sobota, 12 czerwca 2021

Costa Calma - Fuerteventura, część pierwsza


    Na Fuerteventurę zaprosiła mnie moja Przyjaciółka Grażyna. - Dziękuję Kochana!
    Ona była tam kilka miesięcy temu, ja pierwszy raz stawiałam stopę na wyspie.
I tak, jak przed sześcioma wiekami Francuz Jean de Béthencourt będący na usługach hiszpańskiego króla, tak i ja w dwudziestym pierwszym stuleciu, po ciągnącej się w nieskończoność pandemii, ochoczo ruszyłam na podbój wyspy chcąc przeżyć forte aventure - co w języku francuskim oznacza mocną przygodę.
    Jedni twierdzą, że to od tego wyrażenia wyspa wzięła nazwę, drudzy zaś, że od fuerte viento - w języku hiszpańskim oznaczającym mocny wiatr.
    Skłonna jestem przyznać, że na Fuerteventurze można doświadczyć wielu przygód w iście szalonym wietrze, wiejącym nieustannie, zarówno w dzień jak i w nocy przez okrągły rok.
    Takie warunki pogodowe to istny raj dla miłośników sportów wodnych, w szczególności dla
kitesurferów.
    Ci, których mocne wrażenia nie interesują czas spędzają leniwie na plaży albo zwiedzają wyspę. Nie brakuje też i tych, którzy dla podkreślenia swojego związku z naturą kąpią się albo paradują po plażach nago. Na wyspie nie ma wydzielonych miejsc dla nudystów i można ich spotkać wszędzie. Przemycę jedno zdjęcie pewnego golaska, który wyznaczył sobie około pięćdziesięciometrowy odcinek i przez dłuższy czas spacerował w te i we te opalając i tak już mocno opalone obnażone ciało. Zastanawiałyśmy się z Przyjaciółką czy spalony słońcem dyndasek funkcjonuje tak samo jak ten, który słońca nigdy nie widział. Ech, gościu przypominał mi
wykrzyknik - nieodmienną część mowy wyrażającą silny stan emocjonalny.


   
Pozbawionych ubrań, starszych panów i pań, też widać było tu i ówdzie. Pary wędrują brzegiem po nagrzanym piasku, zatrzymują się, rozbierają bez skrępowania i kąpią w przecudnej niebieskiej toni oceanu. Z uśmiechem na twarzy, nieraz delikatnym ukłonem mijają takich jak ja zakrawających ciało kolorową sztuczną tkaniną.

    Dzisiaj skupię się na nadmorskim kurorcie Costa Calma, który obok
Corralejo, Caleta de Fuste, Gran Tarajal et Jandia - Morro Jable, rozwijał się od lat siedemdziesiątych ubiegłego stulecia. Zabudowa Costa Calmy to głównie hotele, które teraz w okresie pandemii świecą pustkami.
    Stacja klimatyczna usytuowana jest na wybrzeżu Sotavento (sotavento w języku hiszpańskim znaczy zawietrzny), na początku półwyspu Jandía, po jego wschodniej, zawietrznej stronie. Kurort otoczony wydmami i niskimi górami leży w najwęższej części Fuerteventury - odległość między brzegami wschodnim i zachodnim to około pięć kilometrów.






   
Do naszego hotelu Sotavento, apartamentu z widokiem na morze przybyłyśmy w porze lunchu. Apartament usytuowany był na parterze z bezpośrednim wyjściem na taras i ścieżkę wiodącą w dół na plażę i w górę na klif. We wczesnych jeszcze godzinach popołudniowych, zarówno pomieszczenia jak i część zewnętrzna apartamentu wydały nam się dość ponure. W powietrzu wyczuwałyśmy wilgoć i nie miałyśmy ciepłej wody.














     Na tarasie apartamentu zjadłyśmy pierwszy lunch składający się z kanapek i owoców przywiezionych z Polski. Wypiłyśmy też po kropelce przepysznej nalewki sporządzonej przez Przyjaciółkę. Butelka tego pysznego trunku wystarczyła nam do końca pobytu. Ale, hola, hola kupiłyśmy jeszcze dwie butelki wina wytrawnego !
    Zaznaczę też, że wykupione miałyśmy bardzo dobre śniadania i obiadokolacje. Opcja all inclusive była niestety kiepska i nie warta dodatkowych pieniędzy!


   
Na recepcji, bardzo miła Polka, pani Aleksandra, zaproponowała nam apartament
w innym budynku na drugim piętrze, który zwolnić się miał za dwa dni. Przystałyśmy na zamianę i przeniosłyśmy się do słonecznego jasnego lokum z pięknym widokiem z salonu na ocean i na część ośrodka.














   
A teraz inne zdjęcia! Poprzedzać je będę treścią wyjaśniającą gdzie jestem lub jesteśmy. Moja Przyjaciółka nie zawsze miała ochotę na spacer, bo po pierwsze znała tę okolicę a po drugie uwielbiała kąpiele w błękitnym oceanie, które jak mówiła mają zbawienne działanie na jej kręgosłup. Potrafiła długo unosić się na plecach, wyprostowana jak struna, na falującym ocenie. Lubiła także taplać się jak dziecko w nagrzanym słońcem piasku. Ja natomiast po kilku wyprawach pieszych stwierdziłam, że moje możliwości zdrowotne są kiepskie - zadyszka, zbolałe stawy, brak męża, który dźwiga potrzebne rzeczy na plecach… nie pozwalały mi na swobodną penetrację wyspy! - Czy to następstwa przebytej choroby onkologicznej i skutki terapii hormonalnej, czy też może jakaś nowa przypadłość?! - Zastanawiałam się!
    Spacery (nie specjalnie lubię wylegiwać się na plaży) wybrzeżem w kierunku południowym - gdzieś w oddali zamajaczy laguna Sotavento - raj dla kitesurferów.
    Mieszkający na wyspie Polacy twierdzą, że w czasie odpływu można przejść brzegiem oceanu całe wybrzeże Sotavento, jedno z najpiękniejszych wybrzeży Europy, dwudziestokilometrowy odcinek pomiędzy Costa Calmą a Morro Jable.
























     Pośród skał spotkać można pięknego skorupiaka, charakterystycznego dla wysp kanaryjskich - czerwonego kraba i bawić się z nim w chowanego. Mój okaz, jak tylko chowałam się za skałę, wychodził z kryjówki, jak tylko ja się wynurzałam on się cofał i trudno było wypatrzeć w cieniu skały jego cudne oczyska.





   
Na skalistych półkach hasają, uznawane za szkodniki, pręgowce amerykańskie zwane tu berberyjskimi. Są to malutkie, niepłochliwe zwierzątka z rodziny wiewiórkowatych, niemalże niezauważalne na tle kamieni. Na widok człowieka wynurzają się ze swoich kryjówek i żebrzą o łakocie. Skaczą z kamienia na kamień, plączą się pod nogami, stają na łapkach i proszą o orzeszki. Turyści z wielką chęcią przynoszą im ich smakołyki i cieszą oczy sprytnymi pręgowcami, które opanowały całą Fuerteventurę.











   
Idąc na południe mijamy kolejne plaże, jedne bardzo szerokie z pasem roślin odpornych na suszę, inne zaś w postaci małych zatoczek poprzedzielanych czarnymi klifami, kompleksy hotelowe o niskiej zabudowie, przy których utworzono przepiękne,
sztucznie nawadniane, zielone strefy z egzotyczną roślinnością. Wszędzie tam widoczne są czarne gumowe węże doprowadzające do każdej rośliny wodę.






















   
Ten spacer kończymy wizytą w ogrodzie uroczo położonego na klifie hotelu R2 Pajara Beach.































      A teraz wybierzmy się w przeciwną stronę, na północ od naszego hotelu.
    Grażynka zostaje na pięknej piaszczystej plaży pod słomianym parasolem i oddaje się lekturze ciekawej książki, ja idę dalej.







   
Brzeg jest tutaj skalisty. Mijam jakąś część wojskowej fortyfikacji.












   
Za klifem fotografuję charakterystyczną dla Costa Calmy budowlę - taki punkt rozpoznawczy kurortu widoczny z drogi F-2 wiodącej z Moro Jable do stolicy Puerto del Rosario. Jest to pięciogwiazdkowy hotel R2 Rio Calma z wieżyczką przypominającą wieżę kościoła. Ale w Costa Calma kościoła nie ma, co nie znaczy, że msze w tym kurorcie nie są odprawiane. Odprawia się je
w drugą i czwartą niedzielę miesiąca - latem o godzinie 18:00, zimą o 17:30, w salce z czarnymi drzwiami pod pizzerią l’Italiano.








   
Wracając do pozostawionej na plaży Przyjaciółki fotografuję ciąg hoteli na tle wysokich wydm i niskich gór z farmami wiatrowymi na zboczach. Urzekający widok, a przy tym ten fantastyczny kolor oceanu z krystalicznie czystą wodą i piaszczystym dnem.











Costa Calma
, czerwiec 2021 roku









   Ech! Nawet rośliny bywają zmęczone i szukają gdzie by tu głowę wygodnie ułożyć!