piątek, 20 stycznia 2012

Koncert w Domu Ludowym w Supraślu

Niedziela, 15 stycznia 2012 roku

    Cóżeś bliźniemu uczynił?

    Wyrażenie „cóżeś bliźniemu uczynił” pojawia się często w Piśmie Świętym
w różnych księgach i traktuje o grzechu. A ja chciałabym dzisiaj napisać o tym, że „miłość bliźniemu złego nie wyrządza”, a powyższe pytanie odnosić się może do tego cóżeś dobrego mu uczynił?
    Ludzi czyniących dobro nie da się nie zauważyć, bo wcześniej czy później czynienie dobra przynosi wymierne efekty, a nawet wskazane jest pochwalić się swoją pracą, żeby pokazać innym, że można być człowiekowi przyjacielem, a nie wilkiem. Ludzie dobrej woli zawsze mnie intrygowali. Starłam się do nich zbliżyć, żeby właśnie od nich czerpać nauki jak żyć. Nie chciałam któregoś dnia obudzić się z przysłowiową ręką
w nocniku. Nie należę tylko i wyłącznie do grupy obserwatorów i słuchaczy, ale także próbuję sama coś na pożytek bliźniego uczynić. Ale o moich uczynkach niech mówią inni. Ja mogę tylko wskazywać wartościowe przykłady. Niech będą mi obce postawy zazdrośników, którzy całe życie przesiedzieli w oknie i nic nie robili jedynie obgadywali. Ileż energii się zmarnowało?
A można było wyjść przed dom i powiedzieć „dzień dobry”, zapytać „w czym pomóc?”

    Od niespełna dwóch lat należę do kręgu przyjaciół Joanny i Janusza Fidziukiewiczów, którzy często wyrzekają się swojego wolnego czasu, na rzecz innych. Oboje kochają muzykę i oboje pracują z dziećmi i młodzieżą przekazując im to, co sami w tej dziedzinie sztuki posiedli. Ciężka praca, od rana do późnego wieczora.
I jeszcze dwójka uroczych dzieciaków Marysia (4lata) i Bartuś (5lat), które nieustannie im towarzyszą. Dziwię się nie raz, jak te maluchy dzielnie, z szeroko otwartymi oczami przyglądają się i słuchają naszych wtorkowych prób, po czym zasypiają w małych fotelikach nie grymasząc, nie płacząc…

    W niedzielę, 15 stycznia zorganizowaliśmy nasz pierwszy koncert poza kościołem – śpiewanie kolęd w Domu Ludowym w Supraślu. To było ciekawe doświadczenie nie tylko dla mnie, ale także dla wszystkich, którzy wystąpili na scenie. Jako pierwsi wkroczyli na nią najmłodsi instrumentaliści, później Marysia i Bartuś w przebraniu,
a na końcu chór: soprany, alty, tenory i basy. Założyliśmy, że kolędy będziemy śpiewać razem z publicznością, która nie zawiodła i gromadnie przybyła na wspólne śpiewanie. Tym, którym zabrakło miejsc siedzących zajęli stojące. Nawet sylwetka księdza proboszcza z parafii NMP Królowej Polski ukazała się w drzwiach. Nie sposób było nie zauważyć tego wysokiego mężczyzny, którego uśmiechnięta twarz dominowała nad głowami naszej supraskiej społeczności i nie tylko supraskiej.
Na koncert zaprosiłam moich białostockich przyjaciół, jako że mój syn Wojciech wystąpił solo w dwóch utworach.
    Janusz nie tylko prowadził koncert, ale także kontrolował rozstawianie sprzętu, poprawne nagłośnienie… Tutaj młodzież pokazała się od jak najlepszej strony, zwozili instrumenty, rozciągali kable, jednym słowem bez nich nie dałoby się ogarnąć tych wszystkich czynności przygotowawczych. Niestety w ferworze przygotowań i całym tym zamieszaniu ktoś postawił na uszkodzonej podstawce wiolonczelę, a ta upadła i pękła jej główka. Śmieszne to i nie śmieszne, bo sklejenie główki nic nie da, ze względu na dużą siłę naciągu strun. Szanujmy cudzą własność.
     O tym, co działo się na deskach Domu Ludowego możecie zobaczyć na zdjęciach, które robił tym razem mój mąż Ryszard, z pozycji siedzącej, z miejsca w pierwszym rzędzie. Myślę, że gdyby miał odwagę wstać przejść się od czasu do czasu po sali zdjęcia byłyby lepsze. Są tutaj także zdjęcia młodziutkiego tenora, Damiana Anikieja, który kilka tygodni temu dołączył do chóru i jeszcze z nami nie wystąpił.
    Publiczność chętnie śpiewała kolędy, a brawa biliśmy sobie nawzajem. Przyjemne popołudnie, spędzone rodzinnie. Ania - mama najmłodszej instrumentalistki
i wokalistki przygotowała stół pełen słodkości. Pomogliśmy jej, przynosząc swoje wypieki. Po koncercie jeszcze długo rozmawialiśmy o tym wydarzeniu. Grono przyjaciół Joasi i Janusza Fidziukiewiczów powiększyło się…
    Dodam jeszcze, że na zakończenie koncertu Ewa Rutkowska, emerytowana nauczycielka, której Janusz był uczniem, w imieniu całej społeczności supraskiej podziękowała za to ciepłe, pełne wrażeń spotkanie, w którym jak to powiedziała zabrakło jedynie naszych władz gminnych. Podkreśliła także, że w takie przedsięwzięcia, w takich ludzi warto inwestować, z czym osobiście się zgadzam.


Dam Ci moje klocki lego - śpiewał Bartek Jezusowi Małemu

A wczora z wieczora z niebieskiego dwora przyszła nam nowina

W przerwie mały dowcip

Angels we have heard on high po polsku w wykonaniu Eli

Śpij Syneczku w wykonaniu najmłodszych

Młode talenty...

... i śpiewają i grają

Wojtek i jest taki dzień bardzo ciepły choć grudniowy...

Aga i oj maluśki, maluśki, maluśki jako rękawicka...

Magda i gdy śliczna Panna Syna kołysała...

Dorota i anieli w niebie śpiewają...

Józef i Maryja z Dzieciątkiem

Ja także chętnie zaśpiewam z wami...

... i ja też zaśpiewam

Brawa, brawa, brawa...

Radośnie....

W świątecznym jeszcze nastroju śpiewania kolęd

Jest tu i mój mąż z przyjaciółmi

Ewa Rutkowska z podziękowaniami za miło spędzone popołudnie

Po koncercie

      A na mnie w domu czekała niespodzianka. Przyjaciele przygotowali już kolację
i szampanem Bernard Remy Carte Blanche uczciliśmy to wydarzenie. Sponsorem kolacji była Halinka, która dzień wcześniej zaprosiła przyjaciół na Nowy Rok, który według kalendarza juliańskiego przypadał na 14 stycznia. A jako że jadła było o wiele za dużo i dużo zostało, spakowała to wszystko i w niedzielę zrobiła kolację dla przyjaciół w moim domu.
Ech… i znowu się powtórzę, co ja bym zrobiła bez przyjaciół?
Nawet Wojtek tego wieczora otrzymał od nich wiele słów podziwu i uznania za solowy występ, a także wiele cennych rad dotyczących studiów. Ojciec z matką może sobie język strzępić, a przyjedzie grono bliskich ci osób i w pięć minut sprawę załatwi.
Ech…, PRZYJACIELE!


środa, 18 stycznia 2012

Paragrafy

    Wczoraj zajrzałam do jednego z moich ulubionych blogów i pozazdrościłam autorce tematu, a właściwie rozpływałam się nad doborem słów, określających jej nastrój i w komentarzach napisałam:

   "Aby jednym słowem podpalić świat" rozwaliło mnie całkowicie. 
Ten tekst jest lepszy niż niejeden kabaret.  Dałabym wiele, żeby zobaczyć Ciebie z glanem w ręce, albo jointem i szklaneczką bimbru w drugiej, ciskającej dziarsko przekleństwami. I wiedz, że z dziką rozkoszą dołączyłabym do tego przedstawienia.
    Na kabarety nie chodzę, bo za darmo życie funduje mi takowe. (…)
    Głupota ludzka nie ma granic do tego stopnia, że nie jesteś w stanie z nią walczyć, bo jest tak głupia, że niczego nie zrozumie  i w jeszcze większą głupotę i samouwielbienie popada.
   Zdążyłaś już poznać życie, więc przykładów głupoty nie będę przytaczać.
   Ale za to przyciskam Cię mocno do mojego serca.

    Dzisiaj zmieniłam zdanie, chociaż o przykrych sprawach miałam nie pisać w Naprzeciw SZCZĘŚCIU.
    Ale tak jak autorka wspomnianego bloga, tak i ja, dzisiaj mogłabym jednym słowem podpalić świat.
Dopadła mnie urzędnicza niesprawiedliwość. Ale jak sami wiecie, co wolno wojewodzie, to nie tobie smrodzie. Za 8,80 zł urząd gminy gotowy jest ciebie zniszczyć. Najpierw wysyła sprawę do urzędu skarbowego, a potem ten nakłada łapę na twoje konto, a ty bezradny ganiasz po wszystkich urzędniczych biurach i rozmawiasz z paragrafem, a nie z człowiekiem. Nie zapłaciłeś Państwu 8,80 zł, musisz ponieść karę. Państwo może ci nawet zająć konta, dom i wszystko, co posiadasz, spróbuj tylko nie oddać tego, co Państwu się należy, zapłacisz jeszcze więcej i stracisz zdrowie.

    Dopóki za człowiekiem będzie stał beznadziejny paragraf dopóty niesprawiedliwość panować będzie w Państwie. Czy nie o to chodzi naszemu establishmentowi, żeby każdemu uczciwie płacącemu podatki dokopać jeszcze bardziej, a co tam niech wie, że nawet za 8,80 zł można pójść do więzienia…

    A ty jak o coś poprosisz, na przykład o poprawienie wiecznie dziurawej nawierzchni przed domem, o usunięcie gruzowiska bezmyślnie usypanego pod twoim płotem, to przyślą ci pismo, w którym niczego ci nie obiecają, a jak już coś obiecają to nie dotrzymają słowa i tak kolejne lata będziesz borykał się najpierw z szaro-czarnym żużlowym pyłem, potem z czerwonym afrykańskim, bo zasypali ci drogę kaleczącą wszystko czerwoną ceramiczną dachówką, której ktoś chciał się pozbyć i znalazł dziurę przed twoim domem i wywalił gliniane skorupy na całej długości twojej posesji…
    Ażebyś nie myślał, że kolejna ulewa wypłucze i to gówno, to bezduszny urzędnik usypie ci kolejną warstwę pod domem. Wysypie betonowy gruz z rozbiórki z gęsto wystającymi metalowymi prętami! No i co? Ty już nawet rozpaczać nie potrafisz!
I tak kolejną już trzecią dekadę rozpoczniesz w tym padole i męczyć się będziesz aż do śmierci, a urzędnik ręce zaciera i cieszy się twoją bezradnością. Nie będziesz głowy podnosić za wysoko! Nie z takimi dał sobie radę! On sobie latem okno otworzy, bo przed jego domem twarda nawierzchnia, z chodnikiem i rabatką, a ty okno zamkniesz i rolety opuścisz, bo pył wszędzie się wdziera i siedzieć będziesz cicho kolejne lato, w zamknięciu...!
    A zimą też ci dowalą tylko śniegiem. Nie zdążysz odśnieżyć sobie wjazdu, a za chwilę ciągnik z pługiem przejedzie, ściągnie z góry cały śnieg z ulicy pod twoją bramę, a ty znów za łopatę chwycisz i kląć będziesz,  bo co i rusz trzonek wbija ci się w brzuch napotykając betonowe zwały gruzu...
    Kabaret za darmo. Nie muszę telewizji oglądać i nie oglądam, bo życie co raz funduje mi przedstawienie godne pióra.


Przed moim domem po deszczu

    I jeszcze przestroga dla wszystkich. Czytajcie dokładnie pisma urzędowe, wszelkie nakazy płatności itp. Nie płaćcie podatków tak jak ja z góry, tylko dokładnie w takim terminie, jak w piśmie stoi. Nadgorliwość może was kosztować bagatela 8,80 zł i utratę zdrowia !

poniedziałek, 16 stycznia 2012

Kenia

    Cóż warte byłoby moje życie bez przyjaciół, bez tego cennego czasu spędzonego razem, bez tych cudownych wspomnień… Moje przyjaźnie to temat rzeka, a o każdej z nich mogłabym napisać książkę, a treści z jednego tylko spotkania wystarczyłoby, co najmniej na jedno opowiadanie…
    W jednym z postów mojego bloga BABSKIE BELCANTO  pisałam o spotkaniach z moimi przyjaciółkami. Dzisiaj napiszę o tym, które zorganizowała Stefania po powrocie z Kenii, którą zwiedzała z mężem Krzysztofem.
Po obfitej kolacji, z wieloma akcentami afrykańskimi, po rozdaniu upominków i tamtejszych słodkości, zasiadłyśmy przed ekranem komputera i z otwartymi buziami oglądałyśmy trzydniowe safari…
Wierz mi, drogi czytelniku, gdyby zdjęcia zaprezentowane były na wielkim ekranie, czułabym nawet jak pachnie spalona słońcem trawa i wielkie kupy zostawiane przez słonie na tych bezkresnych, czerwonych, suchych połaciach ziemi, porośniętych akacją parasolowatą, drzewem tak charakterystycznym dla krajobrazu Afryki…

Śniegi Kilimandżaro wyłaniają się zza chmur

"Góra Duchów" po wschodzie słońca

Opuncja też tu występuje

Jeden z kraterów Kilimandżaro i fragment tzw Siodła

Jedna do drugiej podobna - czerwona droga

    Siedziałam, więc razem ze Stefanią na tylnym siedzeniu terenowego jeepa i wdychałam unoszące się spod kół samochodu pyły wulkaniczne, które wdzierały się w każdy zakamarek mojej twarzy i nie tylko. Odruchowo przecierałam oczy, jakbym chciała poprawić ostrość obrazu, ażeby zobaczyć ten przedziwny pejzaż, powstały po wybuchu wulkanu… i już zaczęłam marzyć o wyprawie na Kilimandżaro, masywie ciągnącym się 80 km, którego trzy stożki wulkaniczne rysowały się na horyzoncie…
i już widziałam siebie na centralnie położonym szczycie Kibo (5895) z kraterem Uhuru Peak, który tak zwanym Siodłem łączył się z wulkanem Mawenzi (5149).
Szira (3987), najniższy krater, nie robił takiego wrażenia, jak dwa wyższe.
Kilimandżaro – symbol przezwyciężania własnych słabości, przyciągał jak magnes, nie mogłam oderwać oczu od tej „Góry Duchów” nazywanej tak przez mieszkające tu plemiona, które darzą ją szacunkiem i do niej zanoszą swoje modlitwy.
Mimo zimna i niewygód, bólu głowy i zmęczenia wspinałam się coraz wyżej po wulkanicznym zboczu…. Ech…, marzenia!

Walka o względy

Najpierw była kąpiel w czerwonym piasku

W cieniu akacji

Nasłuchiwanie

Czerwone pastwiska

O! Nasze bociany!

Kopiec termitów

Wszędobylskie małpy

   Zachwyt budziły we mnie wszystkie zwierzęta prezentowane na zdjęciach.
Tak zwana „wielka piątka” była w zasięgu mojej ręki. Małe rodziny i wielkie stada, bajecznie kolorowe ptaki, gady, płazy, wręcz wylewały się z ekranu, a oczom moim jawił się wspaniały spektakl zręczności, chytrości, przebiegłości, podstępu, walki o panowanie, o towarzyszkę igraszek miłosnych, obnażona dzikość przyrody i te wszędobylskie małpy, które bez żadnego skrępowania kradły jedzenie, wypijały napoje ze szklanek, najpierw wylewając je na stół, ba ściągały nawet ze sznurków suszące się ubrania…

Jedna ze szkół kenijskich

   Zwiedzałam wioski Masajów, poznawałam ich życie, i to barwne świąteczne, i to zwykłe skromne. Zaglądałam do szkół i jakież było moje zaskoczenie, kiedy w każdej z nich spotykałam dzieciaki czyściutkie, w jednakowych ubrankach, dla każdej szkoły w innym kolorze. A dzieciaki? Szczere, radosne, ufne, z szeroko otwartymi oczami…, ale niestety, jak to powiedziała Stefania, pediatra z zawodu, z rzężącym oddechem, świadczącym o nie najlepszej opiece zdrowotnej kraju…

Tańczące Masajki

Kolorowe ozdoby

Ech, te dziurawe uszy...

   Dowiedziałam się jak Masajowie budują swoje domy, co w nich przechowują, jak śpią, zajrzałam do domu młodej pary, pięknej długonogiej Masajki i jej ciemnoskórego męża…A potem była już tylko feta. Stefania tańczyła jakąś bunga bunga i coraz częściej oddalała się od swojego czarnego partnera, który ni jak w parze nie potrafił tańczyć, a na koniec rozłożył przed nią swój kram z rękodziełem, zaprezentował się jej półnagi z tarczą i dzidą i kazał kupować. Stefania wezwała na pomoc Krzysztofa i wspólnie wybrali pamiątki…
Ech…, egzotyka!

Plaże nad Oceanem Indyjskim

Morski krajobraz

    Atrakcji było co nie miara, a wrażenia rosły, kiedy zwiedzałam Mombasę i jej zabytki!
A potem? Wypoczynek nad Oceanem Indyjskim! Białe plaże, lazurowe wody, ciekawa architektura domków hotelowych, jednym słowem przyjemności dla ciała i ducha, wszystkiego pod dostatkiem.

Stefania - autorka zdjęć

    Spacerując plażą, Stefania podziwiała ogrodzone luksusowe posiadłości. W jednej z nich zauważyła zgrabną wysportowaną kobietę, ubraną w przewiewną, płócienną sukienkę, której towarzyszył pies tak samo smukły i delikatny jak jego pani. Kiedy podeszła bliżej, zdumiona prawie krzyknęła, ależ „to stara baba”!..
    Ech…, nie wiedziała, że to byłam ja, kilkanaście lat później. Odrzucona brutalnie, przez wymogi rzeczywistości, nie akceptowałam plastikowych ideałów, sztucznych policzków i naciąganej do granic wytrzymałości zwiotczałej skóry… Byłam zwolenniczką naturalnego przemijania. Wierna zasadzie w zdrowym ciele zdrowy duch, spacerowałam po prywatnej plaży, szczęśliwa, że oto dożyłam starości i razem z moim Adasiem żyję spokojnie, bez pośpiechu, ze świadomością, że żaden owoc nie jest w stanie mnie skusić, bo Drzewo Zła umarło, pozostało gdzieś poza ogrodzeniem mojego luksusu. Gdyby Stefania została jeszcze chwileczkę, zobaczyłaby mojego Adasia. Wygrzewał swoje stare kosteczki drzemiąc w cieniu rozłożystej palmy, po chwili jednak ocknął się i powłóczystym spojrzeniem objął swoją Ewę. Stęskniony ciepła żony wstał, łobuzersko gwizdnął na psa i po chwili razem zmierzali w jej kierunku. Wyglądał tak jak ona, młodzieńczo. Ubrany w przewiewne białe spodnie i luźno opadającą na biodra białą koszulę, sprężystym krokiem zbliżał się do niej. Podwinięte nogawki odsłaniały nagie stopy, które z lubością dotykały ciepłego białego piasku. Twarz ukrył pod kapeluszem. Niewielkie rondo chroniło jego oczy przed nadmiarem światła. Po chwili dotknął ramienia Ewy, objął jej kibić, wtulił głowę w jej szyję i z wielką czułością obsypywał pocałunkami, a ona prężyła się z wdziękiem, łasiła jak kotka, odsłaniając kark i przyjmując pieszczoty… Z oddali widać było już tylko zarys jakby jednej postaci spowity białą mgiełką…

Krzysztof miał profesjonalny aparat

piątek, 13 stycznia 2012

Etna, gorące serce Sycylii.



      Sycylia – największa wyspa na Morzu Śródziemnym, łakomy kąsek, wydzierany sobie na przestrzeni wieków, ziemia nieustannie najeżdżana i podbijana przez różne cywilizacje…
    Ja także miałam na nią chrapkę i zastanawiałam się jak ją „ugryźć”.
    Zebrane środki ciągle nie pozwalały mi na jej podbój. Aż tu któregoś dnia, niespodziewanie, trafiła mi się nie lada gratka, oferta wyprawy za rozsądną cenę.
Po dwóch dniach siedziałam w samolocie i podziwiałam z wysokości 10 000 metrów widoki roztaczające się pode mną. W oddali majaczyła drzemiąca Etna, która leniwie wypuszczała ze swojej gardzieli białe chmury dymu. Zrobiłam zdjęcie jedno, drugie, trzecie…
Samolot ominął ją szerokim łukiem i wylądował na lotnisku w Katanii. Moje emocje sięgnęły zenitu, kiedy jadąc w stronę hotelu obserwowałam ten wielki górotwór
z wierzchołkiem spowitym chmurami, które co jakiś czas odsłaniały to, co działo się na wysokości 3340 metrów.
    Następnego dnia czekała mnie wyprawa na ten rozległy wulkan z 270 bocznymi kraterami. Wreszcie miałam zobaczyć na własne oczy tę mityczną Ziemię Ognia i jej gorące serce, kuźnię boga ognia Wulkana i siedzibę Cyklopów.

Szczyt Etny w chmurach - zdjęcie wykonane z samolotu

Taormina - z widokiem na Etnę z tarasu hotelu Sole Castello

Taormina - z widokiem na Etnę z tarasu hotelu Sole Castello

    Dotarliśmy do hotelu i tu prawdziwa niespodzianka. Hotel Sole Castello znajdował się prawie na samym szczycie kamiennego wzgórza Monte Tauro, na wysokości 398 m w Taorminie, miasteczku zawieszonym na skałach nad Zatoką Isola Bella. Jeszcze tego samego dnia wyprawiłam się na zwiedzanie Taorminy, ale o tym opowiem później. To była miłość od pierwszego wejrzenia. Co tu dużo mówić, w jednej chwili przestałam dziwić się tym wszystkim ludom, które napadały na wyspę, przyczyniając się do jej rozkwitów i upadków. A ona sama buntowała się i broniła jak mogła przed głupotą najeźdźcy. Co jakiś czas trzęsła się ze złości i przepędzała grabieżców. Używała wtedy swojej największej broni, z którą człowiek nie miał najmniejszych szans; zalewała miasta gorącą lawą. Nawet nie umiem sobie wyobrazić jak w takich momentach nagrzane jest powietrze, gdzie temperatura ciekłych substancji dochodzi do 1400 stopni Celsjusza…
    Czy wiecie, że tydzień temu, dokładnie 5 stycznia, tak, tak tego roku, z samego rana Etna znowu wybuchła i wyrzucała gorące popioły na wysokość 3 tysięcy metrów, a z południowo-wschodniego krateru popłynęła lawa? Ten nerwowy stan ciągle aktywnej góry trwał kilka godzin…
    Brrr, i pomyśleć, że byłam tam pół roku temu i zajrzałam w głąb tej olbrzymiej dymiącej dziury…
   A była to nie lada wyprawa. Na wysokość 2940 metrów dotarłam kolejką linową, potem z przewodnikiem (do wyboru angielsko lub francuskojęzycznym) terenowym jeepem wjechałam wyżej. Zanurzyliśmy się w przedziwny krajobraz pozbawiony jakiejkolwiek roślinności. Przez gruby czarny żwir prześwitywały gdzieniegdzie pokłady białego śniegu. Widoczność zmieniała się, chmury napływały jedna po drugiej, po czym szybko znikały, ukazując cały majestat góry. Na krater wspinałam się pieszo po wąskim grzbiecie, który przypominał mi koński kark. Mimo niskiej temperatury, zimnego przenikliwego wiatru, warto było przeżyć taką przygodę i zmierzyć się z naturą.
    Nie byłam sama, towarzyszył mi wysportowany mężczyzna, równie ciekawy świata, jak ja. Zostawiliśmy przewodnika z angielskojęzyczną grupką turystów i sami wspinaliśmy się na krater, robiąc po drodze zdjęcia, żartując i śmiejąc się, grzęznąc po kostki w czarnym żwirze, którego kolor stopniowo zmieniał się na czerwonawo- brunatny…
    A kiedy kolejką zjechaliśmy na wysokość około 2000 metrów, mieliśmy jeszcze sporo czasu, żeby zdobyć dwa inne wzniesienia i rozejrzeć się po okolicy. Księżycowy, baśniowy krajobraz wyrywał z krtani głośne okrzyki zachwytu. Przysiadaliśmy na zastygłej lawie i podziwialiśmy drzemiące, miejscami nagrzane połacie rozległego stożka.

Największy i najwyższy stożek wulkaniczny w Europie - widok z samolotu

Ten krater za Grzegorzem ze względów bezpieczeństwa nie był dostępny

Szczyt Etny zdobyty - 3340 m n.p.m

Główny krater - w  wyziewach góry

Na skraju krateru jak na końskim grzbiecie - jest dość ślisko

Wielkie zagłębienie w szczytowej części wulkanu

Ponoć we wnętrzu żyje stugłowy olbrzym Tyfon uwięziony tam przez Zeusa

Pochrapuje i paruje...

Chyba przejedziemy się wokoło góry kolejką wąskotorową Circumetneą

Etna posiada 270 kraterów bocznych

Na skraju zastygłej magmy - po lewej wyciągi narciarskie

Krajobraz jak ze snów - w 2001 r lawa zniszczyła górną stację kolejki linowej

We wnętrzu Etny znajduje się mityczna kuźnia Hefajstosa

Tymi drogami można wjechać tylko na wysokość 2000 metrów

Na szczyt można wjechać kolejką, a później jeepem z przewodnikiem i pieszo

Drobny wulkaniczny żwir wpadał mi ciągle do środka

Boczne kratery Etny

Bomba wulkaniczna

Gleby są tutaj żyzne i urodzajne

Niższe kratery

Sprawdzam temperaturę ziemi

    Na żyznych zboczach Etny uprawia się cytrusy i winorośle. W winnicy La Fruttiera, oszczędzonej przez erupcję 1991 roku, uprawia się jedno z najbardziej mineralnych win na świecie. To tutaj znajduje się ogromna ilość pasiek i powstają pasty na bazie miodu z przeróżnymi ekstraktami owocowymi, które można degustować przy bajecznie kolorowych straganach.
    Znaczną część powierzchni wulkanu stanowi Park Narodowy, a symbolem „Montagny” jest mydlnica, roślina lecznicza obficie tutaj występująca.
Mówi się, że symbolem parku powinien być kasztan, o rozmiarach, którego krążą legendy. Opowiada się historię królowej Joanny, która podczas polowania wraz ze swoją świtą schroniła się przed wielką ulewą pod gigantycznym, rozłożystym parasolem tego drzewa. Deszcz nie zdołał przedrzeć się przez gęstwinę liści i oszczędził myśliwych. A poluje się tutaj na zające, króliki, lisy; nie objęte ochroną…To tutaj mieszka cirneco – chart sycylijski…
    Ej Góro, Góro, jakaś ty piękna i warta grzechu!

   Gdybyśmy tak sięgnęli wstecz, aż do jedenastego wieku przed narodzeniem Chrystusa, to dowiedzielibyśmy się, że tę cudną, zamieszkałą przez Sykanów, Sykulów i Elymów wyspę skolonizowali Fenicjanie. Trzy wieki później Grecy. Potem pojawili się Kartagińczycy, którzy walczyli z Grekami o wpływy na Sycylii i toczyli walki aż do trzeciego wieku przed naszą erą. Wtedy w konflikt ten włączyli się Rzymianie.
W III wieku naszej ery pojawiło się na wyspie Chrześcijaństwo i wyznawane było żarliwie pomimo prześladowań. Po upadku Imperium Rzymskiego Sycylia przeżyła najazd barbarzyńców, pojawili się Wandalowie, potem nastąpił okres dominacji Bizancjum. W pierwszej połowie IX wieku w Mazara Del Vallo wylądowali Muzułmanie. Arabów z wyspy wyparli Normanowie. Po śmierci Fryderyka II, zakończyły się rządy cesarzy niemieckich, a panowanie przekazano dynastii Andegawenów. Krwawa rewolta pod koniec XIII wieku, zwana „nieszporami sycylijskimi” doprowadziła do upadku Karola Andegaweńskiego; Sycylia pozostawała w dominacji hiszpańskiej w rękach dynastii Aragonów; później Burbonów. Wreszcie rewolucja 1820 – 1860 z Garibaldim na czele i jego „tysiącem czerwonych koszul” połączyła historię Sycylii z historią reszty Włoch…
    To bardzo schematyczne dzieje tej kuszącej urokiem, klimatem i bogactwem naturalnym wyspy, nazwanej w starożytności przez Greków Trinacrią, ze względu na charakterystyczny trójkątny kształt. Wszędzie  można kupić symbol Trinacrii - meduzę z trzema nogami...

    Następna opowieść o Sycylii obejmie czasy starożytne

Posty o Sycylii:
Wulkaniczne wyspy Morza Tyrreńskiego
Ponad Czasem i przestrzenią
Urzekła mnie Taormina
Sycylia - Erice
Etna, gorące serce Sycylii
Palermo 
Katedra w Monreale 
Syrakuzy - Park Archeologiczny Neàpol
Syrakuzy - Ortygia 
Noto
Katania
Kanion Alcantary