychać było rozpacz ludzi, wyły syreny, a mój sześcioletni brat płakał.
Na pytanie mojej mamy, dlaczego płacze, odpowiedział:
 - Wszyscy w radiu płaczą, bo umarł dziadzia Stalin.
Mama uspokoiła brata łagodnym głosem mówiąc:
 - To, co stare musi kiedyś odejść. Zobacz urodziła ci się siostrzyczka, nowe życie. Chodź, popatrz, jaka jest malutka i wydaje się być radosna, nie płacze.
To były czasy, kiedy położne przyjmowały porody w domu.
Kilka dni później mama przykazała mojemu tacie:
 - Leć Władeczku do magistratu i zgłoś narodziny naszej córki Ewy Marii.
 Radosny ojciec pobiegł do „supraskiego ratusza”, ale po drodze zgubił gdzieś drugie imię i zapisał tylko pierwsze Ewa i tak już zostało.

Pamiętam kolory tej sukienki 



    A ja byłam dumna ze swojego imienia, chociaż w szkole dzieciaki tworzyły różne rymowanki typu: „Ewka konewka, Ewka marchewka” i próbowały wyprowadzić mnie z równowagi. Podobnie było z nazwiskiem. Do dzisiaj dźwięczy mi w uszach wierszyk: „Pani Malinowska się opala, a pan Malinowski się podwala…”
Nie dałam sobie w kaszę dmuchać. Wszyscy wiedzieli, że takie wierszyki mogą deklamować w bezpiecznej ode mnie odległości. Nie daj Boże, żeby ktoś stał w zasięgu mojej ręki.

Sycylia - katedra w Monreale

  I tak oto, Ewa, według Biblii pierwsza kobieta, żona Adama, matka wszystkich ludzi, w języku hebrajskim dająca życie, rozpoczęła swoją przygodę na ziemi.
 Dzisiaj, ilekroć, ktoś kojarzy to imię z kusicielką, która za swój grzech została wypędzona z Raju, próbuję wyjaśniać, że Bóg najpierw stworzył Adama i przykazał mu:
 -„Możesz jeść do woli ze wszystkich drzew ogrodu, ale z drzewa, które daje wiedzę o dobru i złu, jeść nie będziesz! Gdybyś z niego zjadł, czeka cię pewna śmierć” (Księga Rodzaju 2,16 – 2,17).
Dopiero potem, kiedy Bóg zesłał twardy sen na człowieka, wyjął zeń żebro i ukształtował kobietę. Jednym słowem uczynił Adama odpowiedzialnym, za losy ich dwojga. Słabej woli Adam, oczarowany Ewą, uległ pożądliwości ciała i oczu, i uczuciu pychy, i spróbował zakazanego owocu z Drzewa Poznania Dobra i Zła, skazując siebie i żonę na tułacze życie poza Edenem.
 Jak potoczyłyby się losy tych dwojga, gdyby to Adam przejął inicjatywę i zaproponował Ewie inny owoc? Tego nie dowiemy się nigdy!

     Moje dzieciństwo upływało w głębokiej nieznajomości ówczesnego świata. Wszystko to, co dzisiaj urasta do rangi problemu, kiedyś problemem nie było. Ludzie doskonale dawali sobie radę w tych latach niedostatku, skutecznie chroniąc swoje dzieci przed czyhającymi je niebezpieczeństwami. Wszystko, co złe było gdzieś poza mną. Rodzice nigdy nie prowadzili rozmów w mojej i braci obecności. Nauczeni doświadczeniem z czasów wojny i świadomością panującego ustroju, nie wyrażali głośno swoich opinii ani o świecie, ani też o ludziach, z którymi się spotykali i przyjaźnili.

Na terenie Prus

Sami poznali się w czasie II wojny światowej, wywiezieni na roboty na teren Prus, w okolice Stadt Deutsch Eylau (od 1945 r. oficjalna nazwa miasta to Iława). Mama urodziła się w Jarocinie, ale przed wojną mieszkała w Brodnicy. Tam skończyła szkołę średnią ze znajomością języka niemieckiego. Ojciec urodził się w małej wsi Zasady, około 9 km od Supraśla. W połowie września 1939 roku został wywieziony i uwięziony przez Niemców najpierw w stalagu I A, a potem XX B w Marienburgu – niemiecka nazwa Malborka.
18 lipca 1940 roku przeniesiono go do pracy w gospodarstwie u bauera Ferdynanda Pohla.

 Aniela i Władysław - 01.07.1945

Po wojnie, rodzice osiedlili się najpierw w Brodnicy, gdzie w czerwcu 1945 roku wzięli ślub, potem wyjechali do Kołobrzegu. Mama pracowała jako księgowa w Zarządzie Miejskim, a następnie jako zastępca przewodniczącego Prezydium Miejskiej Rady Narodowej. Ojciec trudnił się nielegalnym odławianiem łososi i zarabiał niezłe pieniądze, podczas gdy jego ukochana Anielka żyła w nieustannym strachu, z wizją męża za kratkami. W czasie drugiej wizyty w rodzinnych stronach mojego taty, rozejrzała się za pracą w Białymstoku i postanowiła, że sprowadzą się tutaj na dobre.

Mama, ja, brat Tomasz

 Ja i mój młodszy brat urodziliśmy się już w najpiękniejszym zakątku Puszczy Knyszyńskiej.
W czasach, kiedy posyłano mnie do przedszkola Supraśl wyglądał zupełnie inaczej niż dzisiaj. Ulice miasteczka, poza może dwiema głównymi, nie posiadały utwardzonych nawierzchni. Dzieciaki bawiły się na piaszczystych ulicach i nikt nie martwił się o ich bezpieczeństwo, bo zagrożenia żadnego nie było. Może tylko, raz w tygodniu zjeżdżali furmankami rolnicy z okolicznych wsi, ażeby sprzedać płody ziemi, jajka, mleko, śmietanę, sery…
 O telewizji jeszcze nikt nie słyszał. Sąsiedzi żyli w zgodzie i często popołudniami przesiadywali na przestronnych gankach gawędząc o tym i owym, podczas gdy ich pociechy ganiały po ulicy, nierzadko z pajdą chleba w ręce i gilami pod nosem. Nauczyłam się robić sama takie kanapki na wynos. Wystarczyło tylko, aby ktoś ze starszych odciął grubą kromkę z bochenka chleba, a potem mogłam już obficie posypać ją cukrem i specjalną techniką skropić wodą. Nie było to łatwe zadanie. W jednej ręce trzymałam chleb, w drugiej kubek. Przytrzymując palcem wskazującym stróżkę wody wyciekającą z naczynia kierowałam ją na kryształki cukru, które po chwili rozpuszczały się tworząc coś w rodzaju skorupy na miękkim świeżutkim chlebie. Musiało być pyszne, skoro pamiętam to do dzisiaj.
Rodzice wynajmowali wówczas mieszkanie na Nowym Świecie, tuż przy Świętej Sośnie.
 Któregoś dnia, wystrojona w białą muślinową sukieneczkę z krótkimi rękawkami i okrągłym kołnierzykiem pod szyją, w białych króciutkich skarpetkach i ciemnych sandałkach na drobnych stópkach, zapinanych na paseczek tuż obok kostki, biegałam z Jaśkiem z sąsiedztwa po piaszczystej ulicy. Jasiek miał na nogach identyczne skarpetki i sandałki jak moje, białą koszulkę ( t-shirty wówczas nie istniały) i krótkie czarne spodenki na szelkach zapinanych z przodu na dwa duże białe guziki. Były tam jeszcze i inne dzieci, a także mój starszy brat. Mogłam mieć nie więcej niż cztery lata. Radosna, rozbrykana dziewczynka z blond loczkami opadającymi na ramiona i jednym dużym lokiem wykręconym na palcu na środku czoła. Z wielką przyjemnością oglądam zdjęcia z dzieciństwa. Są naprawdę wzruszające i piękne.


Z Jaśkiem z sąsiedztwa

Ale wracam do mojej opowieści. Biegałam sobie beztrosko, podśpiewując i podskakując raz na jednej, raz na drugiej nodze, kiedy nagle z bocznej wąziutkiej uliczki Piaskowej ktoś wyjechał rowerem. Wpadłam wprost pod przednie koło. Jakże się ucieszyłam, kiedy ujrzałam pochyloną nade mną sylwetkę księdza proboszcza Bójnowskiego (wówczas wikarego) w sutannie. Ksiądz Stanisław podniósł mnie z ziemi, zapytał czy nic mnie nie boli, a kiedy kręciłam głową, mówiąc, że wszystko w porządku, sprawca wypadku wyjął z przepastnej kieszeni swojej czarnej sukienki wielką czekoladę, pogłaskał mnie po blond główce i na pociechę wręczył słodkości.
Dygnęłam przed proboszczem i z promieniejącą ze szczęścia twarzyczką pobiegłam w stronę ganku, krzycząc radośnie:
 - Mamo, tato, ksiądz mnie przejechał i dostałam czekoladę!
Rodzice cieszyli się, że jestem cała, a dzieciaki obstąpiły mnie w nadziei, że obdaruję je moją zdobyczą. Nic podobnego się nie stało. Przyciskałam do piersi wielką tabliczkę czekolady, krzycząc:
 - Idźcie tam, to może ksiądz też was przejedzie!
Później, kiedy byłam już nieco starsza, wspominaliśmy często ten wypadek, śmiejąc się, że wszystko dobre, co się dobrze kończy. Ksiądz proboszcz nie ukrywał, że się bardzo wówczas przestraszył!

CDN

wtorek, 26 lipca 2011

OBRAZ III "Taniec"

 CD
 Jednak nie z każdej zabawy wracaliśmy do domu w dobrych nastrojach. Pojawiało się czasami to paskudne uczucie zazdrości, które swym jadem wykrzywiało twarz mojego mężczyzny. Puszył się wówczas jak paw wciskając głowę w rozrastające się w jednej chwili barki, nadymał policzki, wytrzeszczał oczy, ściągał i rozciągał usta, pąsowiał…a ja miałam wrażenie, że zaraz wybuchnie jak wulkan zatruwając powietrze całym tym nagromadzonym w sobie materiałem piroklastycznym. Długie lata pracowałam nad tym negatywnym, niszczącym uczuciem, szukając wyjaśnień takiego typu zachowań.


Perłowe gody

 „Nie dopuszczaj do siebie zgryzoty i nie wyniszczaj się przez samoudręczenie. Radość serca jest życiem człowieka, pogoda ducha ludzkiego odpędza gniew. Uwolnij swą duszę, rozwesel swoje serce, a udrękę odpędź od siebie daleko; bo wielu zgubiła troska, a udręka korzyści nie przynosi. Zazdrość i troska skracają dni a zmartwienie przedwcześnie sprowadza starość. Lepiej jest zmienić usposobienie niż [zmieniać] przysmaki, wtedy i zwykłe pożywienie wychodzi na zdrowie”. [ „Mądrość Syracha”. „Troska” (30,21-25)]

 Uważam, że taniec jest to jedna z najlepszych form wyrażania własnych emocji. Ten swobodny przepływ ruchu poprzez ciało uwalnia w nas napięcia i stres, prowadzi do lepszego zrozumienia własnego ciała, dodaje energii i spontaniczności, uspokaja umysł. Ruch jest doskonałym lekarstwem na choroby ciała i duszy. Sufici wierzyli, że naśladowanie w tańcu ruchów ciał niebieskich pobudza duszę człowieka do wzmożenia swej miłości do Boga…

Perłowe gody

 Czasami uda mi się zorganizować wieczór taneczny, tête á tête, tylko my, we dwoje…
Wspaniałe, popisowe zmagania się ze swoim ciałem, prezentacja siły i wdzięku, odrętwienie i pobudzanie zmysłów, uspokojenie i gwałtowność, oddalenie i zbliżenie, zatrzymanie rąk i przesuwanie ich po wypukłościach, mocny uchwyt i delikatne muśnięcie…zespolenie i uspokojenie emocji, jak przed burzą, w czasie burzy i po burzy, której towarzyszą wzmagające się odgłosy wyładowań atmosferycznych, robi się coraz ciemniej i mroczniej, a błysk rozdzierający niebo oślepia tak mocnym światłem, że na chwilę wstrzymuje się oddech.
A potem już tylko cisza…piękniejsza od muzyki.

 Kiedyś wracałam z moim synem, miał wówczas około dziesięciu lat, do domu. Jechaliśmy samochodem, moim trzydrzwiowym białym Peugeotem 207. Byliśmy już za Białymstokiem, kiedy wszystkie znaki na niebie i na ziemi wskazywały na to, że za chwilę rozpęta się straszliwa burza. Przycisnęłam pedał gazu, chcąc jak najszybciej znaleźć się w domu. Czarne chmury były tuż za nami i zanim zdążyliśmy dojechać do Ogrodniczek spadła na nas tak potężna ulewa, tak wielkie ilości wody, że samochód stanął w miejscu. Zredukowałam bieg do dwójki i jechałam po omacku. Ale to był dopiero początek spektaklu. Opuszczaliśmy wieś i wjeżdżaliśmy w strefę leśną. Droga prowadziła pod górę, obok starej żwirowni. Wydawało mi się, że znaleźliśmy się w jakiejś magicznej krainie cieni i światła, a kiedy gigantyczne pioruny rozrywały ziemię odsłaniając mi dotąd nieznane przestworza miałam wrażenie, że oto „…ujrzałam wielki biały tron i na nim Zasiadającego. Sprzed Jego oblicza uciekła ziemia i niebo, i zniknęły bez śladu. I ujrzałam umarłych – wielkich i małych – stojących przed tronem. I otwarto księgi. Inną też księgę otwarto, która jest księgą życia. Zatem osądzono umarłych według tego, co w księgach zapisano – według ich czynów. Morze wydało umarłych, co w nim byli, i Śmierć, i Otchłań wydały umarłych, co w nich byli, i osądzono każdego według jego czynów. A Śmierć i Otchłań wrzucono do jeziora ognia. To jest śmierć druga – jezioro ognia. Kogo zaś nie znaleziono wpisanego do księgi życia, wrzucono do jeziora.” (Apokalipsa Jana 20,11 – 20,15).
Wyobraźnia moja i wyobraźnia Wojtka pracowały na zwiększonych obrotach. Mieliśmy wrażenie, że oto otwiera się brama do tej cudownej krainy. Obraz trwał zbyt krótko, żeby go dokładnie opisać, niemniej jednak z wielkim zachwytem i urwanym oddechem podziwialiśmy każde rozdarcie nieba i ciemne, ostro zakończone, wysokie świerki pchające się ku górze i ginące w tym niezwykłym obrazie, przy kolejnej zasłonie kurtyny.

Zachód słońca - widok z okna


 Dwa razy w życiu przeżyłam taką burzę. Ten drugi raz wydarzył się w ubiegłym roku, latem, kiedy to wracaliśmy z Rysiem z krótkiego wypoczynku nad jeziorem rajgrodzkim.
Jechaliśmy drogą z Augustowa do Białegostoku. Około godziny 14:00 rozpętała się tak gwałtowna burza, że widoczność zmalała niemal do zera. Pokonywaliśmy także odcinek leśny, kiedy w pewnym momencie, w strugach deszczu zobaczyłam spadającą na nasz samochód sosnę. Ryszard wykonał odruchowo skręt i w ten sposób dał sobie czas na uniknięcie nieszczęścia. Byłam pewna, że drzewo uszkodziło tył naszego pojazdu i spadło na auto jadące za nami. Zdrętwiałam tak, że nie mogłam wypowiedzieć słowa. Modliłam się, żeby jak najszybciej wyjechać z tej strefy zagrożenia. Modlitwy zostały wysłuchane, bo po chwili spostrzegliśmy parking jakiegoś zajazdu. Ulewa nie pozwalała nam opuścić samochodu, ani też ocenić sytuację, jaka panowała na zewnątrz. Szyby były zaparowane, a każda próba wytarcia ich kończyła się niepowodzeniem. Woda spływała po śliskiej powierzchni, zaciągniętej matowymi firankami skroplonego powietrza. Musieliśmy przeczekać burzę, a kiedy już się rozjaśniło na parking zajeżdżały nowe pojazdy, chociaż tylko z jednej strony. Opuściliśmy nasz wehikuł, ażeby podsumować straty. Na szczęście nic się nie stało i po chwili dowiedzieliśmy się, że drzewo spadło tuż przed jadącym za nami autem.
 Straż Pożarna usuwała już powalone podczas burzy pnie i próbowała przywrócić normalny ruch kołowy. W zajeździe zamówiliśmy wyśmienite pierogi z jagodami na uspokojenie nerwów. Drzemałam, kiedy Ryszard dojeżdżał do domu szczęśliwie…

 Wspomnienie tych niezwykłych zjawisk uleciało jak tylko usłyszałam przepiękną melodię, walca „Na wzgórzach Mandżurii” skomponowanego przez Ilję Szatrowa. Ryszard stał obok mnie, a ponieważ walca tańczyć nie umie wepchnęłam go w ramiona Ali, a sama skłoniłam się przed Rostkiem, którego żona zniknęła gdzieś z kilkoma innymi moimi przyjaciółkami.
Na parkiecie zostało nie wiele par, bo większość mężczyzn nie pojmuje jak można w tej trudnej dla nich plątaninie kroczków delikatnie unosić partnerkę nad ziemią. Rostek, potrafił…Sunęliśmy po parkiecie w idealnej harmonii, lekko, nie zmieniając ułożenia naszych ciał…

     I to był koniec dobrych melodii, bo od tej pory do mojego ucha wpadała muzyka disco polo, której fanką nie jestem. Resztę czasu spędziliśmy na biesiadowaniu przy stole i rozmowach towarzyskich. Ryszard był w doskonałym humorze i do domu nie zamierzał jeszcze wracać, chociaż dochodziła godzina druga w nocy. Zadzwoniłam do syna i poprosiłam, żeby odwiózł nas do domu.

 CDN

niedziela, 24 lipca 2011

OBRAZ II "Niech żyje bal"


 CD
Przed wyjściem na bal, przywołującym minioną epokę lat siedemdziesiątych, zapytałam Rysia, co sądzi o mojej małej czarnej, którą właśnie przymierzałam. Objął mnie wzrokiem i stwierdził, że jest zbyt mała, a rozcięcie na lewym udzie jest prowokujące.
 Zaproponował coś skromniejszego i mniej odsłaniającego. Postanowiłam nie kusić losu tym bardziej, że szafa pęka w szwach i zgrzeszyłabym mówiąc, że nie mam, co na siebie włożyć.
Wyjęłam suknię bez rękawów z grafitowego jedwabiu, zarzuciłam płaszczyk z tego samego materiału, ramiona przyozdobiłam czarnym połyskującym kołnierzem z lisa zawiązywanym na długie jedwabne wstążki i tak wystrojona, pasująca do epoki Gierka wyszłam z domu, a właściwie zostałam wywieziona spod samych drzwi, bo w szpileczkach miałam zachwianie równowagi na śliskiej nawierzchni pokrytej cienką warstwa lodu. Wieczorem chwycił mróz i topniejący w ciągu dnia śnieg zamienił się w lodowisko…



W Ośrodku Wypoczynkowym Knieja, do którego przyjechaliśmy kilka minut po godzinie 19:00, czekała na nas spora grupa przyjaciół. Szerokimi schodami goście wchodzili już do obszernego holu na piętrze, udekorowanego przeróżnymi plakatami, afiszami z lat siedemdziesiątych ubiegłego stulecia. Na ścianach wisiały symbole komunistyczne, znaki dyktatury proletariatu, inaczej mówiąc „ludowładztwa”, sierp – rządy chłopów, młot – rządy robotników, brakowało tylko cyrkla symbolizującego inteligencję pracującą.


Przed wejściem na salę balową


  Każdy z uczestników balu otrzymał kartki towarowo – żywnościowe, po uprzednim sprawdzeniu dokumentów i podpisaniu listy. Po tych wstępnych procedurach i odcięciu pierwszych kwadracików przez komunistyczny komitet organizacyjny, można było schwycić kieliszek z wódką, wypić do dna jednym haustem i zagryźć trunek przepyszną, dygocącą na białym talerzyku, galaretą z nóżek, obficie polaną octem 10 %.
 Z kartkami w rękach, przez otwarte w połowie, przeszklone drzwi, weszliśmy wreszcie, po dość długim wyczekiwaniu w kolejce, do ogromnej sali balowej, odszukaliśmy stół z numerem dziesiątym nakrytym na osiemnaście osób i kolejno bez pośpiechu, zapamiętując szczegóły dekoracji zasiadaliśmy na krzesłach ubranych w kremowe sukienki z kokardami na oparciach.


Stolik nr 10


  Po chwili młodzi, kelnerzy pod czerwonymi krawatami wnieśli pierwsze dania na gorąco, kotlet schabowy z dodatkiem kapusty i opiekanych ziemniaków. Kapusta była wyśmienita, coś jak bigos, tylko podsmażana z zasmażką. Pycha!
 Kolorowe stoły, obficie zastawione jadłem, pękatymi dzbankami z napojami i różnymi innymi trunkami, zimne zakąski, w owalnych półmiskach, śledziki, łosoś i schab w galarecie, jajka faszerowane, sałatki i marynaty zapraszały na ucztę. A jak czegoś komuś brakowało mógł zawsze coś sobie wybrać ze straganu pod strzechą, gdzie w obfitości wystawiono jadło z epoki i nie były to szynki pompowane wodą i faszerowane chemią, ale swojskie wyroby, smaczne i pachnące prawdziwym dymem kiełbasy, szyneczki, balerony, kindziuki, pasztety, kaszanki, salcesony sery i inne specjały. Był także stół z ciastami kremowymi, serniki i roladki poukładane piętrowo, a obok kolumienki deserowych talerzyków i filiżanki, a także termosy z gorącą kawą i herbatą. Nie zabrakło stołu z owocami egzotycznymi poukładanymi w przemyślne wzory kwiatowe. Zwróciłam uwagę na duże marynowane gruszki spowite nićmi z czekolady. Stały dumnie na srebrzystych tacach kusząc łasuchów swoimi krągłościami. Wystarczyło tylko schwycić za sterczący ogonek.
 W smukłych, szklanych wazonach stały czerwone goździki, symbol minionej epoki. Uwielbiam te piękne, tak mało popularne w dzisiejszych czasach, kwiaty...


 Wkrótce zabrzmiały pierwsze tony muzyki z czasów PRL – u.
Trzyosobowy zespół muzyków, wykonał kilka pieśni, wszystkim dobrze znanych.
 Któż by nie pamiętał tekstu Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego z muzyką napisaną przez Tadeusza Sygietyńskiego:

 „Wszystko tobie, ukochana ziemio, nasze myśli wciąż przy tobie są, tobie lotnik, tryumf nad przestrzenią, a robotnik daje dwoje rąk. Ty przez serca nam jak Wisła płyniesz, brzmi jak rozkaz twój potężny głos; murarz, żołnierz, cieśla, zdun, inżynier, wykuwamy twój szczęśliwy los. Ukochany kraj, umiłowany kraj, ukochane i miasta i wioski, ukochany kraj, umiłowany kraj, ukochany jedyny nasz, polski. Ukochany kraj, umiłowany kraj, ukochana i ziemia i nazwa, ukochany kraj, umiłowany kraj, nasz droga i słońce i gwiazda. My trudności wszystkie pokonamy, żaden wróg nie złamie hartu w nas, w słońcu jutra otworzymy bramy, rozśpiewamy, rozświecimy czas. To dla ciebie najgorętsze słowa, wszystkie serca, siła wszystkich rąk, to dla ciebie, piękna i ludowa, każdy dzień i każdy nowy dom...”

 Jedni śpiewali, inni rozlewali trunki, zabawa nabierała kolorów gierkowskiej epoki, wznoszono toasty przy następnej pieśni z tamtych lat. Sama z wielką radością dołączyłam do chóru biesiadników. Tym razem pędząc czerwonym autobusem śpiewaliśmy:

 „Gdy o świcie pędzę wichrem przez ulicę, jak przyjaciel dobry, miasto wita mnie i naprawdę tyle szczęścia wszystkim życzę, ile daje mi Warszawa w każdy dzień. Proszę wsiadać, nikt nie spóźni się do pracy, pojedziemy szybko, choć wokoło las…las rusztowań wokół nas, to właśnie znaczy, że nie stoi tutaj w miejscu czas. Autobus czerwony, prze ulice mego miasta mknie mija nowe, jasne domy, i ogrodów chłodny cień. Czasem dziewczę spojrzenie rzuci ku nam, jak płomienny kwiat. Nowy jest nie tylko Nowy Świat, u nas nowy każdy dzień. A motor tak buczy, dudni basem ponad mostem w tej tonacji radości, w której serce moje gra. Autobus czerwony, a w nim ludzie, choćby każdy z was. Wszyscy patrzą, jakby pierwszy raz zobaczyli miasto swe…”



 Muszę zacytować jeszcze jeden tekst Krzysztofa Gruszczyńskiego, z muzyką Edwarda Olearczyka:

 „Tysiące rąk, miliony rąk, a serce bije jedno. Wzniesiemy dom: Ludową Rzecz słoneczną, niepodległą. Wesoły marsz, milionów krok uderza wspólnym rytmem. Budować świat, promienny świat zadanie to zaszczytne. Z nami słońce i drzewa w pochodzie maszerują przez miasto i wieś niech w szeregi jednoczy się młodzież niechaj praca nas łączy i pieśń. Marzenia lat uskrzydlą nas, szeregów nikt nie zliczy, wzniesiemy gmach, słoneczny gmach, my szczęścia przodownicy…”

Jak sięgam pamięcią wstecz, sama tych pieśni nie śpiewałam. Słyszałam je często w radiu i na pochodach pierwszomajowych, w których udział był obowiązkowy.
A jednak moi rodzice w jakiś nieznany mi sposób wymigiwali się od udziału w defiladzie, przed trybunami wypełnionymi po brzegi przywódcami i działaczami PZPR i urządzali tego dnia pranie pościeli i wielkie płukanie w zimnej wodzie przy studni, a potem rozwieszali białe prześcieradła i pokrowce na grubych sznurach w ogrodzie. To był szczególny dzień porządków nie tylko w domu, ale i na przydomowych rabatkach kwiatowych oraz warzywniku.

W tamtych czasach o wolnych sobotach nikt nawet nie marzył, a niedziela była dniem świętym. Na śniadanie mama przygotowywała nam prawdziwe kakao. Ucierała najpierw brązowy proszek z cukrem i odrobiną mleka, a potem wlewała tę gęstą czekoladę do garnka w momencie, kiedy biały płyn unosił się do góry. Staliśmy z braćmi przy kuchni i czekaliśmy na kubek do wylizania, wkładaliśmy palce do środka i zbieraliśmy na wyścigi ciemną maź ze ścianek naczynia. W wysokim emaliowanym białym dzbanku babcia zaparzała kawę zbożową. Od samego rana kuchnia przyciągała niezwykłymi zapachami. Jeszcze przed wyjściem do kościoła, stawiano wielki aluminiowy garnek na ogień i gotowano rosół z kury, babcia robiła makaron. Po mszy świętej wracaliśmy do domu na obiad. To były zupełnie inne smaki. Każdy dostawał dobrze ugotowany, a potem podsmażony na smalcu kawałek „ptaka” i wysysał aż do kości najdrobniejsze włókienka mięsa. Kości były twarde jak kamień, nie to, co dzisiaj.


 Z tej domowej, rodzinnej atmosfery wyrwał mnie głos płynący przez mikrofon:
 - Panie ze stolika numer dziesięć proszone są po odbiór prezentów, które zostaną wręczone przez przedstawicieli komitetu partyjnego, z okazji zbliżającego się Dnia Kobiet.



  Szłam pierwsza, a za mną dziewięć moich koleżanek, do ustawionego na środku sali stołu, przykrytego zielonym suknem. Na stole stał brązowy dzban z czerwonymi świeżymi polnymi makami. Byłam zdumiona, gdzie o tej porze roku można zdobyć te niezwykle delikatne kwiaty.




 Obok leżały listy, na których należało pokwitować odbiór jednego goździka i jednej pary rajstop. Uciechy było, co nie miara. Zapisywałyśmy te pełne humoru sytuacje aparatem cyfrowym, należącym do Marianny, przekazując go sobie z rąk do rąk. Wreszcie pewien uroczy partyjniak zaproponował:
 - Zrobię towarzyszkom grupowe zdjęcie. 


Przyjaciółki


Obdarzone prezentami, ustawiłyśmy się do wspólnej pamiątkowej fotografii. Każda z nas przyjęła odpowiednią pozę i przykleiła uśmiech. Wspaniałe kobietki, matki Polki, w wieczorowych, pięknych sukniach do pół kolanka, w rozmiarze od trzydzieści osiem do czterdzieści dwa, bawiły się doskonale pokazując zgrabne łydeczki.


Kwitujemy odbiór jednego goździka i jednej pary rajstop

 Po parkiecie krążyły już pierwsze pary. Wróciłyśmy do swoich panów i po chwili dołączyliśmy do tańcujących par. Kilku ormowców kręciło się między nami, podsłuchując rozmów. Ktoś wpadł na pomysł, żeby poczęstować ich wódką i odtąd nikt postronny nie plątał się nam pod nogami, nie nastawiał ucha.
 Tańczyliśmy w parach i w kółeczku, tańce szybkie i wolne. Każdy próbował znaleźć swój własny rytm i uwolnić się od codziennych napięć, jednym słowem naturalnym sposobem wyrazić swoje emocje.
 Ryszard w doskonałym nastroju, obracał mną dynamiczne, odpychał, przyciągał, zatrzymywał mocnym uściskiem, całował moją szyję i policzki, czasami udało mu się musnąć moje usta i przykleić ręce do moich pośladków. Hamowałam jego zapędy uczuciowe w obawie, że zbyt gwałtowny ruch spowoduje uraz mojego splotu barkowego.
To ekspresyjne zachowanie męża wydobywało uśmiechy na twarzach kolegów, którzy jednym zdaniem podsumowali ten niewerbalny sposób wyrażania uczuć:
- Ryszard, po tylu latach, traktujesz Ewę jak cudzą kobietę!
Pochlebiało mi to, bo wiedziałam, że dla niego zawsze jestem atrakcyjna, najpiękniejsza, najmądrzejsza …przyciągałam jak magnes. 

CDN

czwartek, 21 lipca 2011

OBRAZ I "Ostatnia sobota karnawału" - 6 marca 2011

Dzisiejszy niedzielny poranek, rozpoczął się trochę inaczej niż zwykle.
Obudziłam się dość późno, bo około godziny 9:00 i miałam wrażenie, że nie w pełni zregenerowałam siły po sobotniej zabawie karnawałowej. Miałam jeszcze mętlik w głowie i próbowałam pozbierać myśli, a także wygrzebać się wreszcie z ciepłego łoża.
Ryszard, mocno spóźniony, wychodził na zajęcia do Centrum Edukacji w Supraślu…

 Latem ubiegłego roku założył pasiekę i postanowił dowiedzieć się czegoś więcej na temat życia pszczół. Owady te rozpanoszyły się na dobre w jego umyśle, tak, że prawie cały swój wolny czas poświęcał na fachową lekturę, czytał książki, czasopisma, zbierał informacje od pszczelarzy, którzy chętnie dzielili się swoimi doświadczeniami, wreszcie zapisał się na szkolenie, prowadzone po części, w oparciu o środki pochodzące z budżetu państwa i Komisji Europejskiej. Zapisał się także do Rejonowego Koła Pszczelarzy w Białymstoku i z wielkim entuzjazmem myślał o tworzeniu swojego własnego gospodarstwa pasiecznego, zapewniając mnie, że będzie to najlepsze zajęcie na nieuchronnie zbliżające się lata zasłużonej emerytury i dodatkowe źródło dochodu, szczególnie dla mnie, bo on wielkich potrzeb nie ma, a mnie może czasami wesprzeć w mojej pasji podróżniczej. Odtąd głowa mojego męża stała się kolejnym ulem w jego kolekcji małych domków. Karmi mnie opowieściami o życiu pszczółek, gromadzi słoiki na przyszłe miodobranie, kupuje cukier, jednym słowem po trzydziestu sześciu latach naszego małżeństwa, rozpoczął się w naszym życiu okres miodowy. Kto wie, może i mnie pochłonie nauka o pasiece, bo bezpośredni kontakt z tymi żądlącymi owadami jakoś mnie nie pasjonuje. Może zajmę się palinologią, apiterapią, albo produkcją miodów pitnych, projektowaniem opakowań, nalepek, napełnianiem najprzeróżniejszych w kształtach butelek, buteleczek, słoików, słoiczków…Wszystko po to, żeby wyciągnąć z kieszeni licznej klienteli jak najwięcej środków na moje własne potrzeby…


Wizja zysków rozświetliła mój umysł na tyle, że pomału zaczęłam mobilizować siły do rozpoczęcia nowego dnia. Wczorajsza, ostatnia już sobota karnawału, nadwerężyła nieco moje zdolności logicznego myślenia, a obolałe stopy domagały się gorącej kąpieli z dodatkiem soli, łagodzących piekący ból śródstopia. Przydałby się masaż i wcieranie maści chłodzących. Kilka godzin w czarnych zamszowych szpileczkach na śliskim parkiecie zrobiło swoje.
Nie wszystkie przyjemności są przyjemnościami samymi w sobie. Często, niestety okupione bólem, długo zalegają myśli. Zastanawiałam się, gdzie w moim mózgu wszystko to zostało zapisane. Naukowcy dowodzą, że coś takiego jak „ośrodek pamięci”, zlokalizowany w konkretnym miejscu, nie istnieje. Właśnie w latach siedemdziesiątych XX wieku, Atkinson i Sziffrin stworzyli teorię trójmagazynową, zakładającą, że system ludzkiej pamięci składa się z trzech magazynów, dzięki którym możemy nabywać, przetwarzać, przechowywać i przywoływać wiedzę. Byłam przekonana, że wszystkie moje doznania zapisane zostały w magazynie pamięci długotrwałej. Któż by nie chciał sięgać do takiego umysłowego archiwum, do którego włożyliśmy całą naszą wiedzę o świecie – praktyczną i teoretyczną, nasze wspomnienia, a teraz możemy wyjmować informacje, kiedy tylko tego potrzebujemy…
 A nauka!? Dlaczego tylko geniusz przekonany jest o konieczności zgłębiania wiedzy od momentu pierwszych samodzielnie stawianych kroków i nic innego od tej pory, poza nauką, go nie interesuje? Po co tracić czas! A może nie, bo czasami jak słyszę tu i ówdzie, że geniusz takiego już dawno się wypalił i mózg zwolnił obroty.
Ech! Co mi tam?

Największym szczęściem jest kochać...

    Każdy ma swoją definicję szczęścia. Takich szczęśliwych momentów jest całe mnóstwo, chociaż niektórzy z nas tego nie dostrzegają i narzekają całe życie...
   Ja należę do tych, którzy obserwują, analizują,  wyciągają wnioski...i szczęściu wychodzą na przeciw.  Jestem tą, której wiele rzeczy się udaje. Ktoś by zapytał: - Co takiego Ci się udało? Odpowiedziałabym: - Wszystko to, co zawdzięczam mojej ciężkiej pracy, mojemu wysiłkowi psychicznemu i fizycznemu, moim wielorakim zainteresowaniom i optymizmowi...



   Oglądając się wstecz, na minione lata: dzieciństwo, młodość, wiek dojrzały... mogę z całą pewnością podsumować: Było dobrze, mimo wielu trudności, które pokonywałam z przeświadczeniem, że wszystko to co robię tworzy BARWNY OBRAZ mojego życia.

   Pablo Picasso w wywiadzie dla włoskiego tygodnika L'Europeo" (1973) powiedział:
Niczego nie można dokonać bez samotności. Starałem się stworzyć sobie jak najzupełniejszą samotność. Ale mi się nie udało. Odkąd istnieje zegar, nie możliwe jest osiągnięcie samotności. Czy wyobrażacie sobie pustelnika z zegarem? Trzeba więc zadowolić się  "pozorowaną samotnością" (...).  
Moje obrazy przedstawiają ludzi, którzy wzięli rozbrat z naturą i cywilizacją, i są zdani na łaskę nieznanych i tajemniczych sił. (...) Od tych, którzy patrzą na moje obrazy, żądam tylko jednego: by czuli wzruszenie podobne temu, które skłoniło mnie do stworzenia dzieła.



   Chciałabym wpuścić każdego kolekcjonera obrazów do mojej galerii. Nie wszystko zostanie dobrze objaśnione. Czasami w tej wędrówce po skąpo oświetlonych salach natknąć się będzie można na jakiś obraz, który niespodziewanie przyciągnie uwagę w momencie, w którym najmniej się tego spodziewamy i nic już nie powstrzyma milczenia, bo zanim się odejdzie wypowie się własną opinię o nim...

   Zdecydowana większość  moich arcydziełek namalowana została w świetle poranka, o wschodzie słońca, w pełni dnia i o zmierzchu, a także nocą. Każdemu obrazowi towarzyszy pewien określony nastrój i barwa.

   Czego dokonałam w samotności....?

   Zapraszam do mojego bloga