wtorek, 7 lutego 2012

Posyłam kwiaty



    Adam Asnyk to niezwykle ciekawa postać. Wszechstronnie wykształcony, posiadł wiele cennych umiejętności. Pisał, podróżował, parał się polityką, uzyskał doktorat z filozofii…
I…żył o wiele za krótko, bo tylko 59 lat.

    Oprócz nuty patriotycznej, w twórczości Asnyka, występuje także motyw przyrody. W liście do ojca 28 maja 1874 roku pisał:
     „Góry i morze to jedyne uniwersalne lekarstwo na wszystkie ludzkie dolegliwości, tam oddychając świeżym, wonnym powietrzem, pojąc  się  widokiem świeżej a wzniosłej natury można   zapomnieć  o  cierpieniach  i   troskach...”.

    Bratki, niezabudki, stokrotki, kwiat paproci, róże, powoje, lilie, fiołki pierwiosnki, gałązki jaśminu…to bohaterowie jego wierszy, taki spokój rozlany w naturze, co nęci, albo na pokusy wystawia i sen odbiera…

    Dzisiaj wpadły mi w ręce kwiaty, które za Asnykiem posyłam na wszelkie dolegliwości duszy i ciała:

Posyłam kwiaty - niech powiedzą one
To, czego usta nie mówią stęsknione!
Co w serca mego zostanie skrytości
Wiecznym oddźwiękiem żalu i miłości.

Posyłam kwiaty - niech kielichy skłonią
I prószą srebrną rosą jak łezkami,
Może uleci z ich najczystszą wonią
Wyraz drżącymi szeptany ustami,
Może go one ze sobą uniosą
I rzucą razem z woniami i rosą.

Szczęśliwe kwiaty! Im wolno wyrazić
Wszystkie pragnienia i smutki, i trwogi
Ich wonne słowa nie mogą obrazić…

      Do słów poety dołączam moje obrazy,
                               moje ogrodowe zakątki, kolory i zapachy...










 

sobota, 4 lutego 2012

Wesołość jest rodzajem odwagi /Ernest Hemingway/



Ernest Hemingway

    Nie tak dawno, bo w lutym ubiegłego roku ukazała się książka Pauli McLain 
"The Paris Wife". Prawa do niej wykupiło 25 państw. Polskie tłumaczenie tej powieści pod tytułem "Madame Hemingway" dostępne było już kilka miesięcy później, bo w październiku tego samego roku.
    Zamysł napisania książki o jakimś pisarzu Paula McLain nosiła od dawna i jak sama mówi, szukała inspiracji. 
    Sięgnęła po "Ruchome święto" Ernesta Hemingwaya - paryski pamiętnik lat dwudziestych ubiegłego stulecia. Zachwycona tą wyjątkową epoką zaczęła zbierać materiały do powieści, której bohaterem miał zostać Ernest Hemingway i … jego pierwsza żona Hadley Richardson. Paula przeczytała wiele ciekawych biografii najpierw o osiem lat starszej od Ernesta, Hadley, później o samym Erneście, odnalazła przechowywane w Bibliotece Johna F. Kennedy’ego w Bostonie listy miłosne pisane przed ślubem przez Hadley, dokumenty i rękopisy pisarza. I tak powstała "Paryska żona"czy też inaczej "Madame Hemingway" historia wielkiej miłości, opowieść o kobiecie i mężczyźnie, mężczyźnie jakże innym, od tego, którego znamy jako człowieka trudnego w kontaktach, niestroniącego od alkoholu, bijatyk i innych męskich rozrywek…, zaś u Pauli niezwykle ciepłego, wrażliwego i ludzkiego. 
    Książka McLain dała Hadley szansę wyjścia na pierwszy plan, sprawiła, że czytelnik poczuł, jak to jest być żoną człowieka silnego, nadzwyczajnego. Bo czy takim nie był?  Kochali się miłością głęboką, prawdziwą i nieustającą, skrzywdził ją, ale ona kochała go do samego końca. A on? Kiedy w 1961 roku popełnił samobójstwo, w jego maszynie do pisania znaleziono strony "Ruchomego święta", wspomnienie tych niezwykle pięknych lat spędzonych razem w Paryżu, lat przepełnionych czystością, niewinnością, dobrem…

    Miałam okazję dotknąć Ernesta Hemingwaya na Kubie. Tak, tak, dotknąć, bo tak czułam zwiedzając jego posiadłość La Finca Vigia we wsi San Francisco de Paula, kilkanaście kilometrów od Hawany. Pisarz przyjechał na Kubę w 1932 roku na turniej rybacki. Zawody łowienia ryb odbywały się przy użyciu szerokiego oburęcznego miecza.
    Po tym wydarzeniu często pojawiał się na wyspie, a po zakończeniu wojny domowej w Hiszpanii przyjechał do Hawany na dłużej i zatrzymał się w hotelu Ambos Mundos.
W 1939 roku za namową trzeciej żony Marthy Gelhorn wynajął La Finca Vigia, a w grudniu 1940 kupił ją. W 1943 roku sprowadził tu swoją czwarta żonę Mary Welsh.

   Zaglądając do środka tego kolonialnego domu, zaprojektowanego przez katalońskiego architekta Miguela Pascuala y Baguera, na terenie zajmowanym niegdyś przez armię hiszpańską, spacerując po kilkunastohektarowym ogrodzie miałam wrażenie jakbym podglądała ciągle obecnego tam Hemingwaya. Bo czy domy nie są jak ludzie? Mają swój wiek, swoje zmęczenie, swoje szaleństwa… A może nie? Może to ludzie są jak domy, z ich piwnicami, strychami, ścianami i meblami…, z ich wielkimi oknami i szerokimi drzwiami wychodzącymi na piękne ogrody…
   
     Otwarte drzwi i okna zapraszały do środka. Czułam zapach kogoś, kto tam mieszaka, kto, gdzieś przed chwilą ukrył się przede mną i zapraszał do gry w chowanego. Biegałam więc, po pokojach i ogromnym egzotycznym ogrodzie, zatrzymywałam wzrok na drobiazgach, na pustych i tylko co otwartych butelkach z alkoholem, obok których leżał korkociąg z grubą zakrzywioną rączką, pasującą do ręki właściciela domu, wciągałam zapach tlącego się cygara, omiatałam wzrokiem oryginalne meble w salonie: porte-revues (gazetnik), ulubiony fotel, okrągłą pufę, kupioną w Kairze, imponujące głowy zwierząt na ścianach...
    A w jadalni - wielkie kudu, na środku stół, przy którym zasiadali przyjaciele ze wsi San Francisco de Paula, jak również sławy kina i literatury światowej...
    W bibliotece - lew i leopard, płyta Glenna Millera na gramofonie...Debussy, Strawiński, Schubert, Bach i Beethoven..., ponad 8000 książek na półkach, ponad tysiąc listów, cenne trofea myśliwskie...
    A w sypialni - bawół  i antylopa, którą upolował sam, w górach Idazo… Na łóżku porozrzucane książki i czasopisma, na stole - różne przedmioty. A tam wielkie mokasyny z zużytymi podeszwami, ubrania na polowania, kolekcja sztyletów nazistowskich, strzelby, wędki…
    W łazience waga i mnóstwo cyferek na ścianie, codziennie wypisywanych liczb określających ciężar ciała… Obsesja to, czy co - zastanawiałam się.


Kuba - La Finca Vigia - dom pisarza

Taras spowity zielenią przed głównym wejściem do domu pisarza

Widok na jadalnię z salonu. Po prawej porte-revues

Salon i biblioteka. Okrągła pufa kupiona w Kairze.

Na stole korkociąg, popielniczka z cygarem...

Biblioteka

Wybiegam do ogrodu...

    Wiedziona zapachem wybiegam do ogrodu, w nadziei, że właśnie tutaj odnajdę sprawcę zabawy. Każdy zakątek, każda roślina przyciąga swoją oryginalnością. Ale oto, obok domu, na szczycie wzgórza, dostrzegam wieżę. Pozostawiam na chwilę zielone zakątki ogrodu i po wąskich schodkach wchodzę na górę gdzie w przeszklonym pomieszczeniu dostrzegam biurko, a na nim maszynę do pisania Underwood. 
    - Przecież Hemingway nie miał zwyczaju pisać w wieży! 
    Najlepiej lubił pracować w swojej sypialni, gdzie przy stole spędzał godziny pisząc na stojąco, z gołymi stopami, w okularach w metalowej oprawie. Dlaczego pisał stojąc? Odpowiedź wydaje się być prosta! Długie godziny, dnie całe przy biurku w pozycji siedzącej w końcu przyniosły niepożądane dolegliwości - być może ból kręgosłupa, opuchnięte nogi, złe krążenie grożące zatorem - nękające ciało, a w głowie kotłowały się myśli, które chciał przelać na papier. Stąd wszędzie mnóstwo wygodnych foteli i innych siedzisk. Kto wie może alkohol był swojego rodzaju panaceum na dolegliwości ciała i przytłumienie gotującego się umysłu? Sama nie raz mam ochotę podnieść się z wygodnego, obitego skórą, miękkiego krzesła i pracować na stojąco, albo zawiesić nogi gdzieś na suficie. Kto nigdy nie spędzał wieczności przed klawiaturą ten nie jest w stanie zrozumieć!
    W wieży, w witrynie za szkłem, zauważam pierwsze oryginalne wydania książek pisarza. Na ścianach czarno białe fotografie, przy oknie luneta. Ech, był tu przed chwilą – pomyślałam i rozglądał się po okolicy otulonej bujną zwrotnikową roślinnością, słuchał dźwięków ocierających się o siebie i kołyszących na wietrze bambusów, podziwiał Cieśninę Florydzką z tworzącymi się na niej ciepłymi prądami morskimi - Golfstromem...  

W wieży

Wieża. W szklanej witrynie.

Jedna z fotografii zdobiącej ściany w wieży

Część ogrodu przy wejściu do wieży.

Na horyzoncie Cieśnina Florydzka

Idę ścieżką w stronę basenu i łodzi Pilar

    Wychodzę z wieży i ścieżką wśród zieleni pędzę w kierunku basenu i łodzi Pilar

- Co zrobisz z Pilar, jeśli umrę przed tobą? 
  - zapytał pisarz Gregorio Fuentesa.  
- Nigdy nie wypłynę nią w morze. Ustawię łódź opodal twojego domu
  - odpowiedział Fuentes, który razem z Hemingwayem pływał po Morzu Karaibskim i którego uważa się za pierwowzór rybaka Santiago z opowiadania "Stary człowiek i morze".

    Między basenem a łodzią, przy grobach ulubionych zwierząt pisarza, pojawiają się odwiedzające je psy, których w posiadłości ciągle pełno i które żyją tutaj raczej w dostatku, choć na takie nie wyglądają. Turyści karmią je wszelkiego rodzaju delicjami, resztkami z obfitych hotelowych śniadań.

Sławne kobiety pływały tutaj nago

Słynna łódź Hemingwaya Pilar.

W odwiedzinach na psim cmentarzu

Jest ich tutaj jeszcze więcej

    Wdycham powietrze przesycone mnogością zapachów roślin tropikalnych. Zachwyca mnie palma królewska, której prosty i długi jakby odlany z betonu biało szary pień wynosił wachlarz liści gdzieś hen ponad inne drzewa i pieścił w słońcu. Przysiadam na chwilę w gąszczu zieleni i plątaninie korzeni. Co rusz patrzę w niebo, albo nasłuchuję kroków. Teraz mam nadzieję, że to właściciel mnie odnajdzie i otworzy szerokim gestem drzwi domu dla gości, w którym to nie raz przebywali i ci wielcy, i ci maluczcy...

W gąszczu zieleni i plątaninie korzeni

Fragment tropikalnego ogrodu

Dom dla gości

    Ale oto jeszcze jedna niespodzianka, nagroda na koniec zabawy w podchody – stary niebiesko biały Ford z 1957 roku, z tablicą rejestracyjną, z napisem CUBA i numerem HSJ, 124. 
    Ech, gospodarz pomyślał o wszystkim! Użyczył mi nawet swojego samochodu! Wsiadam do tego niezwykle pięknego pojazdu bez dachu i w drogę!

Ford Hemingwaya z 1957 roku

    Jakiż nie bywały smutek zapanował w moim sercu, kiedy musiałam rozstać się z tą baśniową scenerią.
    Rzucając ostatnie spojrzenie na posiadłość Hemingwaya, rozmyślam o tym, o czym pisał w "Pożegnaniu z bronią":

 Świat łamie każdego i potem niektórzy są jeszcze mocniejsi w miejscach złamania. Ale takich, co nie chcą się złamać, świat zabija. Zabija w równej mierze najlepszych, najdelikatniejszych i najdzielniejszych. Jeżeli nie jesteś żadnym z nich, możesz być pewien, że zabije cię także, ale bez szczególnego pośpiechu.

    Ale to nie był jeszcze koniec mojej przygody z tym niezwykłym człowiekiem. Wiedziona instynktem i nieustającą ciekawością pojechałam jego śladami do małej wioski rybackiej Cojimar, miejsca jakże odmiennego od tego, w którym przed chwilą przebywałam.
   Nad samym morzem, w pobliżu starego hiszpańskiego bastionu Torreon de Cojimar, gdzie Hemingway cumował swoją łódź Pilar, Kubańczycy wznieśli monument z popiersiem pisarza. Jakby nie było mieszkał tutaj 21 lat i opisywał ich codzienne losy.

Na tle starego hiszpańskiego bastionu Torreon de Cojimar

W stronę morza

     A oto i La Terrazza, ulubiona tawerna, w której powstał pomysł napisania opowiadania "Stary człowiek i morze". Ściany lokalu zdobią fotografie Papy Ernesta Hemingwaya, w rogu z widokiem na morze stoi nakryty stół, gotowy na przyjęcie swojego stałego bywalca…
    Zaglądam do menu: jak na kubańskie standardy zawiera sporo propozycji z owocami morza, a za   przyjemność obcowania z historią trzeba drogo zapłacić...
    Zamawiam niebieski koktajl Gregorio Fuentes i zatapiam się w kubańskich rytmach, zachwycających wyrafinowanymi formami muzycznymi - fuzja smutnej kolonialnej przeszłości i socjalistycznego rygoru...

La Terrazza de Cojimar - w oczekiwaniu na Hemingwaya

Zakończony połów marlina - jedna z fotografii w La Terrazza

Zamawiam koktajl Gregorio Fuentes

Przyjemny w smaku, z dużą ilością lodu....

Guajira Guantanamera...

Wesołość jest rodzajem odwagi /EH/

    Do moich uszu dociera melodia "Guajira Guantanamera" (Dziewczyna z Guantanamo) - najbardziej znana na Kubie pieśń skomponowana w latach dwudziestych minionego stulecia, przez Joseito Fernandeza do słów poematu Versos Sencillos, napisanego przez Jose Marti.
    Poddaję się hipnotyzującej i porywającej muzyce kubańskiej...Czas na salsę...

Wesołość jest rodzajem odwagi. /EH/

Wspomnienie z podróży z 21 listopada 2010 roku

czwartek, 2 lutego 2012

Moje spotkanie ze sztuką, czyli słów kilka o Andrzeju Bursie.


Andrzej Bursa /zdjęcie z internetu/

    Andrzejowi Bursie przyszło żyć w trudnych czasach. Urodził się przed wojną, a kiedy wybuchła miał zaledwie 7 lat. Podczas okupacji uczęszczał na tajne komplety, które prowadził jego ojciec. Już wtedy wykazywał niezwykłe zainteresowanie literaturą i poezją. Być może nawet sam już pisał i czytał swoje dzieła, do których się nie przyznawał i przypisywał ich autorstwo dziadkowi Leonowi Kopycińskiemu.

    Po wojnie ojciec Andrzeja opowiedział się za socjalistami, porzucił rodzinę, żonę, syna, córkę Martę i ożenił po raz drugi. Opuścił Kraków i osiadł we Wrocławiu. Za namową matki, młody Bursa dołączył do ojca, ale wrocławskiego domu macochy nigdy nie polubił.

    W 1950 roku nie zdał matury, najprawdopodobniej z powodu kilku wersów wiersza, o Bierucie i Stalinie, za co został wyrzucony ze szkoły. Innym powodem wydalenia go z liceum mogło być porzucenie legitymacji Związku Walki Młodych, która była przepustką na studia i otwierała młodym ludziom drzwi uczelni, z czym Andrzej Bursa nie mógł się zgodzić…

    Tęsknił za Krakowem i powrócił tam na stałe po śmierci dziadka. Przeniósł się do klasy maturalnej Państwowego Liceum Sztuk Plastycznych; oprócz pisania wierszy lubił malować. W tym też czasie poznał o dwa lata starszą od siebie Ludwikę, studentkę Akademii Sztuk Pięknych. Ożenił się z nią w 1952 roku. Uważając się za deistę i wierząc w istnienie jakiegoś boga zgodził się na ślub kościelny. Młodzi zamieszkali za szafą, na ostatnim piętrze kamienicy przy ulicy Garncarskiej 9, gdzie rodzina Bursów wprowadziła się po zakończeniu wojny. Tutaj, w tym samym roku urodził się syn Michaś, tutaj także w 1957 roku, w wieku 25 lat, Andrzej Bursa zmarł. Sekcja zwłok wykazała, że przyczyną zgonu był niedorozwój aorty. Paradoksalne jest to, że w tej samej kamienicy trzy piętra niżej mieścił się Instytut Onkologii. Marta, siostra Andrzeja, dwukrotnie prosiła lekarza o udzielenie pomocy, ale ten odmówił, twierdząc, że jest na dyżurze. Kiedy przyjechało pogotowie Andrzej jeszcze żył. Oczekiwany na pogrzebie ksiądz nie pojawił się. W obecności rodziny, częściowo sparaliżowanej matki i przyjaciół Jan Adamski zaczął modlitwę…

    O Andrzeju Bursie nie wiedziałam nic, a z jego poezją zetknęłam się podczas czwartego Krakowskiego Salonu Poezji. Epoka, w której ten młody twórca żył jest mi znana. Wierz mi drogi Czytelniku, że nie lubię do niej wracać pamięcią, ani też przywoływać tych momentów mojego życia, gdzie lęk i strach panoszył się w zakamarkach mojej świadomości, gdzie każdego dnia walczyć trzeba było z niewidzialnym wrogiem…

    Przed pójściem na spotkanie z poezją nie wiedziałam, jakiego rodzaju twórczością zostanę potraktowana. Nie mniej jednak cieszę, że autor tych ciężkich czasów nie popadł w zapomnienie. Warto o nim opowiadać młodym ludziom, ku przestrodze tamtych lat.

    Jego twórczość w znacznej mierze przepełniona była buntem, brutalnością i cynizmem; wiersze cechowały naturalizm oraz antyestetyka. Bursa był poetą szukającym trwałych wartości humanistycznych i prawd o człowieku i sobie samym. Dzieła artysty idealnie opisują ówczesną rzeczywistość w sposób demaskatorski i bezkompromisowy, a zarazem przesycone są ukrytym liryzmem.
    Bunt przeciwko normom życia społecznego, tradycji romantycznej, konwencjom, moralności to jedynie powierzchowne odczytanie twórczości Bursy. Poeta dostrzegał istniejące wokół zło i wyrażał je adekwatnymi środkami literackimi, jednak w jego utworach zauważyć można wyrazistą potrzebę obcowania z dobrem.


    W tych kilku powyżej cytowanych przeze mnie zdaniach wyjętych z Wikipedii zawiera się cała prawda o tematyce poezji Adama Bursy. Notowałam w swoim notesiku wszystkie 34 tytuły wierszy czytanych na spotkaniu. Doszłam jednak do wniosku, że jeżeli zainteresowałam kogoś moim dzisiejszym wpisem, to sam powinien po nie sięgnąć. Tym razem na scenie Domu Ludowego w Supraślu, tego mało znanego autora zaprezentowali Piotr Cyrwus – aktor Teatru Starego w Krakowie i Alicja Dąbrowska – absolwentka Akademii Teatralnej w Warszawie.

Piotr Cyrwus

Alicja Dąbrowska

    To był najgorszy Krakowski Salon z dotychczas zorganizowanych. Na Sali zebrało się około piętnastu osób. Co było tego powodem? Być może źle zareklamowany występ bądź, co bądź znanego w Polsce aktora, być może sama osoba poety, być może temat… Kto wie?

Robert Jurko

    Moje rozczarowanie sięgnęło zenitu, kiedy para artystów wykazała się nie najlepszym przygotowaniem; szczególnie pani Alicja sprawiała wrażenie jakby pierwszy raz widziała teksty. Niespodzianką natomiast już po raz czwarty była muzyka towarzysząca spotkaniu. Tym razem na akordeonie zagrał Robert Jurko. Do uszu nielicznych odbiorców dobiegały dźwięki melodii doskonale harmonizujące z tematyką prezentowanych utworów. Miałam wrażenie, że znajduję się gdzieś na łonie przyrody, gdzie panuje tajemnicza cisza, gdzie coś pomału zaczyna się dziać, coś się rodzi, coś umiera, czułam smutek i radość życia, wędrowałam polami o wschodzie i zachodzie słońca, widziałam pracę ludzi na wsi, mgłę unoszącą się nad łąkami, bajecznie kolorowego motyla, przysiadającego raz na jednym, raz na drugim kwiatku…rzewna melodia istnienia i mój ulubiony instrument rozciągnięty do granic możliwości na końcu, którego słychać niepokój, albo spełnienie…?


Nieliczna publiczność

Piotr Cyrwus zaprasza na spektakl "Polowanie na łosia"

    Po występie zapytałam pana Piotra Cyrwusa, dlaczego wybrali tego właśnie autora. Okazało się, że to nie oni decydują o tym, co będzie prezentowane, tylko organizatorzy. Wtedy przyszło mi na myśl, że na pięć minut przed dwunastą otrzymują teksty. Jakaś wielka niechęć ogarnęła mnie do Krakowskiego Salonu Poezji. Poczułam się jak drugorzędny, nieważny odbiorca sztuki, gdzie ktoś chciał naprędce wykonać jakiś plan i wydać pieniądze nie ze swojej kieszeni, a z drugiej strony brak szacunku dla zaściankowej publiczności kazał te pieniądze wziąć. Czy ktoś sprawuje pieczę i rozlicza organizatorów, czy tylko jest to tak zwana sztuka dla sztuki, tylko jakiej pytam? Czy ktoś mógłby zadbać o profesjonalne przygotowanie programu z porządną dekoracją i stworzeniem odpowiedniego nastroju? Czy aktor za każdym razem będzie sprawiał wrażenie, jakby przed chwilą wszedł wprost z ulicy na scenę, postawił teczkę przy krześle, po czym na nim zasiadł i przeczytał to, co mu wetknięto z marszu do ręki?
    Z bylejakością nie utożsamiam sztuki. Bylejakość jest skutecznym narzędziem do uśmiercenia jej, a nie o to przecież chodzi tym, co być może mieli dobre intencje, ale stracili zapał i chęci, a teraz  w pośpiechu realizują plan.

Wiara
wierzę że Bóg podobny jest do gołębicy
że człowiek może zmienić się
w dowolną część maszyny
co nie oznacza
że nie ma mu wyrosnąć lwia grzywa
albo skrzydła anielskie
(w anioły także wierzę)
Wierzę w insygnia wszystkich mocarstw
Wierzę we wszystkie ideały
i w szaleństwo ich głosicieli
Nie wykluczam:
samorództwa
dzieworództwa
zapłodnienia przez styk damskiego zadka z fotelem
na którym od dawna nikt nie siedział
Wierzę że facet któremu się nic nie udaje
może zostać nagle synem szczęścia
Że największym poetą naszego kraju
nie jest ten siwy pan z dochodami
ani ten młody dobijający się do dochodów
ale stary tragarz który nie napisał nic
oprócz kilku podań
Wierzę w praducha
i pramaterię
i wszystkie pre-pradokumenty
i we wszystkie pro anty korr i kontra
Nie wierzę tylko w niemożliwe
Wszystko jest możliwe na tym świecie
składającym się
hiii... hiii
z wirujących punkcików
których jeszcze
hiii... hiii nikt nie widział.

Dno piekła
na dnie piekła
ludzie gotują kiszą kapustę
i płodzą dzieci
mówią: piekielnie się zmęczyłem
lub: piekielny dzień miałem wczoraj
mówią: muszę się wyrwać z tego piekła
i obmyślają ucieczkę na inny odcinek
po nowe nieznane przykrości
ostatecznie nikt im nie każe robić tego wszystkiego
a są zbyt doświadczeni
by wierzyć w możliwość przekroczenia kręgu
mogliby jak ci starcy
hodowani dość często w mieszkaniach
(przeciętnie na dwie klatki schodowe jeden starzec)
karmieni grysikiem
i podmywani gdy zajdzie potrzeba
trwać nieruchomo w proroczym geście
z dłońmi uniesionymi ku górze

ale po co
dokładne wydeptywanie dna piekła
uparte dążenie
z pełną świadomością jego bezcelowości
ach ileż to daje sytuacji.