Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Auvers-sur-Oise. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Auvers-sur-Oise. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 18 listopada 2014

Auvers-sur-Oise - ostatni przystanek na drodze Vincenta van Gogha



                   Szczęście człowieka na ziemi zaczyna się dlań wtedy,
                       gdy zapominając o sobie, zacznie żyć dla innych.
                                                /Vincent van Gogh/


    Do Auvers-sur-Oise dotarliśmy kilka minut przed południem. Byliśmy już nieco zmęczeni zwiedzaniem Beaumont, ale nie zrażaliśmy się tym jako że miasto już od dworca SNCF prezentowało się wspaniale i aż trudno było uwierzyć, że położone tak blisko hałaśliwej aglomeracji paryskiej, zachowało swój sielankowy klimat. 


    Dzięki malarzom pejzażystom i impresjonistom, w szczególności Vincentowi van Goghowi, Auvers stało się znane w świecie. Ale nie tylko van Gogh zachwycał się okolicą. Uwieczniali ją na swoich płótnach Charles-François Daubigny, Paul Cézanne, Jean Baptiste Corot i Camille Pissarro.
    W Auvers, Vincent van Gogh spędził siedemdziesiąt ostatnich dni swojego życia i na cmentarzu w Auvers został pochowany. 






                                  
Kiedy sięgniesz pamięcią wstecz,
                                   widzisz, jak wiele z naszego życia
                                      zmarnowaliśmy w samotności.
                                   Każdemu potrzebni są przyjaciele.

                                                /Vincent van Gogh/


    Dwaj amerykańscy publicyści przez dziesięć lat zbierali materiały do swojej 976-stronicowej książki Van Gogh: The Life i na podstawie zebranych dokumentów stwierdzili, że holenderski malarz
w wielu listach rozważał popełnienie samobójstwa, zawsze jednak odrzucał je jako czyn niemoralny i grzeszny.
    Wbrew rozpowszechnionej opinii Pole pszenicy z krukami nie było ostatnim dziełem, powstało po nim jeszcze około dziesięciu innych płócien o optymistycznej, radosnej wymowie. Trudno zatem uwierzyć, aby artysta w najbardziej twórczej fazie życia wybrał śmierć z własnej ręki.
    Autorzy najnowszej biografii zwracają uwagę, że nie znaleziono broni ani jego przyborów malarskich. Skąd zresztą wziął rewolwer? W rolniczych okolicach Francji w tamtym czasie rzadko ktoś miał broń, ludzie zresztą uważali malarza za wariata, nikt nie dałby mu śmiercionośnego narzędzia.
    Po latach córka właściciela gospody Adeline Ravoux opowiadała, że artyście przeszkadzały kruki krążące nad polem, dlatego pożyczył od jej ojca rewolwer, aby je płoszyć. Trudno w to jednak uwierzyć - van Gogh przecież kochał ptaki.
    Autorzy pytają, w jaki sposób ciężko ranny człowiek zdołał dojść ze wzgórza, przez pole, po trudnym przecież terenie do gospody oddalonej o ponad półtora kilometra.
    Dotarli do relacji znakomitego historyka sztuki, Johna Rewalda, który w latach trzydziestych ubiegłego wieku przebywał w Auvers i rozmawiał z miejscowymi, wśród których pamięć o tragedii sławnego artysty była bardzo żywa. Świadkowie opowiedzieli Rewaldowi, że van Gogh został śmiertelnie postrzelony przez kilku chłopaków.
     Podobną historię usłyszeli z ust pewnej kobiety z Auvers, której opowiedział ją dziadek. Obaj autorzy uznali za osobliwą odpowiedź van Gogha na pytanie policjantów, czy próbował popełnić samobójstwo: "Myślę, że tak. Nie oskarżajcie nikogo innego".
    Twórcy biografii odnaleźli w bibliotece w Nowym Jorku egzemplarz niskonakładowego francuskiego periodyku medycznego, a w nim wywiad, którego udzielił w 1956 roku René Secretan, zamożny francuski biznesmen. W lipcu 1890 roku Secretan miał 16 lat i wypoczywał w Auvers. W wywiadzie wyznał, że razem z bratem Gastonem przychodził wtedy do gospody Ravoux. Kupowali van Goghowi drinki, ale także bezlitośnie go dręczyli. Raz wsypali mu sól do kawy i zaśmiewali się, gdy wypluwał napój, to znów włożyli mu węża do pudełka z farbami i malarz o mało nie zemdlał. Ostentacyjnie spacerowali z dziewczynami nad rzeką i całowali je na oczach artysty. Młode panny udawały, że chcą uwieść van Gogha, co powodowało jego głęboką frustrację. Mimo to, dręczony samotnością, szukał towarzystwa braci Secretan.
    Publicyści znaleźli w Luwrze szkic van Gogha, który ich zdaniem przedstawia René w stroju kowbojskim. W 1889 roku słynny Buffalo Bill pokazał w Paryżu show z Dzikiego Zachodu i od tej pory nastoletni Francuzi lubili bawić się w kowbojów. René Secretan twierdził w wywiadzie, że to on razem z bratem pożyczył rewolwer od właściciela gospody Gustave’a Ravoux, a van Gogh tę broń im wykradł. René zapewniał, że w dniu samobójstwa, jego i Gastona nie było już w miasteczku.
    Autorzy uważają jednak, że to nieprawda - zabójcami holenderskiego malarza są bracia René i Gaston Secretan, a rewolwer być może wystrzelił przypadkowo, podczas zabawy.
    "Mamy więc nastolatków z wadliwie funkcjonującą bronią, mamy chłopaka, który lubił się bawić w kowboja, mamy trzech ludzi, którzy zapewne wypili za dużo".
    Publicyści twierdzą, że do tragedii doszło nie na pszenicznym polu, lecz na rue Boucher w Auvers, ulicy małych domków z podwórzami. Pewien mieszkaniec miasteczka widział van Gogha i usłyszał odgłos strzału dobiegający z jednego z podwórek. Z tej ulicy droga do gospody Ravoux jest znacznie łatwiejsza i krótsza niż z pola pszenicy.
    Dla udręczonego ubóstwem i chorobą artysty śmierć była wyzwoleniem, dlatego nie oskarżył zabójców, którym wielkodusznie nie chciał złamać życia.
źródło:  http://www.przeglad-tygodnik.pl/pl/artykul/nastolatek-zastrzelil-van-gogha


                                     
Kto wierzy w światłość, ujrzy ją,
                             ciemność istnieje tylko dla niewierzących.
                                                /Vincent van Gogh/


    
Chociaż było już po żniwach poszliśmy na pola pszeniczne, które van Gogh uwiecznił na płótnach. Droga wiodła ścieżką pod górę, wśród domów z epoki, na której znajdował się ów słynny kościół, o którym malarz pisał:
...
budynek w fioletowym odcieniu na tle nieba w prostym, ciemnoniebieskim kolorze, w czystym kobalcie. Witrażowe okna widoczne są jako ultramarynowe kleksy, dach jest fioletowy, częściowo pomarańczowy. Z przodu trochę kwitnących roślin, piasek połyskujący różowo w słońcu...

   
Kościół Wniebowzięcia NMP -
Eglise Notre-Dame-de-l'Assomption został założony pod koniec jedenastego wieku przez Filipa I, następnie przebudowany w pierwszej połowie dwunastego przez natchnioną Adelajdę Sabaudzką, żonę Ludwika VI Grubego zaraz po jego śmierci. Świątynia tamtych wieków prezentuje style romański i gotycki.
    W trzynastym stuleciu dokończono budowy na planie klasycznego krzyża łacińskiego. Dobudowano dwie nawy boczne, i wzbogacono o kolejne elementy takie jak ołtarz, retabulum, złocone tabernakulum eksponowane obecnie w kaplicy romańskiej. Przez kolejne wieki świątynia przechodziła różne transformacje. Za czasów Ludwika XIII skonstruowano schody wiodące do kościoła oraz mur oporowy dla podtrzymania całej konstrukcji. Dzisiaj na ukwieconym skwerze przed owym murem stoi
Charles-François Daubigny, którego podziwiał van Gogh.

























 











                                     Kochajmy przyrodę, bo dzięki niej
                                        coraz lepiej rozumiemy sztukę
                                                  /Vincent van Gogh/
  


    Wszystko wokoło wydawało nam się magiczne. Oboje czuliśmy się znakomicie i nie wyobrażaliśmy sobie jak w takim miejscu można popaść w depresję i palnąć sobie w łeb, a tak naprawdę w brzuch. Byliśmy pewni, że Amerykanie mieli rację twierdząc, że Vincent został postrzelony przez bawiących się w kowboi nastoletnich chłopców.
    Ścieżka za kościołem wiodła polami na cmentarz, ale zanim doszliśmy do miejsca wiecznego spoczynku obu braci van Goghów, Ryszard zatrzymał się w leszczynowym zagajniku i narwał pełne kieszenie orzechów, po czym wędrując wyłuskiwał dojrzałe owoce ze skorupek, no i... jadłam mu z ręki, chi, chi, chi...
    Francuzi na grobach bliskich nie zapalają zniczy.










                                        Nasze życie to wieczny rozbrat
                                           marzenia z rzeczywistością
                                                  /Vincent van Gogh/   


   
No i poszliśmy w te pszeniczne pola, na których gdzieniegdzie niebieścił się rolniczy sprzęt, później zanurzyliśmy się w wąską ścieżkę pomiędzy wysokimi pokrzywami, trawą i zielem.
- Co za zapach! 









                     
Nic nie poradzę, że moje obrazy się źle sprzedają.
                            Ale nadejdzie czas, gdy ludzie zrozumieją,
                            że są warte znacznie więcej niż cena farby,
                                    której użyłem do ich namalowania.
                                                /Vincent van Gogh/
  

   
Wędrowaliśmy uliczkami Auvers i odnajdywaliśmy miejsca które van Gogh uwiecznił na płótnach. Dotarliśmy do domu, w którym mieszkał i zdziwiliśmy się bardzo, kiedy o tak jeszcze wczesnej porze zamykano bramę prowadzącą na podwórze. Udało mi jednak wślizgnąć na chwilę i zrobić kilka zdjęć.































                            Moim zdaniem to niczego nie jestem pewien,
                       jednak widok gwiazd sprawia, iż zaczynam marzyć.
                                                   /Vincent van Gogh/
  

   
Zaczęliśmy marzyć i my, kiedy weszliśmy na teren ogromnej siedemnastowiecznej posiadłości
Château d'Auvers, z zamkiem uwiecznionym przez Vincenta o zachodzie słońca.
 

























  

                             Spróbuj zrozumieć ostatnie słowo tego,
                                  co wielcy artyści, poważni artyści
                                  mówią poprzez swoje arcydzieła;
                                             w tym będzie Bóg.
                         Jedni napisali lub powiedzieli o tym w książce,
                                               a inni w obrazie
                                            /Vincent van Gogh
/   
 

       Niechętnie opuszczaliśmy Auvers-sur-Oise, końcowy, wiejski przystanek na drodze życia Vincenta van Gogha wśród pszenicznych łanów. Mówi się, że w ciągu ostatnich siedemdziesięciu dni swojego nazbyt krótkiego żywota namalował około siedemdziesięciu obrazów. Niektórzy twierdzą, że było ich więcej około osiemdziesięciu. A zatem był genialnym artystą.
    - Czy podobnie jak młody Mozart czuł zbliżający się koniec i spieszył się przekazać światu swoje malarskie wizje, tak jak austriacki kompozytor swoje Requiem?
    Zaczął malować przed ukończeniem trzydziestego roku życia i w swoim ponad siedmioletnim dorobku miał ponad dwa tysiące dzieł. Sprzedał ich zaledwie około dziesięciu. - Z czego zatem się utrzymywał? Wiemy, że troszczył się o niego jego brat Theo, który niedługo po Vincencie zmarł.



























  

                                 Aby człowiek dobrze czynił dla świata,
                                     musi umrzeć dla samego siebie.

                                                
/Vincent van Gogh/
   


                           Auvers-sur-Oise, wtorek 29 lipca 2014 roku