poniedziałek, 28 listopada 2011

Sakramentalne TAK

Sobota, 26 listopada 2011 roku

      Asmodeusz (z hebrajskiego hiszmid - niszczyć), zły demon, zabija wszystkich siedmiu mężów Sary. Sara ogarnięta smutkiem z powodu swoich nieszczęść chce popełnić samobójstwo, ale ostatecznie prosi Boga o śmierć, ażeby nie doprowadzić swojego ojca Raguela z Ekbatany (dzisiejszy Hamadan) do zgryzoty i nie wysłuchiwać już nigdy zniewag jego sługi. Z rękoma wyciągniętymi ku oknu modli się:

(…) Ty wiesz, o Panie, żem jest wolna od wszelkich nieczystości z mężczyzną,
żem nie splamiła ani mojego imienia, ani imienia mego ojca w ziemi mojej niewoli.
Jestem jedyną córką mego ojca i nie ma on innego dziecka, by stało się jego dziedzicem.
Nie ma też ani krewnego, ani żadnego powinowatego, który by pojął mnie za żonę.
Siedmiu mężów zabrała mi śmierć, po cóż miałabym jeszcze żyć?
A jeśli nie chcesz pozbawić mnie życia o Panie, tedy wysłuchaj przynajmniej teraz mojej skargi! (Księga Tobita 3,14-15).

     W tym samym czasie Tobit (w polskim brzmieniu Tobiasz - skrót od hebrajskiego imienia Tobijjahu – Bóg jest dobry), którego Bóg ciężko doświadcza, prosi także o śmierć. Modląc się przypomina sobie o pieniądzach, które oddał na przechowanie Gabaelowi mieszkającemu w Raga w Medii i o których to przed śmiercią powinien powiedzieć swojemu synowi Tobiaszowi. Wzywa go więc, mówi o dziesięciu talentach srebra, które ma odebrać od Gabaela. Daje mu także liczne wskazówki jak żyć prosząc, żeby nigdy nie usuwał ich ze swojego serca...

     Modlitwy Sary i Tobita zostają wysłuchane. Bóg posyła Archanioła Rafała, żeby uwolnił Sarę od złego demona Asmodeusza,  zaś Tobita uzdrowił przywracając mu wzrok...

     Młodemu Tobiaszowi, który  wyrusza do Medii, towarzyszy pies, a nad jego bezpieczeństwem czuwa Rafał. Pierwszą noc spędzają nad rzeką Tygrys. Kiedy młodzieniec wchodzi do wody, żeby się obmyć, podpływa do niego ogromna ryba i chce mu odgryźć nogę, ale anioł poleca mu ją mocno schwycić i wyciągnąć na brzeg, potem wyjąć z niej trzewia i zatrzymać przy sobie, jako remedium uzdrawiające. Człowiek, opętany przez demona, a okadzony palonym sercem i wątrobą na zawsze pozbędzie się złego ducha, a żółcią namaszczone oczy zostaną uleczone…

     Zbliżają się do Ekbatany. Rafał poleca zatrzymać się u Raguela mówiąc, że jego córka Sara, według Prawa przypada w dziedzictwie właśnie jemu, Tobiaszowi, i że on pojmie ją za żonę. W noc zaślubin, nakazuje mu zabrać do komnaty serce i wątrobę i położyć je na rozżarzonych węglach. Dym z kadzących się rybich organów raz na zawsze odstraszy Asmodeusza. Potem zaś, mają odmówić modlitwę.

 Jana Steen - Noc poślubna Tobiasza i Sary

     Tobiasz obdarza Sarę szczerą miłością i czyni tak, jak nakazuje mu anioł.
     Kiedy zapach ryby odstrasza demona, oboje zaczynają się modlić:
Bądź błogosławiony, Boże ojców naszych, i niech będzie błogosławione Imię Twoje we wszystkich pokoleniach na wieki! (Księga Tobita 7,5) (…)
Teraz zaś, o Panie [Ty wiesz], że nie dla swawoli, ale ożywiony prawdziwym uczuciem biorę moją siostrę za żonę.
Spraw, by na mnie i na nią spłynęło miłosierdzie i byśmy razem dożyli późnej starości. (Księga Tobita 7,7)…
   
Bernardo Strozzi - uzdrowienie Tobita

      Nie jest moim celem streszczenie całej księgi, przypomnę jedynie, że Tobiasz nie umiera, wraca z ukochaną do rodziców, a po ich śmierci  opuszcza Niniwę i mieszka w Ekbatani w Medii wraz ze swoją żoną i dziećmi. Otoczony czcią umiera w wieku stu siedemnastu lat…

     Prawe związki, oparte na prawdziwej miłości są wielkim darem. Im mocniej człowiek kocha, tym bardziej upodabnia się do Boga… Historia tej starotestamentowej miłości została przytoczona podczas homilii na sobotniej, wieczornej mszy świętej, na której małżonkowie odnawiali przyrzeczenia złożone sobie nawzajem przed laty podczas uroczystości zaślubin.
     Nie jest również moim celem analizowanie Księgi Tobiasza, czy też Księgi Rodzaju, ani wartej przypomnienia „Pieśni nad pieśniami”, opiewającej różne aspekty miłości małżeńskiej, wyrażające się chociażby w uczuciu tęsknoty, gloryfikującej wierność, wyłączność, wzajemność, nie zapominając o przyjemności seksualnej…
     O sakramentalnym związku mężczyzny i kobiety pisał i mówił Karol Wojtyła, późniejszy papież Jan Paweł II. Nie wszyscy rozumieją jego teksty zawarte w książkach „Miłość i odpowiedzialność”, „Mężczyzną i niewiastą stworzył ich”…, nie wszyscy wiedzą o tym, jak bardzo ważne było dla niego przedstawienie nowej wizji ludzkiej miłości. Jego troska o ludzką miłość: narzeczeńską, małżeńską, rodzicielską przejawiała się chociażby w katechezach, zebranych w 130 rozważaniach, wygłoszonych podczas audiencji generalnych w latach 1979-1984, ale w Kościele nie było dobrego klimatu, sprzyjającego poznaniu teologii ciała, jak nazwano później jego katechezy. Jedynie nieliczne uniwersytety prowadziły poważne studia nad tą cząstką jego duchowej i intelektualnej spuścizny. Brak popularyzacji nauki papieża sprawiał, że tylko mały odsetek katolików wiedział o istnieniu tych katechez, a jeszcze mniejszy był w stanie przebrnąć przez trudne, niezwykle syntetyczne teksty. Świat uznał wielkość Jana Pawła II i obwołał go największym duchowym i moralnym autorytetem, a Kościół nadal wymienia, że wśród negatywnych owoców jego pontyfikatu znajduje się głoszona przez niego etyka seksualna. Zmiana tej sytuacji jest być może najtrudniejszym zadaniem, przed jakim stoi współczesne pokolenie katolików. Tym bardziej, że kwestie, które trzeba ludziom wyjaśnić, dotyczą sfery wyjątkowo delikatnej, budzącej emocje, głęboko dotykającej ludzką egzystencję. Należałoby nie tylko spopularyzować teologię ciała, ale przede wszystkim przełożyć ją na język znacznie bardziej praktyczny, zrozumiały dla ogółu…

     Sobotni wieczór, 26 listopada 2011 roku, był wyjątkowy dla małżonków obu parafii Supraśla. W kościele pw Świętej Trójcy ksiądz proboszcz Andrzej Chutkowski odprawił w ich intencji uroczystą mszę świętą, z odnowieniem przyrzeczeń małżeńskich, zakończoną indywidualnym błogosławieństwem Najświętszym Sakramentem.
     Oboje z mężem uczestniczyliśmy także w tej eucharystii.
W ławce, za nami siedzieli nasi znajomi z córką, studentką, która przyjechała z Warszawy na weekend. Cała trójka roniła łzy szczęścia, być może przypominali sobie swoje najpiękniejsze lata, kiedy to razem z dziećmi cieszyli się sobą nawzajem. Z uśmiechem podsunęłam im trzy chusteczki na otarcie łez.
W kościele były pary w różnym wieku, a wśród nich wielu moich znajomych i przyjaciół.

Cztery świece na cztery  niedziele adwentu...

Błogosławieństwo małżonków

Błogosławieństwo małżonków

     To nie był jedyny pomysł księdza proboszcza tego wieczoru. To on zaproponował wspólną zabawę w „Kniei” i wraz z wikariuszem uczestniczył w tym niecodziennym wydarzeniu. A okazja była podwójna, jako że ta sobota była ostatnią przed adwentem. Myślę, że każda para bawiła się doskonale. Jedzenia było pod dostatkiem, alkoholu z umiarem, a tańców ponad siły przeciętnego domatora. Tworzyliśmy jedną wielką, prawidłowo funkcjonującą rodzinę, która potrafi odpoczywać po pracowitym dniu, emanując dobrym humorem, życzliwością i uśmiechem… Mam nadzieję, że ksiądz Andrzej zaskoczy nas jeszcze wieloma pomysłami, godnymi naśladowania, a tak nawiasem mówiąc dobry pasterz strzeże swoich owieczek, uczestniczy w radościach i nadziejach, a także w trudach i cierpieniach ziemskiego pielgrzymowania...

Przed kolacją wspólna modlitwa

Moje ze względów oczywistych puste krzesło wśród przyjaciół

Andrzeju, to był miły wieczór, zadbałeś o duszę i ciało...

... są dusze dla siebie stworzone...znajdą się, przyciągną i złączą...

...  patrzymy razem w tym samym kierunku...

... szczęście ci niosę i ty daj mi szczęście...

... na wspólną radość i wspólną niedolę...

... gdybym spotkał ciebie znowu pierwszy raz...

 ...bez tego dreszczu, co ginie w krwi szumie-ciało nie zrozumie...

... ileż to już lat minęło od pierwszej pieszczoty...

... zestarzej się przy mnie, najlepsze dopiero się zdarzy...

... żaden dzień się nie powtórzy...

... w tobie widzę świat cały...

      Zwyczajem już się staje, że kończę wpis wierszem, niestety nie moim, bo takich mam nie wiele w mojej szufladzie i chyba nigdy nie odważę się ich  stamtąd wyciągnąć.
      Na ostatnim Krakowskim Salonie Poezji zachwycił mnie wiersz Zbigniewa Herberta "Pan Cogito o cnocie", w którym autor przedstawia cnotę jako coś niemodnego, przestarzałego, porównując ją do starej panny w okropnym kapeluszu Armii Zbawienia...
A oto i on:

Nic dziwnego
że nie jest oblubienicą
prawdziwych mężczyzn

generałów
atletów władzy
despotów

przez wieki idzie za nimi
ta płaczliwa stara panna
w okropnym kapeluszu Armii Zbawienia
napomina

wyciąga z lamusa
portret Sokratesa
krzyżyk ulepiony z chleba
stare słowa

- a wokół huczy wspaniałe życie
rumiane jak rzeźnia o poranku

prawie ją można pochować
w srebrnej szkatułce
niewinnych pamiątek

jest coraz mniejsza
jak włos w gardle
jak brzęczenia w uchu

---
mój boże
żeby ona była trochę młodsza
trochę ładniejsza

szła z duchem czasu
kołysała się w biodrach
w takt modnej muzyki

może wówczas pokochali by ją
prawdziwi mężczyźni
generałowie atleci władzy despoci

żeby zadbała o siebie
wyglądała po ludzku
jak Liz Taylor
albo Bogini Zwycięstwa

ale od niej wionie
zapach naftaliny
sznuruje usta
powtarza wielkie Nie

nieznośna w swoim uporze
śmieszna jak strach na wróble
jak sen anarchisty
jak żywoty świętych

         PIĘKNY !!! 
         PRAWDA ???

wtorek, 22 listopada 2011

Ars poetica, czyli godziny przy piórze leczą rany...


      Niedziela, 20 listopada 2011 roku

... z nadzieją
      Listopad tego roku jest dla nas łaskawy, obdarza dobrą pogodą i cieszy oczy złotym pejzażem. Ci, co siedzą w domach, albo nieustannie pędzą przed siebie nie zatrzymując się ani na chwilę, nie widzą tego, jak kolejna pora roku zwolna przemija, a my wraz z nią.
       Są tacy, których w domu nie zatrzyma ani deszcz, ani wichura, ani zimno, ani żadne inne licho. Wyjmują stopy z ciepłych bamboszy, wkładają odpowiednie do panującej pogody ubrania i wędrują, a to po lesie, a to gdzieś po łąkach poszukując tego, co trzyma ich przy życiu w dobrej kondycji nie tylko fizycznej, ale także tej psychicznej.
   

    Weźmy na ten przykład mojego ojca, który mimo skończonych dziewięćdziesięciu jeden lat zachowuje nadal dobre zdrowie i formę niejednego pięćdziesięciolatka, no może przesadziłam z tym wiekiem, bo pamięć mu już zawodzi i nieraz powtarza po kilka razy to samo, ale dopóki wie jak się nazywa i gdzie mieszka nie jest zagrożeniem dla siebie samego. 
Imponującym jest fakt, że codziennie, tak jak odmawia pacierz, jeździ na rowerze i nawet zlodowaciały śnieg nie jest w stanie go zatrzymać, chyba, że dopadnie go przeziębienie, z którym ciężko walczy. No i niech mi ktoś powie, że pewna systematyczność i upór się nie opłaca. Opłaca się i to bardzo, bo mój ojciec nie narzeka, nie stęka, nie marudzi, nikomu życia nie zatruwa, wręcz przeciwnie uśmiecha się do każdego i złego słowa nie powie. Jedyną jego tęsknotą jest jego żona, a moja matka, która opuściła nas dwadzieścia lat temu. Do niej wzdycha, do niej tęskni i z nią rozmawia. Codzienne odwiedza jej grób i żyje od jednej rocznicy jej śmierci do drugiej i każdego roku, już na kilka miesięcy wcześniej zamawia mszę świętą w jej intencji. Dla niego to najważniejszy dzień w kalendarzu. Zaprasza wtedy bliższą i dalszą rodzinę na uroczysty obiad i cichutko obserwuje gości zważając na to by nikomu niczego nie zabrakło. Słuch ma słabszy, więc nie wiele z rozmów przy stole do niego dociera. Ważne jest, że wszyscy tego dnia uczestniczą w tej jego tęsknocie, do tej jedynej kobiety jego życia, ukochanej Anieli…

Jubileusz 90-lecia

W Cieliczance na przejażdżce

    Każdy ma swój świat swoje zmartwienia i marzenia. Niektórzy z nas żyją prosto i radośnie. Niektórzy, ślepo zapatrzeni w siebie, nigdy nie znajdują swojego szczęścia i nigdy nie przeżyją takiej miłości, takiego uczucia, jakie żywili wobec siebie moi rodzice…

Kołobrzeg - poranna przejażdżka po plaży

Leśny ludzieniek - oczywiście wycieczka rowerowa

Sierpień 2010 roku - dziewięćdziesiąte urodziny taty

      W tym roku zjazd rodzinny miał miejsce w trzecią niedzielę października. Tego dnia na drugim już „Krakowskim Salonie Poezji” w Supraślu czytano wiersze Bolesława Leśmiana.
I chociaż nie byłam na tym spotkaniu, to wpiszę króciutki fragment jednego z nich:
      Często w duszy mi dzwoni pieśń, wyłkana w żałobie
      O tych dwojgu ludzieńkach, co kochali się w sobie…


      To był nieco przydługi wstęp do trzeciego „Krakowskiego Salonu Poezji”, ale nie mogłabym o nim napisać pomijając drugie spotkanie, na którym z przyczyn usprawiedliwionych nie byłam.

Piotr Dąbrowski i Maria Pakulnis

To była dobra muzyka

      Tej niedzieli, 20 listopada Maria Pakulnis i Piotr Dąbrowski czytali poezję Zbigniewa Herberta.
      Wyznam szczerze, że twórczość Herberta nie była mi znana na tyle, żeby o niej rozprawiać. Poeta, należał do pokolenia moich rodziców, był młodszy od mojego taty o cztery lata i w czasach mojej edukacji w Polsce, nie był ani popularny, ani o nim nie mówiono. Sięgnęłam do jego wierszy wtedy, kiedy sama pracowałam w szkole i to dzięki mojej przyjaciółce, nauczycielce języka polskiego, która często opowiadała mi, jaki program realizuje na lekcjach. Obdarzyła mnie nawet antologią poezji dla maturzystów „Być poetą”, z wierszami tych, o których za moich szkolnych czasów się nie mówiło.
      O tło muzyczne podczas ostatniego salonu zadbało trio Piotra Chocieja.
Tak właśnie muzyków: kontrabasistę, saksofonistę i perkusistę przedstawił właściciel „Alkierza” i nie mówiło się już później nic na ich temat, a warto, bo występ był rewelacyjny. Zresztą mam słabość do kontrabasu i grających na tym instrumencie. Ileż możliwości ma właściciel tego wielkiego pudła rezonansowego. To był taki jazz klubowy w dobrym wykonaniu. Pierwsze dźwięki grane pizzicato inaczej mówiąc wydobywane poprzez szarpanie strun palcami popłynęły właśnie z tego dużego instrumentu, potem słychać było delikatne uderzenia miotełek perkusisty, i wreszcie coraz silniejsze dźwięki saksofonu, po czym muzycy puścili wodze fantazji, a ja mogłabym słuchać i słuchać tych wewnętrznych wynurzeń, które wypływały spod niezwykle ruchliwych i zwinnych rąk kontrabasisty, saksofonisty i perkusisty.
      Kiedy tylko umilkły instrumenty usłyszałam pierwszy wiersz Zbigniewa Herberta „Pudełko zwane wyobraźnią” opowiadający o rzeczach zwykłych, którym na co dzień nie przyglądamy się uważnie. Rzeczywistość i wyobraźnia. Pudełko – drewniany klocek, a ile tajemnic w sobie kryje, wystarczy tylko palcem zapukać, żeby wyczarować niezwykłość…, ale jaką: kukułkę, drzewa, las, rzekę, góry, doliny, miasta, wieżę, domki – a więc realne elementy rzeczywistości…
      Pełna problemów współczesność sprawia, że wewnętrzna równowaga człowieka ulega zachwianiu, szukamy takich doznań, które wyzwoliłyby nas z lęków. Dlaczego czytamy dzieciom bajki na dobranoc? Bo bajka to remedium oczyszczające ze złych myśli, pobudzające wyobraźnię i wprowadzające ład w tym nie zintegrowanym, rozdartym świecie.
      Byłam oczarowana poezją Zbigniewa Herberta. Zapisałam wszystkie tytuły jego wierszy przeczytanych podczas niedzielnego spotkania. Był „Napis, „Próba opisu”, „Kura”, ”Przedmioty”, ”Nigdy o tobie”, ”Kamyk”, „Drewniana kostka”, „U wrót doliny”, „Różowe ucho”, „Epizod”, „Jedwab duszy”, „Potęga smaku”, „Higiena duszy”, „Wróżenie”, „Pan od przyrody”, no i oczywiście „Pan Cogito” – „Pan Cogito myśli o powrocie do rodzinnego miasta”, „Pan Cogito czyta gazetę”, „Co myśli Pan Cogito o piekle”, „Pan Cogito o cnocie” i na zakończenie „Przesłanie Pana Cogito”- gdzie według Herberta „musisz być odważny, gdy rozum zawodzi” nie możesz poddawać się strachowi, musisz wierzyć w słuszność swoich ideałów, bo tylko to tak naprawdę się liczy. Poeta mówi: „idź” po swoje nieszczęście, po klęskę, która będzie twoją ostatnią nagrodą, „idź” dumny, pełen honoru i godności wśród tych, którzy są słabi, skruszeni, przepełnieni strachem, wśród tych, którzy odwrócili się od innych. Ocaliłeś swoje życie nie po to, aby tylko żyć, musisz udowodnić swoją prawość, dobro i miłość…

Piotr Dąbrowski

Maria Pakulnis

     Piotr Dąbrowski – aktor i dyrektor białostockiego teatru czytał znakomicie wybrane wiersze, natomiast Maria Pakulnis, jak mi się wydaje miała swój zły dzień i myślami była gdzie indziej. Nie były to łatwe teksty, a ja miałam wrażenie, że moja ulubiona aktorka czytała je tak jakby to były jakieś ćwiczenia fonetyczne, taka rozgrzewka mięśni twarzy przed właściwą recytacją. Zapewne coś ją trapiło. Wydawało mi się, że za chwilę wybuchnie płaczem i powie nie, dzisiaj nie mogę czytać Herberta. Myślę, że resztkami sił dotrwała do końca spotkania, potem dowiedziałam się od osób, które z nią rozmawiały, że jeden z wierszy czytał jej syn na pogrzebie męża. No cóż, zdarzyć się może nawet najlepszemu aktorowi. Mimo to cieszyłam się bardzo, że mogłam panią Marię zobaczyć z bliska, tak zwyczajnie nie teatralnie. Zachwyciła mnie jej uroda – uroda kobiety dojrzałej, zadbanej, o drobnej delikatnej figurze, zapewne z wielkim apetytem na życie, ale przy tym skromnej i miłej.
Sama tego dnia byłam w nie najlepszej kondycji, położyłam się spać około godziny trzeciej nad ranem, spałam krótko i obudziłam się z niewielką, ale dokuczliwą migreną. Chciałam porozmawiać z tą dwójką aktorów, ale czułam, że tego dnia nie dam rady…

Maria Pakulnis

      Ech poezja, jeśli nawet jest kłamstwem, to kłamstwem pięknym.
O pięknie poezji Dante Alighieri mówił: „O, pieśni, myśl twą wypowiadasz tak mozolnie a mocno, że nieliczni będą, jak sądzę, ci, co ją zrozumieją… Jeśli więc się zdarzy, że pójdziesz między ludzi nie mających dla niej zrozumienia, to proszę cię, skup twe siły i powiedz im mą radosną nowinę: zważcie przynajmniej jak jestem piękna!” /Convivio, II Canzone Prima, 53-61/
      Ech, wiersze pisać…
…nie chcę tym stwierdzeniem zakończyć mojej kartki z pamiętnika, muszę jeszcze wspomnieć o „Balu u Pana Boga”- koncercie, na którym zaśpiewała Joanna Słowińska, a na akordeonie "Pigini" zagrał Jarosław Bester. Ta dwójka artystów, związana z Krakowem wystąpiła również w „Alkierzu”, ale dwa dni wcześniej.

Joanna Słowińska

Jarosław Bester

      Do Supraśla przyjechali z poezją, ale śpiewaną. W ich repertuarze znalazły się kompozycje Zygmunta Koniecznego, do słów Agnieszki Osieckiej, Jana Jakuba Kolskiego, Ernesta Bryla, Stanisława Wyspiańskiego, oraz piosenki Włodzimierza Wysokiego i Jacka Kaczmarskiego. Wspaniała uczta dla ducha, cudne teksty, świetna muzyka o wyjątkowym brzmieniu akordeonu…., tylko…, przydałby się remont domu ludowego i ktoś, kto zadbałby o stosowną dekorację sali odpowiednią do wydarzenia kulturalnego… Nawet dobry obiad nie smakuje przy niechlujnie nakrytym stole, podanym w starej, zniszczonej zastawie.

W pracowni

Lekkim krokiem
przechodzi
od plamy do plamy

dobry ogrodnik
podpiera kwiat patykiem
człowieka radością
słońce błękitem
potem
poprawia okulary
nastawia herbatę
mruczy
głaszcze kota

Pan Bóg kiedy budował świat
marszczył czoło
obliczał obliczał obliczał
dlatego świat jest doskonały
i nie można w nim mieszkać
za to
 świat malarza
jest dobry
i pełen pomyłek

oko chodzi sobie
od plamy do plamy
od owocu do owocu

oko mruczy
oko uśmiecha się
oko wspomina

oko mówi można wytrzymać
gdyby tylko udało się wejść
do środka
tam gdzie był ten malarz
bez skrzydeł
w opadających pantoflach
bez Wergiliusza
z kotem w kieszeni
fantazją dobroduszną
i nieświadomą ręką
która poprawia świat
                
         /Zbigniew Herbert – Studium przedmiotu, 1961/

sobota, 19 listopada 2011

OBRAZ XII - Ksiądz Aleksander

      CD
Przedszkole, szkoła podstawowa to dość spokojny okres mojego życia. Ci sami koledzy, ci sami nauczyciele, ci sami księża..., jak jedna wielka rodzina, gdzie każdy realizował swoje cele..., to również pamięć o tych, którzy w jakiś szczególny sposób wpłynęli na mój rozwój duchowy…
Popełniłabym błąd gdybym nie poświęciła czasu na przypomnienie sylwetki księdza Aleksandra Radulskiego, który swoją posługę kapłańską w Supraślu rozpoczął w październiku 1958 roku i przepracował w parafii dwadzieścia dwa lata. Był to szczupły mężczyzna, o pociągłych rysach twarzy, wysokim czole, sięgającym prawie połowy głowy, długim nosie i okrągłych ufnych oczach. Zawsze starannie ogolony, w sutannie i ze skórzaną teczką w ręce, przemieszczał się po miasteczku najczęściej rowerem.
Ten szlachetny, niezwykle skromny człowiek troszczył się o wszystkich, o dzieci, młodzież i dorosłych, odwiedzał chorych i niedołężnych, wspierał modlitwą i posłuchaniem. Kiedy moja babcia siedem swoich ostatnich lat życia spędzała przykuta do łóżka, on nie szczędził jej czasu. Przyjeżdżał często. Przywoził książki ze swojej biblioteki, które ja także czytałam z wypiekami na twarzy. Babcia opuściła nas w 1978 roku, przeżywszy 96 lub 100 lat. Różnica czterech lat nie została wyjaśniona i nikt nie potrafił powiedzieć czy mojej babci doliczono lata, czy też odjęto. Była to wspaniała kobieta, raczej cicha i łagodna, dbała o dom i o wszystkich domowników zarówno o syna i synową, jak i o wnuki.

Lata sześćdziesiąte ubiegłego stulecia 

Jedna z procesji Bożego Ciała ulicami Supraśla

     Kiedy mówię o księdzu Aleksandrze przychodzi mi na myśl sylwetka innego księdza, Jana Marii Vianneya. Ten niedościgniony wzór pokory, świętego z przełomu osiemnastego i dziewiętnastego wieku, jako żywo kojarzy mi się z właśnie z nim. Obaj jednym spojrzeniem czy też słowem zjednywali sobie szacunek tego z kim rozmawiali. Obaj pod posturą swych ascetycznych postaci kryli życzliwość, serdeczność, delikatność i wielkie serca. Cechowały ich zachowania pełne taktu i troski. Obaj żyli i pracowali w trudnych czasach.
Jan Maria Vianney powiedział: Wartość naszej duszy poznajemy po wysiłku, jaki czyni zły duch, by ją zgubić.
Ksiądz Aleksander, tak jak Jan Maria Vianney troszczył się o dobro rodziny. Pomagał nie raz rozwiązać problem wydawałoby się nie możliwy do rozwiązania.
I chociaż później pracował w Białymstoku, to jubileusz 50-lecia pracy kapłańskiej obchodził w swojej dawnej parafii, w Supraślu. Kościół tego dnia był wypełniony po brzegi, a po zakończonym nabożeństwie ustawiła się długa kolejka tych, którzy dziękowali mu za jego duszpasterską gorliwość i oddanie. Ja także przygotowałam kilka słów na tę okazję, a kiedy zbliżyłam się do Jubilata, mojego nauczyciela katechety, żeby złożyć mu życzenia, on zwrócił się do mnie tymi słowami: Ech, nie potrzebne to kadzenie.
Potrząsnęłam głową, upewniając go, że zasłużył sobie na uznanie i wdzięczność. Żałuję bardzo, że nie zapisałam tego, co do nas na zakończenie uroczystości powiedział. Pamiętam jedynie, że wszyscy długo nagradzali go owacjami, co jak zwykle wprowadziło go w zakłopotanie. Pamiętam pewne wydarzenie związane z jego pracą, które wtedy nam opowiedział. Otóż któregoś poranka z przesadną gorliwością rozpoczął mszę św. o minutę, czy też może dwie lub trzy za wcześnie, co zauważyła pewna Warszawianka, nauczycielka przebywająca na wakacjach w naszym mieście i dość ostro, wypomniała mu tę niepunktualność i rozporządzanie cudzym czasem…

Zapewne także lata sześćdziesiąte

Księża z parafii i nieco młodsi ode mnie

     Ksiądz Aleksander nigdy nie zabiegał o zaszczyty i tytuły, żył bardzo skromnie i nie gromadził dóbr materialnych. Swoją ziemską wędrówkę zakończył 29 kwietnia 2006 roku i zgodnie z wolą, zapisaną w testamencie, pogrzeb odbył się w jego rodzinnej parafii w Korycinie, bez przemówień i wspomnień, w atmosferze przejmującej modlitwy i skupienia. Mszę św. odprawił ks. arcybiskup metropolita białostocki Edward Ozorowski.

Kościół Znalezienia i Podwyższenia Krzyża Św. w Korycinie

W Roku Kapłańskim na cmentarzu w Korycinie

Zapalamy znicze na grobie księdza Aleksandra


       W 2010 roku, na początku czerwca, miesiąca kończącego Rok Kapłański, wraz z wieloma innymi osobami z Supraśla odwiedziłam jego grób, składając tym samym hołd człowiekowi, który bezgranicznie zaufał Bogu.

     Nie mogłabym zakończyć tego wpisu bez przypomnienia kilku lekcji religii, które lubiłam chyba najbardziej. Ksiądz Aleksander miał swoje własne sposoby na skuteczne przekazywanie wiedzy, którą posiadł i którą nieustannie zgłębiał.
Kiedyś, na początku Wielkiego Postu, przyniósł na lekcję religii całą teczką cukierków i nie były to jakieś landrynki, tylko czekoladowe słodkości pozawijane w kolorowe papierki. Wysypując zawartość teczki na biurko rzekł:
- To wszystko dla was, ale... na chwilę zawiesił głos:
- Wchodzimy w okres Wielkiego Postu, okres w którym każdy z nas powinien zrobić coś dla siebie, nauczyć się walczyć z pokusami i ćwiczyć silną wolę… po czym rozdał cukierki i poprosił ażebyśmy je pokazali po upływie czterdziestodniowej wstrzemięźliwości i dopiero potem możemy je zjeść. W ten sposób przekazał nam ewangeliczne prawdy o kuszeniu Jezusa przez szatana. Nie mieliśmy łatwego zadania, tym bardziej, że słodkości w owym czasie były trudno dostępne. Każdy jak mógł opierał się pokusie zjedzenia cukierków, których o ile dobrze pamiętam dostaliśmy po trzy, czyli do trzech razy sztuka, tak jak w Ewangelii…
Zapewne ksiądz Aleksander chciał dać szansę i tym którzy silnej woli nie mieli i tym, którzy próbowali przynajmniej odmawiać sobie niektórych przyjemności. Po lekcji religii popędziliśmy do sklepu sprawdzić, czy takie cukierki są w sprzedaży. Niestety, utwierdziliśmy się tylko w przekonaniu, że musimy ich strzec jak oka w głowie, żeby sprostać zadaniu i przezwyciężyć diabelskie podszepty… Swoje czekoladki schowałam gdzieś głęboko w tornistrze i starałam się o nich nie myśleć, ażeby niepotrzebnie nie pobudzać pracy ślinianek. Wspominałam już o tym wcześniej, że w moim domu raz w miesiącu,  pojawiała się chałwa, którą w dzień wypłaty kupował ojciec, a mama sprawiedliwie dzieliła ją na równe porcje.
 Ksiądz Aleksander mówił, że Bóg widzi w ciemnościach i gdybyśmy nawet owinęli ręcznikami krzyże wiszące w naszych domach i schowali się przed Nim na przykład w szafie czy na szafie to i tak będzie wiedział co robimy. Jako dziecko nie bardzo rozumiałam te słowa i kiedyś wdrapałam się na tenże mebel w sypialni moich rodziców, żeby sprawdzić czy z tej wysokości będę widziała Jezusa na krzyżu. Siedziałam tam mocno pochylona z głową prawie na kolanach i wyobrażałam sobie jak wyjadam ze słoika konfitury wykradzione ze spiżarni, których nikt nigdy nie zabraniał mi jeść, ale tak wtedy pojmowałam moje ewentualne grzeszne postępowanie…
Ksiądz Aleksander podsuwał nam wiele przykładów na to jak walczyć z pokusami i ćwiczyć silną wolę. Jego lekcje były zawsze ciekawe i nikt się na nich nie nudził.
Któregoś razu objaśniał nam typy i rodzaje osobowości według podziału Hipokratesa: sangwinik – osoba towarzyska, otwarta, ale nie zawsze wywiązującą się z podjętych zobowiązań; melancholik – typ emocjonalny, depresyjny; flegmatyk – ktoś spokojny, wyciszony; choleryk – osobowość trudna pobudzona, o cechach przywódczych…
Ksiądz podzielił nas na cztery grupy. Trafiałam do tej z przewagą cech sangwinika, co wywołało mój protest, ale kiedy ksiądz dodał, że mam też skłonności do dominowania wśród rówieśników przestałam protestować i chcieć udowadniać, że jestem najlepsza na świecie, że nikt nie jest taki słodki i dobry jak ja, że to niemożliwe, żebym posiadała jakiekolwiek negatywne cechy, że jest to ocena zbyt powierzchowna i nie dokładna.
Oszołomiona, słuchałam dalej. Ale inne typy wydały mi się jeszcze gorsze. Nie chciałam być ani melancholikiem, ani flegmatykiem, a tym bardziej cholerykiem. Potem usłyszeliśmy jak zachowalibyśmy się w sytuacji zagrożenia życia…
Pamiętam nawet kto do jakiej grupy trafił, i dzisiaj mogłabym powiedzieć, że to był dobry podział. Ksiądz znał nas na wylot, ale my tego nie rozumieliśmy.
W czasach mojej wczesnej młodości zawsze chciałam być pierwsza, zawsze miałam palce w górze z gotową odpowiedzią. Żywo reagowałam i lubiłam mówić, chciałam udowodnić mojemu duchowemu nauczycielowi, że nie mam wad… A on uśmiechał się do mnie i kręcił głową nie wierząc w moją doskonałość. Zrozumiałam to po wielu latach…
Ksiądz Aleksander nie lubił się fotografować, a więc wielu zdjęć nie zamieszczam.

CDN

sobota, 12 listopada 2011

Supraśl się bawi.


11 listopada 2011 roku

Znalazłam takie oto przysłowie irlandzkie, od którego zacznę dzisiejszy post

Znajdź czas na pracę - jest to cena sukcesu. 
Znajdź czas na zadumę - jest to źródło siły.  
Znajdź czas na zabawę - jest to tajemnica wiecznej młodości. 
Znajdź czas na czytanie - jest to studnia wiedzy. 
Znajdź czas, aby być wesołym - jest to droga szczęścia. 
Znajdź czas, aby marzyć - jest to dotknięcie gwiazd.
Znajdź czas, aby kochać i być kochanym - jest to przywilej bogów. 
Znajdź czas, aby się rozejrzeć - bowiem dzień jest zbyt krótki, aby być zapatrzonym jedynie w siebie. 
Znajdź czas, aby się śmiać - jest to muzyka duszy.

Dlaczego przy naszym polskim Święcie Niepodległości zacytowałam przysłowie irlandzkie?
Po pierwsze, dlatego, że o tym święcie wspominałam już kiedyś na moim blogu, a po drugie ten wolny od pracy dzień chciałabym opisać z przymrużeniem oka, mniej poważnie i bardziej zabawowo…

I znowu ktoś mnie zapyta, dlaczego akcent irlandzki? Otóż w jednym zdaniu tego się nie da wytłumaczyć. A więc od początku…

Pewien mój dobry znajomy trzy lata temu wyjechał do Irlandii, ale zanim podjął decyzję o pozostaniu tam na dłużej, najpierw postanowił wybrać się na rekonesans. Po powrocie z pierwszej podróży na Zieloną Wyspę opowiedział mi rzeczy niesłychane. Chłonęłam wszystkie opowieści, a moje oczy widziały tę cudną krainę, gdzie życie toczy się dość leniwie, a ludzie mają czas na odpoczynek i zabawę. To tam, w starych i ciemnych pubach przy dźwiękach akordeonu, dudy, skrzypiec, fletu i bębna można podziwiać dziwne tańce i cieszyć się szczerze z towarzystwa osób, z którymi można wypić piwo i śpiewać romantyczne albo pikantne ballady. To tam, na postrzępionych półwyspach wrzynających się w ocean można spotkać ludzi, którzy wieczorami zasiadają przy kominku, muzyce i kawie z whisky i opowiadają dziwne historie o Osinie, synu Finna Mac Coolu, który ze złotowłosą Niamh pogalopował do Krainy Wiecznej Młodości, Tir-Na-Nog, a gdy po trzystu błogich latach jechał odwiedzić swoją ojczyznę zmienił się w starca, bo zsiadł z konia i dotknął ziemi, ażeby pomóc napotkanym mężczyznom uporać się z ogromnym głazem…

Ach… Słodkie widoki, pastwiska, pola i otulone mgłą szczyty gór, stare zamczyska i kamienne chałupy, stada koni, owiec…
I tak oto zaczarowana nowymi nieznanymi krainami zaczęłam poznawać Zieloną Wyspę, poprzez oglądanie filmów, lekturę książek, słuchanie muzyki celtyckiej…
Zachwycił mnie taniec irlandzki, wyprostowane sylwetki tancerzy z rękoma wzdłuż tułowia, odkręcone na zewnątrz, skrzyżowane stopy w specjalnie do tego celu skonstruowanych butach i ten uśmiech na twarzy, no i oczywiście to, co najważniejsze w tym tańcu - precyzyjnie wykonywane kroki w lekkich, rytmicznych podskokach…Niesamowity widok! Pobudził moją wyobraźnię na tyle, żeby chcieć zobaczyć to wszystko na własne oczy! Ogarnęła mnie także chęć uczestniczenia w takim powiedziałabym zgromadzeniu ludowym, wieczornym muzykowaniu, śpiewaniu i tańczeniu, a także na rozmowach towarzyskich być może przy kuflu piwa, czy też innym rozgrzewającym trunku. Nawet, jeżeli kiedyś organizowane były zabawy ludowe, to ja nigdy nie brałam w nich udziału.

I tak oto mój nastrój irlandzki przeniósł się do Supraśla. Dzisiaj w Święto Niepodległości miałam okazję przekonać się jak to jest…

W Parku Saskim w Supraślu

Delegacja Ochotniczej Straży Pożarnej

Delegacja KSM

Trzypokoleniowa delegacja Dla Rozwoju Supraśla

Poczty sztandarowe

O godzinie 12:00, w Parku Saskim, przed pomnikiem poległych w wojnie Polsko – Rosyjskiej w 1920 roku,  Supraślanie spotkali się na oficjalnej najpierw części złożenia hołdu poległym, a potem na wspólnym śpiewaniu. Jak co roku były krótkie przemówienia, składanie wiązanek kwiatów pod pomnikiem przez różne delegacje: gminy, firm prywatnych i państwowych, szkół i przedszkola, Ochotniczej Straży Pożarnej, harcerzy i młodzieży zrzeszonej w KSM, a także stowarzyszenia: Sybiraków i Dla Rozwoju Supraśla…

Przygotowano śpiewniki dla wszystkich chętnych - miłośników nie tylko słuchania, ale i śpiewania pieśni patriotycznych. No i się zaczęło. Do trzech chórów dołączyli inni. Z panem burmistrzem, z księdzem proboszczem, z pięcioletnim Bartkiem, z Patrycją i wieloma innymi osobami śpiewała cała reszta, a radosny głos i echo naszego ludowego święta niosły się gdzieś hen daleko być może do irlandzkiej krainy…

I oto zaczęło się nasze wspólne śpiewanie.

Z księdzem proboszczem śpiewamy "Nie noszą lampasów..."

Z burmistrzem śpiewamy "Legiony to żołnierska nuta"

Nie ma to jak dobry dyrygent

Dyrygent zaraz głowę podniesie wysoko czyli "Raduje się serce"

"Jeszcze jeden mazur dzisiaj choć poranek świta..."

"Bywaj dziewczę zdrowe, ojczyzna mnie woła..."

Z Patrycją śpiewamy "Wojenko, wojenko"

Bartuś i "Przybyli ułani pod okienko"

 Pierwsze takie śpiewanie przyciągnęło wielu Supraślan, bo co, jak co, ale możliwość dania sobie szansy nie często się zdarza i nawet jak ktoś zafałszował to i tak nie było tego słychać. Każdy, jak mógł najlepiej,  prezentował  dumnie swoje zdolności śpiewacze…
Jak miło, kiedy wszyscy dobrze się bawią…

Będzie gorąca grochówka

 Ale, ale, to jeszcze nie koniec. O godzinie 19:00 zabawa w Domu Ludowym, czyli w kinie „Jutrzenka”, o której za chwilę, bo w między czasie dużo się działo.
Po wspólnym śpiewaniu była gorąca grochówka z żołnierskiego kotła, gorąca herbata i dzielenie się wrażeniami, a potem ksiądz proboszcz i moi przyjaciele, dali się zaprosić na szarlotkę, jako, że było to dla mnie podwójne święto, także syna Wojciecha dziewiętnaste urodziny.
Wojtek w wigilię urodzin spotkał się ze swoimi kolegami ze szkoły. Urządzili sobie typowo męski wieczór, a w Święto Niepodległości niespodziankę zrobiły mu koleżanki z KSMu.

Ech,  jedynka już się prawie wypaliła...

A teraz prezent - kluczyki do wymarzonego autka

Idziemy przed dom po niespodziankę ...

Nowiutkie autko Wojciecha

Grunt to dobra zabawa...

A teraz pora na tort...

Urocze koleżanki

Ech, młodości ! Ty nad poziomy wylatuj...!

Ach te kobiety! Ileż w nich energii i pomysłów. Wręczyły Wojtkowi w prezencie kluczyki do wymarzonego autka i tak sugestywnie o nim opowiadały..., a że to rodzicom powinien zawdzięczać ten prezent i takie tam jeszcze…, że moje dziecko uwierzyło i drżąc z wrażenia wkrótce po tych sugestywnych życzeniach wyruszyło razem z koleżankami przed dom, gdzie owa niespodzianka czekała. Trzeba było widzieć minę Wojtka!!! Szukał czegoś dużego, a znalazł coś bardzo małego… Był jeszcze tort i specjalnie napisana i nagrana na krążku CD piosenka…
Opowiem wam historię z jego życia
Kilka teorii wyjdzie dziś z ukrycia
Tajemnice dla nas nic nie znaczą
Odkrywam karty, niech wszyscy to zobaczą

Ref.  KSMowiczki tylko w jego wozie
         To jest teraz trendy, to jest teraz w modzie
         KSMowiczki tylko w jego furze
         Nikt mu nie podskoczy, bo on śpiewa  w chórze!

Teraz KSM i Studio ze sobą biorę
W Jaguarze klimą wszystkich was rozbiorę
Towarzystwo świetne, dobrze się bawimy
Kolejną epokę zaraz otworzymy!

Klimus nasza gwiazda, chociaż nie poranna
W Polibudzie leci już na niego każda panna
On jest jednak wierny dziewczynom z Supraśla
Wszystkie go kochają, więc głośno zaśpiewają!

Trochę tego było, lecz się nie skończyło
Dziś mu dziewiętnaście w końcu lat skoczyło
Żyj nam długo w szczęściu, na wykładach nie śpij
Zdrowia, zdrowia, zdrowia i jeszcze raz: pieniędzy!

Zabawa w domu się rozkręcała, podczas gdy my rodzice wybieraliśmy się na naszą pierwszą w życiu zabawę ludową. I chociaż moja kreacja bardziej pasowała do lat sześćdziesiątych, to w doskonałych humorach opuściliśmy dom. Było już po godzinie dziewiętnastej, kiedy wkroczyliśmy do kina połączonego dużymi drzwiami z „Alkierzem”.  Zostawiliśmy w przedsionku nasze wierzchnie okrycia i weszliśmy do środka.

Były piosenki Foga...

Pan burmistrz pierwszy wychodzi na deski Domu Ludowego...

Zabrakło mi czasu na przygotowanie odpowiedniej kreacji...

Było miło

Pani dyrektor CKiR z mężem i księdzem proboszczem

Na razie obserwują...

Moi faworyci konkursowi

Lubię tę parę...

Piłsudczycy

Na niskiej scenie, na tle wielkiej kolorowej dekoracji, grał zespół złożony z czterech muzyków, a na wysokiej scenie, tej przed ekranem kinowym ustawiono stoliki, przy których miejsca były już zajęte. Znaczną część widowni przeznaczono na tańce. Tutaj także w starych drewnianych fotelach kinowych zsuniętych w jeden kąt siedziało sporo osób. Moją uwagę przyciągały szczególnie panie ubrane w suknie z lat dwudziestych i trzydziestych. Wiele głów przyozdabiały kapelusze, a także różnego rodzaju przepaski z przypiętymi doń kwiatami i zarzucone na ramiona lisie boa… Wielu panów było pod wąsem, jako że ogłoszono konkurs na wąs à la Piłsudski i najciekawsze nakrycie głowy.
Muzyka zachęcała do tańców, które rozpoczął pan burmistrz ze swoją partnerką. A potem…, no właśnie…, a potem była prawdziwa ludowa zabawa, jedni tańczyli, drudzy się przyglądali, jeszcze inni przesiadywali w „Alkierzu” przy piwie, albo herbacie i prowadzili ożywione dyskusje. Przekrój wieku??? Nie uwierzycie!!! Być może od czterech do, powiedzmy tak na moje oko, osiemdziesięciu ponad lat i wszyscy tańczący…
Ech tak, od razu polubiłam zabawy ludowe i mam nadzieję, że wszyscy, którzy tam byli też je polubili.

Zwycięscy konkursu Marta i Bartłomiej

Zwycięska para

 Konkurs na najciekawszą stylizację kobiecą  wygrała Marta, a męską pięcioletni Bartek. Zwycięska para zatańczyła w nagrodę i otrzymała wiele gromkich braw…
I tak oto Supraśl świętował w tym roku Dzień Niepodległości.

Z przymrużeniem oka ;-)