- Co dzisiaj robiłaś? - Usłyszałam głos męża w słuchawce telefonu?
- Większość dnia spędziłam na plaży. - Odpowiedziałam.
- Na plaży? - Zapytał z niedowierzaniem i wybuchnął śmiechem.
- Tak, tak na plaży...
I nic w tym nie byłoby dziwnego, żeby nie pora roku, środek mroźnej zimy.
Co prawda nie zażywałam kąpieli, ale przyglądałam się jak inni to robią.
W pierwszy dzień lutego słońce mocno grzało od samego rana, co wprawiło mnie w doskonały nastrój, bo właśnie tego dnia planowałam skorzystać z zaproszenia moich znajomych Morsów i zrobić kilka zdjęć z ich kolejnej zimowej kąpieli, tym razem na plaży w Supraślu.
Około pół godziny przed południem zaparkowałam samochód na parkingu przed Zajmą. Stało tam już kilkanaście pojazdów, ale plaża nad zalewem była pusta. Cały zalew pokrywała gruba warstwa lodu. Na środku, na plastikowych wiaderkach siedziało pięciu rybaków, a trzy osoby szły w ich kierunku. Zauważyłam, że jedna z nich uzbrojona jest w profesjonalną kamerę. Domyśliłam się, że są z TVP Białystok, jako że tego dnia na Bulwarach Wołkowa oprócz pokazów Morsów, miały się odbyć zawody w biathlonie, snowboardzie i skiringu. Przewidziano ognisko, gry, zabawy dla dzieci i dorosłych oraz kulig.
III SupraSki Festiwal rozpoczął się we czwartek trzydziestego stycznia i zakończyć się miał drugiego lutego w niedzielę.
Zeszłam z mostu wydeptaną przez
rybaków ścieżką i poszłam w kierunku jazu. Podziwiałam na piasku przeróżne
formy, utworzone przez silny północno wschodni wiatr, który
zmiatał z nabrzeża sypki śnieg ukazując fantastycznie pofałdowaną ziemię.
Przy jazie stało kilka aut i oczywiście
pasjonaci zimowych kąpieli. Schodziło się też coraz więcej mieszkańców
miasteczka i gości spoza Supraśla.
Za jazem przez kilkanaście metrów woda płynęła wartko, po czym znowu napotykała na przeszkodę coś w rodzaju lodowej kładki spinającej dwa brzegi.
W ciemnogranatowej topieli pluskały się łabędzie.
Za jazem przez kilkanaście metrów woda płynęła wartko, po czym znowu napotykała na przeszkodę coś w rodzaju lodowej kładki spinającej dwa brzegi.
W ciemnogranatowej topieli pluskały się łabędzie.
W oczekiwaniu na wejście do wody rozmawiałam
z kilkoma osobami. Dowiedziałam się, że Podlaski Klub Morsów usankcjonował
swoją działalność w lipcu dwa tysiące szóstego roku, a pierwsze kąpiele zaczęły
się już cztery lata wcześniej i że z kilku amatorów zimowego pływania, klub urósł
do około stu siedemdziesięciu Morsów i Foczek.
Dla ciekawości podam, że inicjatorem
tego przedsięwzięcia był Supraślanin Krzysztof Kwasiborski. Foczka Irena
Kwasiborska zdradziła mi, że zdarza się im przyjechać na plażę w samych
tylko szlafrokach, bo dla niej największym problemem jest przebieranie się po
wyjściu z wody. Pozwoliła mi dotknąć swojego zaczerwienionego nieco uda. Było
zimne, ale ona zachowywała się tak jakby to była pełnia lata. Żadnych drgawek
ani żadnego szczękania zębami.
Omal nie uległam psychozie pod wpływem grupy Morsów i o mało nie weszłam z nimi do wody. I kiedy z wypiekami na twarzy myślałam:
a czemu by tak nie spróbować, usłyszałam za plecami:
- Co panią powstrzymuje?
- Ten lodowaty, przenikliwy wiatr. - Odpowiedziałam i odwróciłam się w stronę pytającego.
Obok mnie stał dziennikarz białostockiej telewizji, który zdążył mi już zadać kolejne pytanie... Uśmiechnęłam się w stronę obiektywu kamery...
Omal nie uległam psychozie pod wpływem grupy Morsów i o mało nie weszłam z nimi do wody. I kiedy z wypiekami na twarzy myślałam:
a czemu by tak nie spróbować, usłyszałam za plecami:
- Co panią powstrzymuje?
- Ten lodowaty, przenikliwy wiatr. - Odpowiedziałam i odwróciłam się w stronę pytającego.
Obok mnie stał dziennikarz białostockiej telewizji, który zdążył mi już zadać kolejne pytanie... Uśmiechnęłam się w stronę obiektywu kamery...
Ech..., jak to trzeba zważać na słowa.
Rozmawiając z Morsami w przypływie entuzjazmu zapytałam, czy przyjmą mnie na
członka, a panowie na to, że na członka nie ale do klubu tak. No i masz
babo placek, nawet się nie zaróżowiłam.
Nikomu lodowaty wiatr nie przeszkadzał, humory dopisywały, uśmiechy zdobiły twarze, wszyscy rozgrzewali się przed zanurzeniem w wodzie, panowie napinali mięśnie tarzając się w śniegu, wciągali brzuszki przed obiektywem aparatu fotograficznego, uchylali poły szlafroka...
No i niech mi ktoś powie, że nie jest to dobry sposób na życie?
Nikomu lodowaty wiatr nie przeszkadzał, humory dopisywały, uśmiechy zdobiły twarze, wszyscy rozgrzewali się przed zanurzeniem w wodzie, panowie napinali mięśnie tarzając się w śniegu, wciągali brzuszki przed obiektywem aparatu fotograficznego, uchylali poły szlafroka...
No i niech mi ktoś powie, że nie jest to dobry sposób na życie?
Po pokazach Morsów i wyczynach Foczek
obejrzałam biegi narciarskie połączone
ze strzelaniem z łuku a także przygotowania do snowboardowego show.
Wracając na
parking uległam urokowi stada kaczek, które to sfruwały na wartki nurt za jazem,
albo wzbijały się w powietrze.



