poniedziałek, 12 marca 2012

Wulkaniczne wyspy Morza Tyrreńskiego

    Eol, władca wiatrów pośrodku morza mieszkał. Nad poddanymi swoimi panował. Tych niesfornych w grocie zamykał albo w bukłakach więził i tylko na rozkaz Zeusa ich wypuszczał. Zdarzało się, że rozkazu nie posłuchał, a wtedy burze i huragany się rozpętywały i statki zatapiały...
    Pewien heros, Odyseuszem zwany do domu z licznych wojen powracał. Droga długa i niebezpieczna była. Nieustanne wiatry i kapryśne fale okręty zabierały. Ale oto do ziemi cyklopów, na Sycylię przybył i zanim jednego z nich, Polifem zwanego, oślepić zdołał, ten już połowę żeglarzy pożarł. Ojciec Polifema, syna pomścił i straszne burze na okręty Odyseusza sprowadził. Ale oto bóg wiatrów Eol ten, co pośrodku morza mieszkał, przyjaźnie herosa przyjął i nie tylko pozostałe okręty bezpiecznymi uczynił, ale także wszystkie wiatry w bukłaku zamknięte oddał. Na nic jednak przyjaźń Eola się zdała. Załoga wina szukała, bukłaki pootwierała, wiatry na wolność powypuszczała…
    Ech…, hulają tam do dzisiaj!

    Wyspy Eolskie - cud natury Morza Tyrreńskiego - przyciągają jak magnes. Dzisiejsze łodzie, motorówki i wszelkie inne transportery doskonale sobie radzą z tymi morskim hulakami, a ci, co wiatry źle znoszą, kryją się za szybami i bez zbędnych intruzich zalotów podziwiają krajobraz.
    Archipelag obejmuje siedem głównych wysp: Lipari, Vulcano, Stromboli, Salinę, Panareę, Alicudi i Filicudi oraz szereg pomniejszych. Na każdej z nich warto spędzić chociaż jeden dzień. Każda z nich była kiedyś wulkanem, dzisiaj czynne są tylko Stromboli i Vulcano…
    Pierwsza, na której postawiłam moją stopę była czarno biała Lipari - największa z wysp. Liparos, w języku greckim oznacza urodzajny, żyzny, tłusty, a więc nazwa najprawdopodobniej pochodzi od tutejszej gleby, bogatej także w obsydian - inaczej szkło wulkaniczne, no i jeszcze te białe pumeksowe zbocza, jak zleżały śnieg, zajmują jedną piątą powierzchni. Nie brak i zielonych plam, za przyczyną winnic ze szczepami Malvasi delle Lipari i upraw pomidorów Marzano, z których produkuje się słynne sosy do pizzy…

Wyspa Lipari

Pumeksowe zbocza Lipari

Lipari - wpływamy do portu Marina Corta

Lipari - miasteczko o tej samej nazwie co wyspa

Z Joanną...

Z Grzegorzem...

Lipari - port Marina Corta

Zamek otoczony murami - widok z portu

    Z portu Marina Corta, szłam ulicą Via Garibaldi i podziwiałam słynne zabytki miasteczka, o nazwie tej samej co wyspa. Na dwunasto i szesnastowiecznych murach z zachowanymi pozostałościami obwarowania greckiego obserwowałam dziko rosnące kapary, niezliczoną ilość zielonych krzaczków powciskanych w kamienne szczeliny…

Zabytkowe mury porośnięte kaparami

    Potem zachwyciłam się Katedrą św. Bartłomieja /Bartolomeusza/ z normandzkimi murami i dziewiętnastowieczną barokową fasadą, gdzie niegdyś znajdowały się relikwie Świętego, patrona rzeźników, garbarzy, introligatorów, siodlarzy, szewców, tynkarzy, górników, krawców, piekarzy, sztukatorów, bartników, pasterzy, właścicieli winnic, grzybiarzy i rolników, a we Florencji - sprzedawców oliwy, serów i soli, a także tego, którego wzywa się w przypadku chorób nerwowych, konwulsji i chorób skóry. Po licznych najazdach na wyspę relikwie przeniesiono do Rzymu. Nie mniej jednak w piersi figury Świętego pozostawiono malutki relikwiarz, a w prezbiterium katedry umieszczono witraże przedstawiające historię i męczeńską śmierć św. Bartłomieja. Godne aparatu fotograficznego były także freski na sklepieniu świątyni, najtrwalszy rodzaj malarstwa ściennego polegający na kładzeniu, na mokry tynk, farb odpornych na alkaliczne działanie zawartego w zaprawie wapna – najtrudniejsza z technik, ponieważ przy jej stosowaniu dokonywanie jakichkolwiek poprawek i zmian jest praktycznie niemożliwe…

Barokowa fasada Katedry św. Bartłomieja

Ołtarz z figurą św. Bartłomieja

Witraże przedstawiające życie Świętego

Witraż przedstawiajacy męczeńską śmierć św.Bartłomieja

Freski w Katedrze św. Bartłomieja

     Rozpoczynał się już chyba czas sjesty, kiedy spacerowałam po urokliwych zakątkach Lipari zatrzymując się co chwila przy otwartych jeszcze małych sklepikach oferujących świeże, nagrzane słońcem owoce i warzywa. Degustowałam kapary przyrządzone na kilka sposobów. Przepyszne! No i ta wszechobecna, bajecznie kolorowa ceramika... i wreszcie zapach portu i wyprawa na Vulcano. Tam, czas pozwalał mi na dwugodzinną wyprawę do krateru lub wylegiwanie się w gorących, cuchnących błotach - złożach siarki i ałunu…


Uliczki Lipari

Na końcu tej schodkowej uliczki katedra św. Bartłomieja

Zielone zakątki miasteczka Lipari

Sklepy z bajecznie kolorową ceramiką

Port w Lipari

Wyspa Lipari

Morze Tyrreńskie

     Wybrałam krater, leżący na południu od portowego miasteczka Porto di Levante. Niezapomniana wyprawa! Poszliśmy tam we trójkę. Był upał, a słońce paliło niemiłosiernie. Nie mieliśmy czasu na przystanki. Góra z dołu wydawała się być bardzo stroma. Pierwszy etap wspinaczki to ścieżki wśród olbrzymich krzaków żarnowca, które dawały niewiele cienia, bo słońce stało wysoko. Stopy grzęzły w wulkanicznym pyle, a do moich na wpół rozsznurowanych traperów wpadały drobiny skamieniałej czarnej lawy. Nagie ramiona okrywałam szczelnie czerwonym bawełnianym szalem. Mniej więcej w jednej trzeciej wysokości straciliśmy bezpowrotnie gęstwinę zielono żółtych krzaków i wkroczyliśmy na teren pozbawiony jakiejkolwiek roślinności. W pewnym momencie zwątpiłam. Myślałam, że nie dam rady w takim tempie pokonać góry, tym bardziej, że z wysokości, na której się znajdowałam, kilka zaledwie osób tam w górze wyglądało tak jakby byli przyczepieni do czerwonej zastygłej magmy. Po kilku głębszych wdechach i wydechach podjęłam trud wspinania na nowo. Ostatni etap wymagał nie lada wysiłku. Nie dość, że powietrze było mocno nagrzane, to jeszcze twarda czerwona wulkaniczna skrzeplina paliła, oddając swoje ciepło. Resztkami sił wdrapałam się na szczyt i zanim wyrównałam oddech wypiłam całą butelkę wody. Ale to, co zobaczyłam przeszło moje najśmielsze oczekiwania: archipelag wysp - fascynująca natura z jednej strony i dymiący krater z drugiej – przedsionek piekła ziejący siarką i dwutlenkiem węgla – przerażająca kuźnia - królestwo boga ognia Wulkana…
  

W drodze na krater Vulcano

Wśród potężnych krzaków żarnowca

Vulcano - jedna trzeci drogi za mną

Vulcano - pokonałam dwie trzecie drogi

Przede mną najtrudniejszy odcinek

Szczyt zdobyty

Uzupełniliśmy płyny i możemy chwilę odpocząć

Pamiątkowe zdjęcie nad przepaścią

A za mną strefa zakazana, gdzie wydobywają się trujące gazy

    Na dole stwierdziliśmy, że pobiliśmy rekord prędkości wspinania się i schodzenia, bo oto zostało nam jeszcze niespełna czterdzieści minut. Czym prędzej zanurzyliśmy się w siarkowych błotach, potem w morskiej bulgoczącej otchłani i w strzępach białego pumeksu.
Czułam się jak w kotle z wrzątkiem, gdzie przyjemne bąbelki gotującej się mazi, a potem wody łoskoczą moje ciało, no i ten zapach, którego nie udało mi się usunąć ze stroju kąpielowego, a przesiąknięte nim ciało odbiło się na ubraniu, które tego dnia miałam na sobie…
    Na statek do Milazzo zdążyliśmy dosłownie w ostatniej sekundzie. Ale zanim obraliśmy kurs na Sycylię, popływaliśmy jeszcze wokół wysp archipelagu, których piękno chłonęłam wszystkimi moimi zmysłami, a moja twarz nieustannie wyrażała zachwyt!

Panarea

Krater Vulcano - byłam tam przed chwilą

Ostatnie spojrzenie na wyspę Vulcano

Panarea

Malownicza zatoczka jednej z wysp archipelagu

Osuwiska jakby nożem odkrojone

Wracam na Sycylię do Milazzo

   Po jakimś czasie zamajaczyło w oddali Milazzo, miasteczko usytuowane na niewielkim półwyspie zakończonym przylądkiem, na którym wznosi się latarnia morska, a na wzgórzu w ramach Citta Murata, Zamek. Z Milazzo wypłynęliśmy wczesnym rankiem. Ale zanim dotarliśmy do miasta, jechaliśmy wzdłuż Cieśniny Mesyńskiej i podziwialiśmy port w Mesynie, z którego roztaczał się przepiękny widok na kontynent. Włosi od lat posiadają projekty mostu, który miałby połączyć Półwysep Apeniński z Sycylią, ale póki co, tę zaledwie trzy kilometrową odległość można pokonać tylko promem.

Milazzo na horyzoncie

Milazzo z Zamkiem na wzgórzu

czwartek, 8 marca 2012

Ponad czasem i przestrzenią




    Mitologia Greków i Rzymian jest ciągle żywa. Istnieją analogie między podaniami starożytnymi a legendami czy baśniami naszego świata. Przypomnę chociażby parę kochanków z mitologii greckiej: Leander – młodzieniec z Abydos - każdej nocy przepływał wpław Hellespont udając się do Hero – kapłanki bogini Afrodyty - mieszkającej na przeciwległym brzegu. Rozstawali się o świcie. Którejś burzliwej nocy wiatr zdmuchnął płomień lampy, którą Hero zawieszała w izbie na wieży. Leander nie widząc światła zagubił drogę i utonął, a kiedy rano morze wyrzuciło jego ciało na brzeg, zrozpaczona Hero rzuciła się w morskie fale i w ten sposób połączyła z ukochanym…
    - Czy nie z tym właśnie podaniem kojarzy się celtycka legenda o parze innych tragicznych kochanków, jakimi byli Tristan i Izolda…?

    Nie ulega wątpliwości, że świat antyczny wywierał wielki wpływ na sztuki piękne.
Joel Schmidt – współczesny pisarz, historyk, krytyk francuski – pisze, że mitologia jest tętniącą życiem, bezustannie odmładzaną interpretacją wielkich zasad, które rządzą ludzkością ponad czasem i przestrzenią.
    Przez wieki mitologia podlegała zmianom, przeróbkom dostosowującym ją do gustów i obyczajów kolejnych epok, których dokonywali poeci, tragicy, historycy…, wydobywając z mroków zapomnienia wielkość bogów i herosów, epopeje i podania…

    Igor Mitoraj – Polak, artysta działający poza granicami kraju, we Francji i Włoszech, odwołuje się w swoich rzeźbach także do czasów antycznych do mitologii Greckiej i Rzymskiej. Wenera, Eros, Ikar, bóg snu Hypnos, Centaur, Gorgona, Meduza..., jak archeologiczne znaleziska, wydobyte z ziemi, świadczą o wielkości i chwale minionych wieków…

    Sztukę Igora Mitoraja mogłam podziwiać kilka razy. Po raz pierwszy zetknęłam się z jego monumentalnymi postaciami, jakby wyjętymi z czasów starożytnych, w Krakowie.
    W październiku 2003 roku, artysta wmontował swoje rzeźby w Rynek Główny, między kościołem Mariackim, Sukiennicami, wieżą ratuszową, kościołem św. Wojciecha i zabytkowymi kamienicami, legitymującymi się średniowiecznym pochodzeniem. Byłam tam w ostatnich dniach grudnia. Potem te same dzieła oglądałam w Warszawie. Im więcej podróżuję, tym łatwiej rozpoznaję dzieła słynnych twórców. Tak też było z drzwiami wejściowymi do kościoła Matki Bożej Łaskawej na Starym Mieście w Warszawie. Byłam tam jakiś czas temu z grupą osób i bezbłędnie odczytałam autora Anielskich drzwi wykonanych z brązu, z płaskorzeźbą przedstawiającą zwiastowanie. Sam artysta o swoim dziele mówił: Niektórych może szokować zupełnie inny niż tradycyjny wizerunek Madonny, która spogląda z góry na dwa uchwycone w ruchu anioły.
   
Powszechnie mówi się, że Mitoraj tworząc wizerunek Maryi, inspirował się antyczną rzeźbą Wenus z Milo. W tradycji chrześcijańskiej zaś w scenie zwiastowania występuje jeden anioł - Archanioł Gabriel.

Anielskie drzwi - Igor Mitoraj

Anielskie drzwi - Igor Mitoraj

    Zaskoczeniem wielkim była dla mnie wystawa plenerowa Igora Mitoraja w  
Dolinie Świątyń w Agrigento na Sycylii, w tej starożytnej ziemi artystów, filozofów, a także innych ważnych osobistości, ziemi o tak wielkim znaczeniu i bogactwie, że Pindar – grecki twórca liryki chóralnej – nazwał ją najpiękniejszym miastem śmiertelników.
    Tutaj w Agrigento, antyczny świat Polaka, wyglądał tak jakby był naturalną jego częścią, pasował doskonale do antycznego krajobrazu i antycznych pozostałości.
    Ech.., czułam, że jestem w innym wymiarze, w innych czasach, byłam antycznym bohaterem, przeżywałam okres dobrobytu, siły i bujnego rozkwitu kultury greckiej. Widziałam jak po zwycięstwie Greków nad Kartagińczykami pod Himerą budowano świątynię poświęconą Zeusowi, jak transportowano i podnoszono bloki skalne za pomocą lin i jeszcze te wyżłobienia w kształcie litery U… Piaszczyste, złote tofu znakomicie wpasowało się w zieleń, tworząc jakąś nierealną atmosferę…


     Dorycka Świątynia Hery Junony Łacińskiej z zachowanymi dwudziestu pięcioma (z trzydziestu czterech) oryginalnymi kolumnami, z których kilka, nadal podtrzymuje część potężnego architrawu... 

    Blizny i rany nie sprawiają bólu, są nobilitacją nadaną szablą przeznaczenia...


     Świątynia Concordii z czasów imperium rzymskiego, najlepiej zachowana świątynia grecka na świecie obok Theseionu w Atenach i świątyni Hery w Paestum.


     Konsumpcyjna rzeczywistość kreuje piękne ciało. Przemijanie dotyka boleśnie i pociąga za sobą bezkrytyczne upiększanie go. Kult pięknego, szczupłego, wiecznie  młodego ciała stał się symbolem autonomicznego człowieka, ideałem powierzchownej cielesności, gładkiej powłoki bez duchowej treści.




    Świątynia Herkulesa, najstarsza z ostatniej dekady VI wieku p.n.e. z trzystopniową bazą i trzydziestoma ośmioma kolumnami doryckimi, która być może zawaliła się podczas trzęsienia ziemi i której osiem kolumn na południu podniesiono między 1924 a 1931 rokiem...





     Między "pronaos" (przedsionek), a miejscem z figurą na wyobrażenie bóstwa, schody prowadziły na dach...


     Piękno i harmonia... Zniszczalność i niezniszczalność... Pozorna nieskazitelność fragmentarycznych rzeźb

     Park archeologiczno krajobrazowy Doliny Świątyń zajmuje obszar około 1800 hektarów i należy do dziedzictwa kulturalnego UNESCO




    Kobieta jak najbardziej ziemska istota nie jest się w stanie wznieść na wyżyny męskiego męstwa. 
Jest złowieszczą i destrukcyjną siłą, która tchnie z odrażająco - pociągających wizerunków mitorajskiej Gorgony...

    Tragiczna klątwa zepsucia i przemijania - Gorgona jeszcze nie umarła -  wokół nosa i górnej wargi obandażowana  jest wąskimi taśmami, co  wskazuje na zranienie i śmierć, wrażenie żywej fizjonomii jak w epoce archaicznej,  żaden krzyk bólu i przerażenia, tylko usta uformowane są w krągłość, przypominającą otwory akustyczne  antycznych masek teatralnych, używanych w tragediach...

    Nieruchoma „Głowa” pokryta sztuczną patyną z oczami patrzącymi przed siebie... 
Krótka chwila doczesności, wszystko bowiem przemija i prędzej czy później zamienia się w proch...

    Wyraz sztuki, niemożliwej do ocalenia w całości...
 

    Fragmentaryczne piękno ocalone z przeszłości dla teraźniejszości...



    Ikaria - fascynacja seksualnością, nosząca piętno demoniczności,  wyrażona głową Meduzy  umieszczonej przed łonem uskrzydlonej kobiecej postaci. Meduza - ulubiony temat sztuki greckiej, umieszczany dla przerażenia wrogów na tarczach, zbrojach i murach miast...
    Mury miejskie z VI wieku p.n.e. - do ich stworzenia wykorzystano naturalne ukształtowanie terenu. W mur włączono skały oraz wykorzystano bloki z kamienia - około 12 km mur przerwany był 10 bramami (do tej pory zidentyfikowano ich 9).


    Ikaria w mitorajskim kosmosie jest partnerką Ikara.  Doskonałe proporcje, młodego, godnego pożądania ciała.W rzeczywistości Ikaria to wysepka na Morzu Egejskim,  na której brzeg, fale wyrzuciły  ciało syna Dedala i tam został pochowany przez Herkulesa.


    Mityczny świat  przetrwał we fragmentach. Z takich fragmentów składa się historia i historia sztuki,  którą lepimy w hipotetyczną całość, mozolna rekonstrukcja śladów bytu i przemijania.


                                                Ponad czasem i przestrzenią...

poniedziałek, 5 marca 2012

Wszyscy gdzieś się pochowali



Niedziela, 4 marca 2012 roku

     Obudziłam się około godziny szóstej. Nie musiałam wstawać wcześniej. Słyszałam jak Ryszard wychodzi na poranny spacer z psem i zaraz potem znowu zasnęłam. Około ósmej moją twarz oblizał Mahoń i to był mój pierwszy tego dnia pocałunek, jaki dostałam w nadmiarze psiego szczęścia.
    Próbowałam ocenić sytuację. Cisza panująca w domu wcale mnie nie zaskoczyła. Wojtek jak zwykle odsypiał noc; będzie tak spał do popołudnia. Ryszard słuchał kolejnych wykładów na temat hodowli pszczół; zaczął następny kurs zorganizowany przez Podlaski Związek Pszczelarzy pod hasłem „Wychów matek pszczelich na własne potrzeby. Tworzenie odkładów”.
    No cóż, pomyślałam, nie pierwszy i nie ostatni raz zostaję sama w domu, gdzie od jakiegoś czasu, każdy żyje swoim własnym życiem. I ja także. Siedzę jak księżniczka w wieży, czyli w mojej sypialni na piętrze, gdzie urządziłam sobie moje królestwo: biurko, a nad nim trzy półki: dwie kremowe i jedna niebieska, na których poustawiałam zdjęcia w drewnianych ramkach; obok biurka wygodny obrotowy fotel na kółkach, obity jasną skórą; są tu jeszcze szafy i szafeczki z mnóstwem starannie poukładanych rzeczy, a także sporo książek...

    Schodząc na dół do kuchni, układałam w myślach plan dnia, dnia moich kolejnych urodzin.
    Bez pośpiechu zaparzyłam kawę z mlekiem w półlitrowym pękatym kubku, wyjęłam z lodówki biały ser typu włoskiego, postawiłam na stole słoik z wyśmienitym miodem z pasieki mojego męża i zasiadłam za stołem. Mahoń położył głowę na moich kolanach i cierpliwie czekał. Podzieliłam ser na połowę: jedna część dla mnie, druga dla psa. Po śniadaniu dołożyłam do centralnego i wróciłam do mojej wieży wypełnionej słonecznym przyjemnym światłem, zwiastującym nadejście wiosny. Otworzyłam komputer. Na naszej klasie przeczytałam kilka wpisów urodzinowych i natychmiast wysłałam podziękowania. Na Facebooku w ustawieniach zastrzegłam sobie datę moich urodzin, więc nie spodziewałam się życzeń.
     Przed jedenastą byłam w kościele NMP Królowej Polski. Weszłam na chór, gdzie jak zwykle zebrała się już spora grupka dzieci i młodzieży śpiewającej. 
    Najpierw modlitwa.
    Miałam jeszcze trochę czasu żeby zapytać Janusza, organistę, co z żoną Joasią i dziećmi, bo nie było ich w kościele. Janusz upewnił mnie, że wszyscy mają się dobrze, a syn Bartuś obchodzi dzisiaj urodziny. Uśmiechnęłam się i powiedziałam:
 - To tak jak ja. Janusz spojrzał na mnie z niedowierzaniem, po czym złożył mi po cichutku życzenia, a ja wystawiłam policzek… i otrzymałam po raz drugi tego dnia  całusa.
    Po mszy świętej zostałam na Gorzkie Żale. Znaczna część wiernych opuściła kościół. Szkoda, bo dziesięć, czy piętnaście minut, to nie tak wiele, tym bardziej, że msza była krótka, a Gorzkie Żale należą do typowo polskiej tradycji i jest to niewątpliwie jedna z piękniejszych,  w całości śpiewanych modlitw liturgicznych podczas Wielkiego Postu...

    Zdarza mi się niezmiernie rzadko robić zakupy w niedzielę, ale tym razem usprawiedliwiłam sama siebie i pojechałam do Biedronki. Kupiłam butelkę toskańskiego czerwonego wytrawnego wina i kilka rodzajów sera. Jako że cukiernia Kinga była zamknięta, wstąpiłam do Milei po coś słodkiego. Za szybą stały ciasta mocno kremowe i bardzo słodkie - twierdziła pani za ladą. Kupiłam drożdżówkę i dużą królewską chałwę z Wedla.
    W domu panowała cisza. Wojtek jeszcze spał i tylko pies radośnie merdał ogonem, przysiadał na pupie, podnosił do góry dwie łapy i żebrał o kilka minut dla siebie. Wytarmosiłam czarną sierść, podrapałam za uszami, pogłaskałam po uroczej nieco smutnej z natury mordeczce, podłożyłam do centralnego, przebrałam się w wygodne domowe wdzianko i weszłam do kuchni zrobić sobie obiad.


    Na stół postawiłam miskę zielonej sałaty z sosem winegret, plateau de fromages, kotlet mielony na zimno, ciepłą mini bagietkę, kryształowy kieliszek…Włączyłam telewizor. Znalazłam film jak najbardziej odpowiadający moim gustom, film taneczny z wątkiem miłosnym. Jedząc słuchałam dobrej muzyki i podziwiałam wspaniałe układy, figury, swobodę tancerzy, elementy tańca klasycznego i nowoczesnego…, cudne przedstawienie…
Na deser otworzyłam chałwę i zaraz po tym jak pochłonęłam ją w całości poczułam pod żebrami straszny ciężar, jakby ktoś upuścił na mój brzuch cegłę. Nie miałam innego wyjścia, jak w przerwie na reklamę posprzątać ze stołu i paść na wygodny fotel i czekać końca filmu. Kiedy na ekranie telewizora pojawiły się  napisy wszedł Ryszard.
- Co tak pachnie czosnkiem? – Zapytał.
- A no, właśnie zrobiłam sobie sałatę z sosem winegret i stąd ten zapach, aha wypiłam jeszcze wino.
- Nie zostawiłaś nic dla mnie?
- Tylko sałatę.
- Nie musiałaś wypić całej butelki!


    Wstałam z fotela i powlokłam się do mojej wieży. Ryszard został w kuchni, a jako że lubi gotować, spędził w niej cały wieczór. Gotował ziemniaki, podgrzewał wcześniej zrobione przez siebie kotlety mielone, w końcu słyszałam jak kroił warzywa na sałatkę.
    Leżałam na wznak w moim łożu z zamkniętymi oczami, spod powiek wypłynęły mi dwie łzy i potoczyły się w kierunku małżowin usznych, po czym spadły we włosy i tam zostały. Sięgnęłam po książkę. Przeczytałam kilka stron i odłożyłam, mimo, że zapowiadała się nie źle. Nie mogłam skupić się na czytaniu, cierpiała nie tylko moja dusza, ale i moje ciało. Przesadziłam z jedzeniem i piciem, ale taki właśnie był mój zamiar. Tego chciałam! Zajrzałam do komputera. Na Facebooku w ustawieniach włączyłam pokaż dzień i miesiąc moich urodzin, po czym wyłączyłam go i więcej tego dnia tam nie zaglądałam.
    Wróciłam do ciepłego łóżka i wzięłam do ręki książkę, która coraz bardziej mi się podobała. Kupiłam ją nie dawno na wyprzedażach w Auchan za jedyne 6,99 zł. Często zaglądam do Empiku, ale kupuję coraz rzadziej, zazwyczaj kartkuję książki, czytam fragmenty, potem rzut oka na cenę i książka ląduje z powrotem na półce. Jadę do miejskiej biblioteki w nadziei, że wypożyczę sobie to, co przed chwilą miałam w rękach, ale nic z tego, albo takiej książki nie ma, albo jest u czytelnika. Wybieram przypadkowe tytuły, a potem jestem niezadowolona ze swojego wyboru.
    Ale wracam do mojej książki kupionej w Auchan. Zielona okładka, tytuł „Dublin moja polska karma”, autorka Magdalena Orzeł, absolwentka polonistyki i filozofii Uniwersytetu Warszawskiego, mieszkająca w stolicy Irlandii opisuje losy najmłodszej polskiej emigracji, porównuje Polaków i Irlandczyków, którzy po raz pierwszy w historii znaleźli się tak blisko siebie i mieszkają w mieście gdzie ławek brak i siada się gdzie popadnie, gdzie w Dzień Świętego Patryka, zielone serce Dublina, czyli Saint Stephen’s Green pęka w szwach, gdzie na zdeptanej trawie leży mnóstwo sponiewieranych żonkili, niczym powalony las, który jak gdyby nigdy nic powstaje następnego dnia i na nowo urzeka…
   Godzina 23:30. Ryszard wchodzi do sypialni po piżamę.
- Chciałem złożyć Ci życzenia, ale spałaś.
- Dzień już się skończył – odpowiedziałam.
Ryszard pocałował mnie w stopę wystającą spod kołdry i wyszedł z wieży. Lubię jak chrapie w innym pokoju…
   I tak oto trzeci pocałunek zakończył moje świętowanie, kolejny jubileusz.

sobota, 3 marca 2012

Artysta, czyli moje wtorkowe spotkania ze sztuką filmową


    Sama siebie określam jako osobę małomówną. Nie wiem jak postrzegają mnie inni, ale ja wiem jedno, więcej słucham niż mówię. Podziwiam w mówcy błyskotliwość, polot, dowcip, subtelność, inteligencję, bystrość umysłu, jasność wypowiedzi…
    Zdarza się często, że słuchając nie podejmuję żadnego dialogu, nie zadaję pytań, jednym słowem moja percepcja nastawia się na odbiór. Bywa i tak, że mówca niespodziewanie zapyta mnie, co sądzę na dany temat, albo żąda jakiegoś uzupełnienia wypowiedzi, a ja nie wiem, co odpowiedzieć, bo jeszcze nie zdążyłam dokonać mojej własnej analizy…
    Zdarza mi się prowadzić ciekawy dialog, ale tylko wtedy, kiedy mój rozmówca ma podobne zainteresowania, kiedy możemy nawzajem wymienić się swoją wiedzą i doświadczeniem…
    Często spotykam ludzi, którzy z natury swojej po prostu uwielbiają mówić i błyszczeć w towarzystwie i chociaż to tylko czcza gadanina to czasami może przerwać uciążliwą ciszę, albo wybawić z kłopotu typowego słuchacza, który niechcący znalazł się w towarzystwie tych, którzy wszystko wiedzą najlepiej. Znam też i takich, którzy w czczej gadaninie obiecują przysłowiowe góry, ale nigdy nie dotrzymali żadnej obietnicy.
    Słowa, słowa, słowa…ważne, mniej ważne, mądre i puste…
Simone de Beauvoir napisała kiedyś, że nagość zaczyna się od twarzy, a bezwstyd od słów.

    Czy można żyć w świecie tylko samych gestów mimicznych? Czy wyraz mimiczny jest tak samo zrozumiały, co wypowiedziane słowo?
    Michel Hazanavicius przypomniał magię kina niemego być może po to - ale to tylko moje zdanie - żeby w dobie kina cyfrowego i komputerowych efektów specjalnych pokazać siłę komunikacji niewerbalnej. Jeszcze przed rozdaniem Oskarów obejrzałam najnowsze jego dzieło, film „Artysta”. Staram się nie sugerować żadną opinią wybierając się na moje wtorkowe spotkania ze sztuką filmową. „Artysta” nie jest jakimś genialnym dziełem czterdziestopięcioletniego Francuza, ale z pewnością jest tym, co zasługuje na miano dobrego kina. Dlaczego? A no, dlatego że twórca sięgnął po nie banalne jak na dzisiejsze czasy środki wyrazu.

Jean Dujardin i Bérénice Bejo

Bérénice Bejo

Jean Dujardin

    Obejrzałam ostatnio kilka najnowszych ekranizacji niewnoszących niczego pożytecznego do mojego życia. Amerykańskie schematy przestały mnie zaskakiwać i jestem daleka od bezkrytycznego przyjmowania tego, co sławne, co aktualnie modne i co łatwo można sprzedać, gdzie ambicje reżyserskie idą w parze z wymogami publiki, powodując rozczarowanie bardziej wymagającego widza.
    Weźmy na przykład „Mój tydzień z Marylin”. Nikt tak nie zagra Marylin Monroe, jak ona sama i lepiej niech żyje na stronicach książki, Colina Clarka „Książę, aktoreczka i ja” niż gdyby ktoś miał wcielać się w jej rolę.
    Albo film „Spadkobiercy” Przez prawie dwie godziny Matt King (George Clonney) ugania się za tajemniczym kochankiem swojej żony, która po wypadku na motorówce zapadła w śpiączkę.
    A gdyby tak stworzyć jakiś dobry dokument o życiu legendy kina, z wykorzystaniem fragmentów filmów, w których gra prawdziwa Marylin Monroe, albo rozbudować wątek ochrony dziewiczych terenów na wyspach hawajskich…
    Czy wszystko, co pochodzi z hollywoodzkich wytwórni będzie miało nadal opinię najlepszych superprodukcji, czy młody widz potrafi się wzruszyć oglądając filmy oparte na efektach specjalnych, a nie na kunszcie gry aktorskiej?
    Na szczęście obok schematów amerykańskich powstaje również kino ambitne takie, które nie ogłupia widza, a uwrażliwia na zło, na niesprawiedliwość…
    Jest jeszcze coś, muzyka filmowa, nieodzowny element filmu oddziałujący na widza; dzisiaj ścieżka dźwiękowa, a w czasach kina niemego muzyka wykonywana na żywo przez tak zwanego tapera, zespół kameralny, czy nawet orkiestrę.
    Michel Hazanavicius przyciągnął uwagę widza w sposób niekonwencjonalny, stworzył wspaniały obraz, który bezpośrednio dotyka zmysłów odbiorcy, pomijając sferę językową. Ludovic Bource wkomponował w obraz znakomitą muzykę, a ja podziwiałam kunszt gry aktorskiej, tysiące gestów mimicznych twarzy, wyrażających radość, szczęście, marzenie, nadzieję, czułość, entuzjazm,  pożądanie, przyjemność, pochwałę, ból, cierpienie, dumę, pokusę, pogardę, tęsknotę, gniew, porażkę, rozczarowanie…, mogłabym tak wymieniać bez końca, chwaląc warsztat i umiejętności dobrego aktora.
    Było jeszcze coś, co podniosło wartość tego obrazu, a mianowicie epoka, w której toczy się akcja filmu, moje ulubione lata dwudzieste i trzydzieste, taka moja belle époque, gdzie kobieta jest kobietą, a nie hersztem grupy przestępczej z pepeszą w rękach rozwalającą wszystko, co znajduje się na jej drodze, wykonującą karkołomne ewolucje w jakiejś dziwacznej scenerii, nie rzadko też partnerka walk na pięści jakiegoś rosłego podejrzanego typa…

Bérénice Bejo

     Bérénice Bejo, żona Hazanaviciusa, zachwyciła mnie swoją grą. Byłabym nie sprawiedliwa, gdybym nie podkreśliła drugiej znakomitej kreacji aktorskiej, Jeana Dujardin, głównego bohatera niemego obrazu. Pisząc moja belle époque, miałam na myśli stroje, kompletne stylizacje, piękne suknie uszyte z najdelikatniejszych materiałów, urocze kapelusze, pantofelki, torebki…, no i jeszcze samochody z epoki.
    Dodam, że na wielkie brawa zasłużył sobie pies terier, kolejny niemy bohater filmu…

John Goodman

    A zatem, czy można żyć w świecie tylko samych gestów mimicznych?
Wydaje mi się, że czasami większą wartość mają nasze komunikaty wysyłane za pomocą mimiki twarzy niż za pomocą języka, czyli wielu pustych słów. Jestem przekonana, że komunikacja niewerbalna zbliża bardziej ludzi niż ta werbalna. Uczucia malujące się na twarzy są zazwyczaj autentyczne, trudne do podrobienia, no chyba, że jest się wytrawnym aktorem.