piątek, 14 września 2018

Kazimierz Dolny skąpany letnim zachodzącym słońcem…


    Około szesnastej trzydzieści zameldowaliśmy się w hotelu w Kazimierzu Dolnym. Zmęczeni, ale szczęśliwi z dobrze spędzonego poranka, ranka, przedpołudnia i popołudnia liczyliśmy na równie piękny letni wieczór.
    Radzyń Podlaski
tutaj i Lublin tutaj były już tylko miłymi wspomnieniami, kiedy oglądaliśmy nasz pokój i podziwialiśmy wspaniałe widoki rozciągające się z okien i tarasu naszego lokum na pierwszym piętrze.
    Słońce powoli zniżało swój bieg i żółtą poświatą malowało zachodnie ściany domów. Całe miasteczko mieliśmy jak na dłoni. W prostej linii, po przeciwnej stronie błyszczała płasko uformowana wapienna Góra Trzech Krzyży… i jeszcze nie wiedzieliśmy, że wkrótce się tam znajdziemy i tak jak wielu innych przybyszy podziwiać będziemy Kazimierz Dolny w zachodzącym słońcu.















    Póki co postanowiliśmy odbudować siły w basenie hotelowym. Przebraliśmy się w kostiumy kąpielowe i w szlafrokach zeszliśmy na parter. To był doskonały pomysł. Pływanie, nurkowanie, masaże pod dyszami i płaszczem wodnym odegnały zmęczenie i napełniły nas nową energią. Nie powiem, że nie czuliśmy ciężaru dnia, ale nie po to zamyka się drzwi własnego domu na klucz, żeby ugrzęznąć w jakiejś knajpce i zamiast świeżego powietrza wdychać wyziewy z garów czy też dymy z grillowych palenisk. Po terapiach onkologicznych mam uczulenie na zapachy nie tylko kuchenne. Okropne to uczucie, kiedy zaczynam się krztusić, dusić i kasłać.







    Odświeżeni, poszliśmy w stronę rynku. Poszliśmy to tak na wyrost powiedziane, bowiem do rynku mieliśmy zaledwie kilka kroków. A w niedzielę, przed zmierzchem, w centrum Kazimierza wrzało. Jedni przesiadywali w restauracyjnych ogródkach, drudzy spacerowali, kupowali na straganach pamiątki, a my cały ten barwny spektakl obserwowaliśmy. Podobał mi się bardzo kolorowy tłum turystów!
    Ale o fotografowaniu zabytków bez udziału człowieka nie było mowy, a zatem nie rezygnując całkowicie z robienia zdjęć, dokładniejszy ich ogląd zostawiliśmy na dzień następny. 




    Wiadomo, że fascynującymi obiektami na rynku są kamienice Przybyłów pod świętym Mikołajem i świętym Krzysztofem z 1615 roku - o tej porze dnia słońce oświetlało tylko górną ich część. Piękne zjawisko, podkreślające renesansowy charakter budowli.
    Ci, którym skwar wciąż dokuczał, chłodzili się przy studni w specjalnej bramce wytwarzającej wodną mgiełkę. Nie omieszkaliśmy i my tam się schłodzić, kilka razy podczas naszego pobytu.

























    Mieliśmy jeszcze sporo czasu do zachodu słońca a zatem postanowiliśmy wdrapać się na Górę Trzech Krzyży.
- Ale zanim to nastąpi, najpierw kupię piwo -
powiedział Ryszard.  
- Ha! - Wykrzyknęłam i pomyślałam - mały kryzys energetyczny, po czym wyraziłam swoje niezadowolenie - mnie napoje alkoholowe usypiają a nie dodają sił!
    Jednak mąż się uparł i zapewnił, że piwem raczyć się będzie dopiero w hotelu. No cóż, niech dźwiga sobie ten niepotrzebny ciężar! Na Górze Trzech Krzyży uwolniłam jego ręce od plastikowej torby z cennym towarem… wciskając ją do plecaka… 



    Wokoło trzech krzyży panowało ożywienie.
Czytałam napisy:
- Boże Zbaw Nasz Lud Polski AD 1971-2002
- Na pamiątkę wielkiej zarazy. Od powietrza, głodu, ognia i wojny
  zachowaj nas Panie AD 1705-1708
- Boże Błogosław Ojczyźnie Naszej AD 1971-2002

   
Góra ta zwana dawniej Górą Krzyżową znajduje się prawie 90 metrów ponad poziomem rynku. Pierwsza wzmianka o Górze Krzyżowej pochodzi z 1577 roku. Prawdopodobnie było to wczesnośredniowieczne miejsce kultowe, o czym świadczyć może odkryty tutaj kurhan grzebalny z ludzkimi kośćmi. Istnieje przypuszczenie, że krzyże upamiętniały znajdujące się w tym miejscu, w okresie średniowiecza, klasztor i kaplicę sióstr Norbertanek. Krzyże wymieniane były co 30-40 lat. Obecne mają wysokość 8,5 i 7,5 m i każdy waży prawie 500 kilogramów.
    Górująca niczym Golgota nad Jerozolimą, Góra Trzech Krzyży jest jednym z najważniejszych symboli Kazimierza Dolnego uwiecznianym na fotografiach i w malarstwie.











    Z Góry Trzech Krzyży, obiektywem aparatu, próbowałam przyciągnąć nasz hotel. Prezentował się pięknie pośród wysokich brzóz, na wzgórzu przy wjeździe do Wąwozu Małachowskiego. I znowu całe miasteczko mieliśmy jak na dłoni.











    W oddali, za Małopolskim Przełomem Wisły, lśniła słoneczna tarcza, delikatnie przesłonięta strzępami chmur. Wszyscy wyczekiwali jej spektakularnego upadku za horyzont. Przyjemny widok zwłaszcza, kiedy uczestniczą w nim, i dzieci, i młodzież, i dorośli.
    Ale jak wiadomo, w zależności od pór roku, wielkość gwiazdy i czas jej przejścia pod linię horyzontu jest różny - w pewnym momencie przestaliśmy widzieć błyszczący krążek, ale jego poświaty nie.   





    - Ech! - Jeszcze odrobina wysiłku i zobaczymy ruiny zamku, a ze wzgórza zamkowego Wisłę! - Śmiało proponowałam Ryszardowi ostatnią tego dnia atrakcję.
    No i po chwili, znaleźliśmy się na kolejnym wzniesieniu i krążyliśmy wokół ruin dolnego zamku zbudowanego na polecenie Kazimierza Wielkiego w latach czterdziestych czternastego wieku, który podobnie jak wyżej znajdujący się stołp wzniesiony został z okolicznego wapienia.





























     Schodząc z zamkowego wzgórza pokręciliśmy się jeszcze koło kościoła farnego. Zdjęcia fary robiłam także przed wejściem na Górę Krzyżową (powyżej).






    Minęliśmy Zieloną Tawernę i budującą się galerię. Do Zielonej Tawerny zajrzeliśmy w ciągu następnego dnia, dnia w którym atrakcji było co nie miara, ale o tym w następnym poście.










    Kazimierz Dolny, 19 sierpnia 2018 roku