środa, 13 czerwca 2018

Korycin - w poszukiwaniu owocu radości


    Słysząc tu i ówdzie, że w tym roku sezon truskawkowy na Podlasiu będzie wyjątkowo krótki ze względu na upały i suszę postanowiliśmy wybrać się na poszukiwanie truskawki do Korycina. To właśnie w Korycinie, już za kilka dni, po raz dwudziesty trzeci zorganizowane zostaną Ogólnopolskie Dni Truskawki. Wieść niesie (isokolka.eu), że w ramach dwudniowego święta truskawki i sportu, oprócz tradycyjnej Wielkiej Bitwy Truskawkowej, rozegrany zostanie również pierwszy na Sokólszczyźnie turniej piłki błotnej. Rozmaitym imprezom towarzyszyć będzie także oficjalne otwarcie nowej infrastruktury nad zalewem - plaży, placów zabaw, pergoli, stolików, ławek, ścieżek, boiska do minigolfa - wszystko już gotowe, widziałam i zrobiłam zdjęcia stojąc po przeciwnej stronie zbiornika utworzonego na rzece Kumiałce







    Z domu wyjechaliśmy rodzinnie po wczesnym niedzielnym śniadaniu. Ja oczywiście z zamiarem zatoczenia szerszego kręgu wokół Korycina, natomiast Ryszard niekoniecznie. Mężowi zależało bardziej na owocach kupionych bezpośrednio u rolnika niż na zwiedzaniu okolicy. Niespodziewanie chęć towarzyszenia nam wyraził Wojciech, co też nas rodziców bardzo ucieszyło.

   
Pierwszy przystanek zrobiliśmy na korycińskim rynku. Tam postanowiliśmy dowiedzieć się gdzie w niedzielę kupić truskawki. Odpowiedź otrzymaliśmy od odświętnie ubranego starszego mężczyzny, który akurat wychodził ze swojej posesji i zmierzał do auta, najpewniej z zamiarem pojechania do kościoła na niedzielną mszę świętą. Skierował nas do Rudki, ale zanim tam pojechaliśmy trochę czasu spędziliśmy na rynku z odtworzonym nie tak dawno siedemnastowiecznym układem, po środku którego stoi Truskawkowa Księżniczka a wokoło niej wygrawerowana na kamiennych płytkach legenda:      Dawno, dawno temu na świecie panowała szarość, a ludzie mieli smutne serca. Istniało jednak miejsce, w którym wszyscy byli weseli i szczęśliwi. Było to Królestwo Truskawek. Pewnego dnia Król Truskawek zlitował się nad smutnymi ludźmi i wysłał swoją córkę, aby dała ludziom owoc radości.
    Księżniczka stanęła na korycińskim rynku i każdego, kto do niej podszedł, obdarowywała tym wspaniałym owocem. Kto tylko go skosztował, stawał się szczęśliwy, a jego życie odzyskiwało barwy. Kiedy ludzie spostrzegli, iż owoc ten przynosi im radość, zaczęli go uprawiać i przekazywali go dalej i dalej. I tak z Korycina rozeszła się na świat sława truskawki, a kto tylko chciał, mógł przyjść na miejski rynek i zjeść ten owoc prosto z ręki Truskawkowej Księżniczki. 








    Na placu stoi także tablica z krótką historią królewskiego Korycina, który pojawił się w dziejach na przełomie XVI i XVII wieku najpierw pod nazwą Dąbrówka. W 1671 roku, król Korybut Michał Wiśniowiecki ulokował miasto na prawie miejskim chełmińskim. Do dziś zachował się układ przestrzenny z tej lokacji.
    Korycin należał do dóbr królewskich i leżał po stronie Wielkiego Księstwa Litewskiego tuż przy biegnącej po rzece Brzozówce granicy z Koroną. Miasto leżało na Trakcie Królewskim. Prawa miejskie utraciło na przełomie XIX i XX wieku.
    W 1601 roku, król Zygmunt III Waza utworzył tu rozległą parafię, hojnie wyposażył ją w ziemię i dziesięcinę oraz ufundował dużą modrzewiową świątynię. Powszechnym kultem był otoczony obraz Matki Boskiej Korycińskiej i święte źródła w parku plebańskim. 


    W latach 1899-1905 mieszkańcy wybudowali nowy, strzelisty, neogotycki kościół.
    W 1936 roku utworzono Dekanat Koryciński (…)
    A skoro mowa o dekanacie to jej dziekanem jest ksiądz Andrzej Gniedziejko, którego poznałam w czerwcu 2010 roku. Wtedy to razem odwiedziliśmy grób księdza Aleksandra Radulskiego (tutaj) i wtedy też uzyskałam wiele ciekawych informacji na temat parafii i kościoła parafialnego pod wezwaniem Znalezienia i Podwyższenia Krzyża Świętego, wybudowanego według projektu Jana Hinza w latach 1899-1905.


     Ksiądz Andrzej podkreślał wówczas jak bardzo dumny jest ze swoich parafian, którzy pomagają mu we wszystkich robotach, a zwłaszcza tych związanych z utrzymaniem zabudowań i osiemnastowiecznego parku plebańskiego. Cieszył się, że ma chętną do pomocy młodzież. Mówił, że tę wspaniałą społeczność wciąż zawierza Matce Boskiej Korycińskiej, a społeczność ta z kolei dziękuje Opiekunce za swojego proboszcza i przypisuje jej cud ocalenia księdza Andrzeja od śmierci w pożarze, który wybuchł na plebanii, kiedy ten przebywał z młodzieżą na pielgrzymce w Częstochowie. Ogień zniszczył wtedy dwa pomieszczenia, a potem... sam zgasł. Wierni nawet nie chcą przypuścić myśli, że to nie cud…, co mogłoby się stać gdyby w tym czasie ksiądz przebywał w swoim mieszkaniu? Cud ocalenia łączą także z cudem, jaki wydarzył się w sąsiedniej, sokólskiej parafii, którego proboszczem jest brat księdza Andrzeja, Stanisław Gniedziejko. Kościół słynie z wydarzenia eucharystycznego, które miało miejsce w 2008 roku - na upuszczonym z puszki komunikancie pojawiła się plama przypominająca krew; w 2009 roku abp Edward Ozorowski podniósł kościół świętego Antoniego do rangi kolegiaty i powołał Kolegiacką Kapitułę Najświętszego Sakramentu, której charyzmatem jest troska o kult i szerzenie czci Chrystusa Eucharystycznego.
    Dzisiaj, w Kościele Znalezienia i Podwyższenia Krzyża Świętego, możemy spojrzeć na odrestaurowany obraz Matki Boskiej Korycińskiej. Podczas renowacji okazało się, że pierwsza warstwa farby zasłaniała inną twarz Madonny. 






















    Ech, pamiętam moją przejażdżkę księdzowskim środkiem lokomocji - zjeżdżałam rowerem stromą ścieżką ze wzgórza cmentarnego do budynku parafialnego. 

    Wykonaną w brązie Truskawkową Księżniczkę podczas uroczystego jej odsłonięcia w noc sylwestrową 2011/2012 poświęcił proboszcz Andrzej Gniedziejko. A tak przy okazji popatrzmy na inne rzeźby, rozmieszczone wokół placu. Pomnik papieża Jana Pawła II w drewnie, ustawiony przed siedzibą władz gminnych z okrągłym zegarem na fasadzie przypomniał mi wadowicki kościół i zegar słoneczny z napisem czas ucieka wieczność czeka (tutaj). Widział go z okien swojego domu młody Karol Wojtyła. 











    Do Rudki, na poszukiwanie plantacji truskawek pana Jana jak i samego pana Jana, pojechaliśmy asfaltową dość wąską drogą. Zatrzymaliśmy się jednak za kościołem, na skraju parku u stóp wzgórza cmentarnego. Miałam wielką chęć na spacer alejkami porośniętymi starymi klonami jaworowymi i lipami, którymi niegdyś do świętych źródeł chodziły procesje i gdzie według legendy odnaleziono cudowny obraz Korycińskiej Madonny. Park po rewitalizacji emanuje wyjątkową aurą. Warto przejść się na nowo urządzonymi alejkami, odpocząć w cieniu wiekowych drzew, przyjrzeć się nowym drewnianym konstrukcjom i wreszcie ścieżką koło wielkiej altany wejść na łąkę pachnącą świeżo skoszoną trawą. Warto przystanąć na kładce przerzuconej w miejscu gdzie rzeka Kumiałka przechodzi w zalew.  
















































    Po takiej dawce świeżego powietrza i wspaniałych krajobrazów obraliśmy wreszcie nasz cel, czyli Rudkę.
    Po drodze tak zachwycaliśmy się okolicą i gospodarnością mieszkańców gminy, że przejechaliśmy przez niewielką wieś nie spotkawszy nikogo, kto mógłby wskazać plantację truskawek. Ku niezadowoleniu, a może też zmęczeniu doskwierającemu Rysiowi po sobotnich ciężkich pracach w ogrodzie, dotarliśmy do Milewszczyzny, a właściwie do budującego się z funduszy europejskich Parku kulturowego Korycin - Milewszczyzna. To tędy biegnie szlak kajakowy Kumiałka - Brzozówka. Zrobiłam kilka zdjęć. 

























    Wreszcie z trudem odnaleźliśmy plantację, na której truskawki zbierały trzy kobiety i to one skierowały nas do pana Jana, którego też nie tak od razu udało nam się odnaleźć.
   Truskawki odszypułkowane nadające się na przetwory jakby na nas czekały. Ojciec z synem zajęli się ich przesypywaniem do dużych plastikowych misek. Pan Jan zaproponował nam jeszcze inny gatunek truskawki, nie pamiętam nazwy, specjalny do jedzenia na surowo i zbierany prosto z krzaków. Zaopatrzeni w kobiałki mężczyźni wyruszyli w pole, a ja tym czasem wdałam się w pogawędkę z panem Janem. Chodziliśmy pomiędzy rzędami trzynastu tysięcy metrów kwadratowych uprawy i rozmawialiśmy na temat tegorocznych zbiorów. Dowiedziałam się, że ze względu na niekorzystne warunki pogodowe, upały i suszę, sezon truskawkowy rozpoczął się wcześniej i potrwa dwa tygodnie, podczas gdy zazwyczaj trwa od trzech do czterech tygodni, za wyjątkiem odmian późniejszych, owocujących dłużej.
    Ryszard w milczeniu bardzo szybko napełnił swój koszyczek, natomiast Wojciech nieprzyzwyczajony do prac w polu guzdrał się zwracając uwagę na kształt i wielkość owoców. Dowiedział się także, że bruzdy pomiędzy rzędami truskawek wyścieła się mechanicznie słomą przede wszystkim po to, aby podczas podlewania czy opadów deszczy owoce nie oblepiały się piaskiem. 








    Przyznam, że poszukiwanie owocu radości było wspaniałą niedzielną przygodą, znacznie przyjemniejszą niż jego przetworzenie, które zajęło dwa dni, mimo iż truskawki były już odszypułkowane.  

Niedziela, 10 czerwca 2018 roku