cd
Jesteśmy jak książki...
Większość ludzi widzi tylko naszą okładkę...
Mniejszość czyta wstęp...
Większość wierzy tylko krytykom...
Nieliczni poznają naszą treść...
/znalezione w sieci/
Dziękuję tym wszystkim, którzy dotrwali do końca mojej irlandzkiej opowieści.
Czwartek, dwudziestego siódmego marca, ostatni dzień mojego pobytu na Zielonej Wyspie i powrót do domu.
Samolot z Dublina do Modlina odlatuje o godzinie siedemnastej. W Polsce powinnam być o dwudziestej pierwszej. Czy zdążę na ostatni autobus do Białegostoku? Właściciel linii autobusowej Express Podlasie zapewniał mnie, że kierowca zaczeka na ostatnich pasażerów około pół godziny.
Nie potrzebnie się martwiłam, Ryanair słynie z punktualności, co muszę podkreślić...
Pożegnaliśmy się na dworcu autobusowym w Derry. Do odjazdu Bus Éireann'a miałam kilkanaście minut i chciałam jeszcze ostatnim rzutem na taśmę doładować swój bagaż wrażeń, który i tak był bardzo ciężki, tak bardzo ciężki, że nie umiałam pozbierać myśli, powiązać wątków w jedną całość.
Robiłam ostatnie zdjęcia...
- Czy wyobrażacie sobie salę przedszkolną z rozproszonymi po całym pokoju zabaw radosnymi dzieciakami, nad którymi nie może w pełni zapanować ich pani?
- Takie właśnie było moje wnętrze, kiedy przez szyby autobusu po raz ostatni podziwiałam szmaragdowy pejzaż. Padał deszcz i długimi strugami obmywał Éireann'a, którym kierowała młoda kobieta. Siedziałam sama, wysoko tuż za nią i od czasu do czasu wyciągałam w kierunku okna uzbrojoną w aparat fotograficzny rękę.
Rozbiegane, niepoukładane myśli błąkały się w środku mnie, a ja nie potrafiąc nad nimi zapanować znieruchomiałam na trzy i pół godziny. Wyprostowana na brzegu wygodnego fotela zapewne miałam minę kogoś oszołomionego jakimś nieoczekiwanym wydarzeniem.
Próbowałam zaglądać w każdy kącik moich wspomnień, zwinąć je w kłębek tak jak zwija się wełnianą owczą nić. Ale zanim tę owczą nić zacznie się zwijać w kłębek, to najpierw trzeba połapać owce i je ostrzyc.
Pierwszy SMS - Bon voyage! Potem telefon - Czy te chusteczki na biurku to na mój smarkaty nos?
Myślami wróciłam do przedostatniego dnia mojego pobytu na gościnnej wyspie. Jej obraz nie byłby pełny, gdyby zabrakło w nim irlandzkich pubów, przed południem raczej pustych, z nielicznymi gośćmi, takimi jak na przykład my, a wieczorem wypełnionych gwarem i celtycką muzyką.
Do jednego z pubów Buncrany na głównej ulicy Main Street wybraliśmy się po dwudziestej drugiej. W lokalu przy barze mężczyźni popijali Guinnessa, wpatrywali się w telewizyjny ekran i żywo dyskutowali nad przebiegiem meczu. Przy jednym ze stolików obok palącego się kominka siedziały panie w towarzystwie panów. Tam także królowało ciemne piwo z kremowo-białą pianą na wierzchu, która za przyczyną kulki zwanej Widget lub Rocket Widget zachowywała swoją konsystencję aż do ostatniej kropli płynu w szklance. Kulkę taką umieszcza się w puszkach i butelkach, a jak to jest z Guinnessem z beczki nie wiem. Wiem jedno, że piwo jest doskonałe w smaku, nie powoduje wzdęć, nie napełnia gazem wydymającym brzuch i że po wypiciu kolejnej szklanki nie ma się uczucia podchodzących do gardła trzewi. Nie jestem piwoszem, ale od czasu do czasu spróbuję polskiego trunku, który w niczym nie przypomina słynnego Guinnessa.
Słuchając tradycyjnej irlandzkiej muzyki sączyłam irlandzki czarny towar - the black stuff, zaś Osoba mi towarzysząca trzymała w rękach szklankę z coca colą i zatopiona w swoich myślach wystukiwała stopą rytm na drewnianym szczeblu umocowanym nad posadzką pod blatem długiego wysokiego stołu...
Ostatnie chwile...
Moje myśli rozmywają się w chaosie. Zostawiam moją Tęsknotę na banicji, Miłość mojego życia także na banicji, tylko pewna wieloletnia Przyjaźń po powrocie do Polski, któregoś dnia obejmie mnie swoim ciepłym ramieniem, wycałuje policzki..., a ja zapomnę na chwilę o swojej samotności...
Kiedy na lotnisku w Modlinie przełączyłam telefon z funkcji offline na ogólną, usłyszałam sygnał oznajmujący nadejście esemesa. Otworzyłam kopertę z wiadomością: Witamy w Polsce!!! :) A więc w Buncranie wiadomo już było, że samolot wylądował bezpiecznie i o czasie na lotnisku w Modlinie.
Przed południem - gdzieś za Latterkenny, pub w drodze do Ards Friary
Większość ludzi widzi tylko naszą okładkę...
Mniejszość czyta wstęp...
Większość wierzy tylko krytykom...
Nieliczni poznają naszą treść...
/znalezione w sieci/
Dziękuję tym wszystkim, którzy dotrwali do końca mojej irlandzkiej opowieści.
Czwartek, dwudziestego siódmego marca, ostatni dzień mojego pobytu na Zielonej Wyspie i powrót do domu.
Samolot z Dublina do Modlina odlatuje o godzinie siedemnastej. W Polsce powinnam być o dwudziestej pierwszej. Czy zdążę na ostatni autobus do Białegostoku? Właściciel linii autobusowej Express Podlasie zapewniał mnie, że kierowca zaczeka na ostatnich pasażerów około pół godziny.
Nie potrzebnie się martwiłam, Ryanair słynie z punktualności, co muszę podkreślić...
Pożegnaliśmy się na dworcu autobusowym w Derry. Do odjazdu Bus Éireann'a miałam kilkanaście minut i chciałam jeszcze ostatnim rzutem na taśmę doładować swój bagaż wrażeń, który i tak był bardzo ciężki, tak bardzo ciężki, że nie umiałam pozbierać myśli, powiązać wątków w jedną całość.
Robiłam ostatnie zdjęcia...
- Czy wyobrażacie sobie salę przedszkolną z rozproszonymi po całym pokoju zabaw radosnymi dzieciakami, nad którymi nie może w pełni zapanować ich pani?
- Takie właśnie było moje wnętrze, kiedy przez szyby autobusu po raz ostatni podziwiałam szmaragdowy pejzaż. Padał deszcz i długimi strugami obmywał Éireann'a, którym kierowała młoda kobieta. Siedziałam sama, wysoko tuż za nią i od czasu do czasu wyciągałam w kierunku okna uzbrojoną w aparat fotograficzny rękę.
Rozbiegane, niepoukładane myśli błąkały się w środku mnie, a ja nie potrafiąc nad nimi zapanować znieruchomiałam na trzy i pół godziny. Wyprostowana na brzegu wygodnego fotela zapewne miałam minę kogoś oszołomionego jakimś nieoczekiwanym wydarzeniem.
Próbowałam zaglądać w każdy kącik moich wspomnień, zwinąć je w kłębek tak jak zwija się wełnianą owczą nić. Ale zanim tę owczą nić zacznie się zwijać w kłębek, to najpierw trzeba połapać owce i je ostrzyc.
Pierwszy SMS - Bon voyage! Potem telefon - Czy te chusteczki na biurku to na mój smarkaty nos?
Myślami wróciłam do przedostatniego dnia mojego pobytu na gościnnej wyspie. Jej obraz nie byłby pełny, gdyby zabrakło w nim irlandzkich pubów, przed południem raczej pustych, z nielicznymi gośćmi, takimi jak na przykład my, a wieczorem wypełnionych gwarem i celtycką muzyką.
Do jednego z pubów Buncrany na głównej ulicy Main Street wybraliśmy się po dwudziestej drugiej. W lokalu przy barze mężczyźni popijali Guinnessa, wpatrywali się w telewizyjny ekran i żywo dyskutowali nad przebiegiem meczu. Przy jednym ze stolików obok palącego się kominka siedziały panie w towarzystwie panów. Tam także królowało ciemne piwo z kremowo-białą pianą na wierzchu, która za przyczyną kulki zwanej Widget lub Rocket Widget zachowywała swoją konsystencję aż do ostatniej kropli płynu w szklance. Kulkę taką umieszcza się w puszkach i butelkach, a jak to jest z Guinnessem z beczki nie wiem. Wiem jedno, że piwo jest doskonałe w smaku, nie powoduje wzdęć, nie napełnia gazem wydymającym brzuch i że po wypiciu kolejnej szklanki nie ma się uczucia podchodzących do gardła trzewi. Nie jestem piwoszem, ale od czasu do czasu spróbuję polskiego trunku, który w niczym nie przypomina słynnego Guinnessa.
Słuchając tradycyjnej irlandzkiej muzyki sączyłam irlandzki czarny towar - the black stuff, zaś Osoba mi towarzysząca trzymała w rękach szklankę z coca colą i zatopiona w swoich myślach wystukiwała stopą rytm na drewnianym szczeblu umocowanym nad posadzką pod blatem długiego wysokiego stołu...
Ostatnie chwile...
Moje myśli rozmywają się w chaosie. Zostawiam moją Tęsknotę na banicji, Miłość mojego życia także na banicji, tylko pewna wieloletnia Przyjaźń po powrocie do Polski, któregoś dnia obejmie mnie swoim ciepłym ramieniem, wycałuje policzki..., a ja zapomnę na chwilę o swojej samotności...
Kiedy na lotnisku w Modlinie przełączyłam telefon z funkcji offline na ogólną, usłyszałam sygnał oznajmujący nadejście esemesa. Otworzyłam kopertę z wiadomością: Witamy w Polsce!!! :) A więc w Buncranie wiadomo już było, że samolot wylądował bezpiecznie i o czasie na lotnisku w Modlinie.
Przed południem - gdzieś za Latterkenny, pub w drodze do Ards Friary
Buncrana
nocą, pub na Main Street
Ostatnie obrazki ze Szmaragdowej Wyspy