Pokazywanie postów oznaczonych etykietą OBRAZY. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą OBRAZY. Pokaż wszystkie posty

sobota, 11 lipca 2015

Powrót taty



    W styczniu 1945 roku moi rodzice, wtedy jeszcze para narzeczonych, opuszczali Mózgowo (niemieckie Mosgau) - obecnie wieś polska należąca do województwa warmińsko-mazurskiego, położona w odległości około piętnastu kilometrów na zachód od Iławy.
    Dokumenty z 1346 roku podają, że pierwotnie była to wieś pruska na ośmiu włókach o nazwie Nosgowithen. W latach 1466 - 1772  jako część województwa chełmińskiego należała do Polski, a po I wojnie światowej, podobnie jak sąsiednia Zazdrość, pozostała w Niemczech. Była to wówczas jedyna korekta granic na terenie ziemi chełmińskiej i lubawskiej na niekorzyść Polski.
    W styczniu 1945 roku na tereny te wkraczali Ruscy, co zmuszało bauerów do opuszczania swoich gospodarstw i ewakuowania się na zachód. Rodzice w tym czasie pracowali  u Niemca Bilau'a (do lipca 1944 roku u Puhla) i wraz z nim i jego żoną ruszyli w kierunku Gdańska. Jechali dzień i noc, bez przystanków furmankami zaprzężonymi w parę koni. Dopiero po przeprawie przez Wisłę w odległości około dwudziestu kilometrów od jej brzegu zorganizowali pierwszy nocleg...





   
Była niedziela, pora obiadowa kiedy dojeżdżali do Rostocku. Zatrzymali się przed wjazdem do miasta, gdzieś na poboczu drogi, ażeby przygotować sobie posiłek i dać odpocząć koniom. Zapach gotującej się potrawy przyciągnął kilku młodych Polaków, którzy pracowali w odległym o około trzysta metrów niemieckim majątku. Ojciec nie chciał jechać dalej, zapytał więc jednego z nich czy przypadkiem w majątku nie potrzebują kogoś do roboty i kiedy dowiedział się, że praca była, poprosił Bilau'a o zwrot swojej i mamy arbeitskarty. Bilau nie protestował. Pożegnali się i wkrótce ojciec stanął przed właścicielem kolejnej posiadłości i zadał mu pytanie, czy przyjmie także jego narzeczoną. Ten nie tylko odpowiedział twierdząco, ale skory był nawet  "udzielić" im ślubu.
    U nowego gospodarza zostali trzy miesiące, do maja 1945 roku, aż do wejścia Ruskich, którzy to na teren ogromnego majątku wjechali czołgami. Witały ich polskie dziewczęta z kwiatami w rękach, podczas gdy ich chłopcy, około trzydziestu mężczyzn, pochowani byli w stodole.
    - Gdzie wasze rebiata - pytali - Giermańcy zabrali, a job ich mać...
    - A szto wy gołodnyje... a eto wsio wasze, bierycie...
    Ruscy przeczesali park i wykopali coś co wcześniej zakopane było w ziemi przez gospodarza. Dziewczęta znalazły ubrania, buty i wódkę. Mojej mamie udało się zebrać dwanaście butelek tego mocnego trunku, który później nie raz ratował ich z opresji. A kiedy Ruscy opuścili majątek chłopcy mogli opuścić kryjówkę i wyjść na poszukiwania tego co nie zostało zrabowane. Ojciec mówił, że niczego już nie znaleźli...

   
Ósmego maja młoda para narzeczonych, czyli moja mama i mój tata, wyruszyli furmanką do Polski.
    To co mi się w tej tatulowej opowieści najbardziej podoba to wydarzenie z dziesiątego maja, kiedy to stanęli na poboczu drogi i gotowali obiad, a kiedy już zapewne bardzo nęcący zapach roznosił się po okolicy przejeżdżał tamtędy ruski oficer, który po około dwudziestu metrach zatrzymał samochód, cofnął się do ich miejsca postoju i zapytał, czy może razem z nimi się posilić. Mama odpowiedziała, że jedzenie jeszcze nie gotowe, a on na to:
    - U mienia jest mnogo wremieni, ja podożdu...
    Zjedli razem, mama wyciągnęła z ukrycia butelkę wódki i poczęstowała przybysza. Gościnność młodych Polaków ujęła go bardzo więc po posiłku szczerze wyznał mojemu tacie:
    - Ot znajesz ty szto, ty choroszyj pareń, no ty daleko nie ujedziesz, potomu szto naszy bojcy wsio tobie zabieruć...
    - No, ja dam tobie recept.
    - Woźmi krasnyj połotok (w każdym opuszczonym domu były porozrywane wsypy z czerwonego inletu - poduszki, kołdry) i położy jego w karman, kak naszy bojcy prostupić wam dorogu, wytaszczy etot połotok z karmana i pokaży im...
    - No znajesz u nas bojcy nie wsie duraki jest i umnyje.
    - Imiejsz topor? Tak biery jego w ruki i skaży, uchodzi bo gołowu odroblu...

      Tata mówił, że czerwonej szmaty żołnierzowi z gwiazdkami przestępującemu  im drogę nie pokazywał bowiem wiedział że durakom taki nie był...
     Przez trzy dni w drodze do Polski nie spotkali nikogo. Wiedzieli, że wielu wracało pociągiem, gęsto zaludniając dachy wagonów...
    Polacy nie ufali Ruskom i kiedy przed przeprawą przez Odrę jeden z nich zajechał  im rowerem drogę i zaproponował nocleg w pobliskim majątku ujmując konia za uzdę i na siłę kierując w wybrane przez siebie miejsce, tata nie wytrzymał wyjął toporek i krzyknął:
    - Uchodzi, bo gołowu odroblu!
Napastnik strusił, ale nie dał za wygraną, trzymał się fury jeszcze przez około cztery kilometry, a kiedy zaprzęg zbliżył się do transportu Ruskich jadących samochodami i czołgami odjechał...
    Przed samą Odrą, do kontroli, stało paręset furmanek. Ruscy otwierali szlaban i przepuszczali dziesięć wozów, po czym kierowali je na prawo, plądrowali i zabierali niemalże wszystko.
    Ojciec widząc co się święci, po podniesieniu szlabanu śmignął konia batem i nie zważając na żołnierza z karabinem ruszył prosto przed siebie, a za nim trzy inne furmanki. Słyszał tylko strzępek zdania wypowiedzianego przez strażnika:
    - A ty kuda!
    Po przeprawie przez Odrę, na szosie, zatrzymał ich kolejny patrol. Żołnierze macali wóz wypełniony sianem, ale nie wymacawszy niczego rozkazali ojcu:
    - Snimaj sapogi!
    - U tiebia kożanaja obuw (skórzane buty), a u mienia rezinowe sapogi (gumowe buty), no dawaj pomieniajem!

   
W lesie na nocleg zatrzymało się, a właściwie schowało, dziesięć furmanek...

   
W Poznańskim, Poznaniacy odradzali im podróż szosą ze względu na kontrole ruskich patroli. Jechali w piętnaście a może dwadzieścia wozów, kiedy ci skierowali ich na drogę leśną w trosce o ich bezpieczeństwo.
    W sosnowym lesie czekała na nich pułapka - piaszczysty trakt  niemożliwy do przebrnięcia. Fury grzęzły, Poznaniacy poklepywali konie, mówiąc:
    - Dobry koń, ja konia kupię, a ty jedź pociągiem.
    Ojciec konia nie sprzedał i kiedy z ogromnym trudem udawało mu się wypchnąć wóz z kolejnej koleiny ta natychmiast wypełniała się piaskiem, jak woda zalewając zagłębienia w ziemi. Poznaniak nie dawał za wygraną, koniecznie chciał zdobyć konia na własność. Wreszcie tata i w stosunku do niego zastosował ten sam recept rosyjskiego oficera, wyjął toporek i krzyknął:
    - Odejdź, bo łeb ci odrąbię!
    Kiedy wyszli z opresji i podjechali kawałek, zobaczyli leśniczówkę. Koń słaniał się jak pijany ze zmęczenia więc się zatrzymali.
Leśniczy w mundurze ugościł ich obiadem, dał trawy koniowi i bardzo serdecznie zapraszał na nocleg.
    Tacie wydała się nieco podejrzana uprzejmość gospodarza. Podziękował więc za gościnę i możliwość odpoczynku i mimo sprzeciwów leśniczego ruszyli z mamą w drogę...
    Opowiadając mi tę historię, tata nie pamiętał jakie to miasteczko ujrzał w przebłyskach wyjeżdżając z lasu. A gdybym chciała dociekać dał mi wskazówkę, że przed wojną było tam słynne więzienie.
    W mieście, na skrzyżowaniu zatrzymał ich dwuosobowy patrol milicjantów, rozkazał zostawić konia, wóz, jednym słowem wszystko, iść na dworzec kolejowy i dalej jechać pociągiem.
    Tego było już za wiele. Taki kawał drogi, a tu jakieś niby swojaki i takie groźby:
     - A wy skurczybyki, spierdalajcie, bo łby siekierką poucinam! - Krzyknął mocno zdenerwowany ojciec.
    Na taką niespodziewaną reakcję jeden z milicjantów wyjął z kieszeni dokument i udowodnił swój status obywatelski.
    - W dupę sobie wsadź taki dokument!
   Jechali dwa kilometry lasem, aż dotarli do wioski i u sołtysa zapytali o nocleg. Sołtys podał im numer domu i nazwisko osoby, u której mogli by się zatrzymać. Ale zanim udali się pod wskazany adres do sołtysa zajechało dziesięć a może piętnaście innych, wcześniej nie kontrolowanych furmanek..., a za nimi... milicjanci z karabinami i wspomniany patrol ze skrzyżowania dróg.
    Chłopaki skrzyknęli się.
    - Teraz to my jesteśmy kupą i nic nam nie zrobicie!
    Milicjanci skontrolowali wszystkich i odjechali...

 
   Do Brodnicy mama i tata dotarli pod koniec maja. Tam odmówili milicjantom kolejnej kontroli. W Brodnicy ojciec znalazł pracę. Koń także poszedł do roboty.
    - A wóz? Kiedy ojciec wrócił z pracy szwagier powiedział, że przyszło UB z więźniami, którzy go pociągnęli, a ty jak chcesz też go ciągnąć to idź i upominaj się o niego...
    1 czerwca 1945 roku rodzice wzięli ślub w Brodnicy. Za 20 tysięcy i świniaka sprzedali konia rolnikowi i wyprawili weselisko...

   
To zaledwie niewielki fragment z życia mojego taty, Władysława, który czekał aż dwadzieścia pięć lat, żeby wreszcie połączyć się ze swoją ukochaną żoną Anielą.
    Pisałam o nich wcześniej i gdyby kogoś zainteresowały ich losy polecam klikać na Obrazy na pasku po prawej stronie bloga w kolumnie Piszę o...
    Gdyby Aniela nie wyprzedziła swojego Władka o ćwierć wieku, obchodzili by właśnie razem z nami, tu na ziemi, swoją siedemdziesiątą rocznicę ślubu, tak zwane gody kamienne, a tak świętują ją sami w niebie, razem, szczęśliwi...

    
- A ja?
     - Ja tak jak ojciec kocham las, rower, taniec...
     Po rodzicach odziedziczyłam wiele pozytywnych cech charakteru, a jeżeli ktoś zna moje wady, to nie są to wady odziedziczone!




                                 
Byłem kiedyś przy umierającym,
                                  który odchodził w takim nastroju,
                                             jakby szedł na bal.
                              Wiedział, że starość nie jest starością,
                                              tylko dojrzałością.
                                            Oczekiwał spotkania
                                 z Kimś dla siebie najukochańszym.
                                        /ksiądz Jan Twardowski/
 


        90 urodziny mojego Taty w remizie w Supraślu - 16 sierpnia 2010 roku 























                                Tata odszedł 5 lipca 2015 roku, przeżywszy 95 lat




sobota, 19 listopada 2011

OBRAZ XII - Ksiądz Aleksander

      CD
Przedszkole, szkoła podstawowa to dość spokojny okres mojego życia. Ci sami koledzy, ci sami nauczyciele, ci sami księża..., jak jedna wielka rodzina, gdzie każdy realizował swoje cele..., to również pamięć o tych, którzy w jakiś szczególny sposób wpłynęli na mój rozwój duchowy…
Popełniłabym błąd gdybym nie poświęciła czasu na przypomnienie sylwetki księdza Aleksandra Radulskiego, który swoją posługę kapłańską w Supraślu rozpoczął w październiku 1958 roku i przepracował w parafii dwadzieścia dwa lata. Był to szczupły mężczyzna, o pociągłych rysach twarzy, wysokim czole, sięgającym prawie połowy głowy, długim nosie i okrągłych ufnych oczach. Zawsze starannie ogolony, w sutannie i ze skórzaną teczką w ręce, przemieszczał się po miasteczku najczęściej rowerem.
Ten szlachetny, niezwykle skromny człowiek troszczył się o wszystkich, o dzieci, młodzież i dorosłych, odwiedzał chorych i niedołężnych, wspierał modlitwą i posłuchaniem. Kiedy moja babcia siedem swoich ostatnich lat życia spędzała przykuta do łóżka, on nie szczędził jej czasu. Przyjeżdżał często. Przywoził książki ze swojej biblioteki, które ja także czytałam z wypiekami na twarzy. Babcia opuściła nas w 1978 roku, przeżywszy 96 lub 100 lat. Różnica czterech lat nie została wyjaśniona i nikt nie potrafił powiedzieć czy mojej babci doliczono lata, czy też odjęto. Była to wspaniała kobieta, raczej cicha i łagodna, dbała o dom i o wszystkich domowników zarówno o syna i synową, jak i o wnuki. 

Lata sześćdziesiąte ubiegłego stulecia 

Jedna z procesji Bożego Ciała ulicami Supraśla

     Kiedy mówię o księdzu Aleksandrze przychodzi mi na myśl sylwetka innego księdza, Jana Marii Vianneya. Ten niedościgniony wzór pokory, świętego z przełomu osiemnastego i dziewiętnastego wieku, jako żywo kojarzy mi się właśnie z nim. Obaj jednym spojrzeniem czy też słowem zjednywali sobie szacunek tego z kim rozmawiali. Obaj pod posturą swych ascetycznych postaci kryli życzliwość, serdeczność, delikatność i wielkie serca. Cechowały ich zachowania pełne taktu i troski. Obaj żyli i pracowali w trudnych czasach.
Jan Maria Vianney powiedział: Wartość naszej duszy poznajemy po wysiłku, jaki czyni zły duch, by ją zgubić.
Ksiądz Aleksander, tak jak Jan Maria Vianney troszczył się o dobro rodziny. Pomagał nie raz rozwiązać problem wydawałoby się nie możliwy do rozwiązania.
I chociaż później pracował w Białymstoku, to jubileusz 50-lecia pracy kapłańskiej obchodził w swojej dawnej parafii, w Supraślu. Kościół tego dnia był wypełniony po brzegi, a po zakończonym nabożeństwie ustawiła się długa kolejka tych, którzy dziękowali mu za jego duszpasterską gorliwość i oddanie. Ja także przygotowałam kilka słów na tę okazję, a kiedy zbliżyłam się do Jubilata, mojego nauczyciela katechety, żeby złożyć mu życzenia, on zwrócił się do mnie tymi słowami: Ech, nie potrzebne to kadzenie.
Potrząsnęłam głową, upewniając go, że zasłużył sobie na uznanie i wdzięczność. Żałuję bardzo, że nie zapisałam tego, co do nas na zakończenie uroczystości powiedział. Pamiętam jedynie, że wszyscy długo nagradzali go owacjami, co jak zwykle wprowadziło go w zakłopotanie. Pamiętam pewne wydarzenie związane z jego pracą, które wtedy nam opowiedział. Otóż któregoś poranka z przesadną gorliwością rozpoczął mszę św. o minutę, czy też może dwie lub trzy za wcześnie, co zauważyła pewna Warszawianka, nauczycielka przebywająca na wakacjach w naszym mieście i dość ostro, wypomniała mu tę niepunktualność i rozporządzanie cudzym czasem…

Zapewne także lata sześćdziesiąte

Księża z parafii i nieco młodsi ode mnie

     Ksiądz Aleksander nigdy nie zabiegał o zaszczyty i tytuły, żył bardzo skromnie i nie gromadził dóbr materialnych. Swoją ziemską wędrówkę zakończył 29 kwietnia 2006 roku i zgodnie z wolą, zapisaną w testamencie, pogrzeb odbył się w jego rodzinnej parafii w Korycinie, bez przemówień i wspomnień, w atmosferze przejmującej modlitwy i skupienia. Mszę św. odprawił ks. arcybiskup metropolita białostocki Edward Ozorowski.

Kościół Znalezienia i Podwyższenia Krzyża Św. w Korycinie

W Roku Kapłańskim na cmentarzu w Korycinie

 Zapalamy znicze na grobie księdza Aleksandra

Cmentarz w Krypnie

        W 2010 roku, na początku czerwca, miesiąca kończącego Rok Kapłański, wraz z wieloma innymi osobami z Supraśla odwiedziłam jego grób, składając tym samym hołd człowiekowi, który bezgranicznie zaufał Bogu.

     Nie mogłabym zakończyć tego wpisu bez przypomnienia kilku lekcji religii, które lubiłam chyba najbardziej. Ksiądz Aleksander miał swoje własne sposoby na skuteczne przekazywanie wiedzy, którą posiadł i którą nieustannie zgłębiał.
Kiedyś, na początku Wielkiego Postu, przyniósł na lekcję religii całą teczką cukierków i nie były to jakieś landrynki, tylko czekoladowe słodkości pozawijane w kolorowe papierki. Wysypując zawartość teczki na biurko rzekł:
- To wszystko dla was, ale... na chwilę zawiesił głos:
- Wchodzimy w okres Wielkiego Postu, okres w którym każdy z nas powinien zrobić coś dla siebie, nauczyć się walczyć z pokusami i ćwiczyć silną wolę… po czym rozdał cukierki i poprosił ażebyśmy je pokazali po upływie czterdziestodniowej wstrzemięźliwości i dopiero potem możemy je zjeść. W ten sposób przekazał nam ewangeliczne prawdy o kuszeniu Jezusa przez szatana. Nie mieliśmy łatwego zadania, tym bardziej, że słodkości w owym czasie były trudno dostępne. Każdy jak mógł opierał się pokusie zjedzenia cukierków, których o ile dobrze pamiętam dostaliśmy po trzy, czyli do trzech razy sztuka, tak jak w Ewangelii…
Zapewne ksiądz Aleksander chciał dać szansę i tym którzy silnej woli nie mieli i tym, którzy próbowali przynajmniej odmawiać sobie niektórych przyjemności. Po lekcji religii popędziliśmy do sklepu sprawdzić, czy takie cukierki są w sprzedaży. Niestety, utwierdziliśmy się tylko w przekonaniu, że musimy ich strzec jak oka w głowie, żeby sprostać zadaniu i przezwyciężyć diabelskie podszepty… Swoje czekoladki schowałam gdzieś głęboko w tornistrze i starałam się o nich nie myśleć, ażeby niepotrzebnie nie pobudzać pracy ślinianek. Wspominałam już o tym wcześniej, że w moim domu raz w miesiącu,  pojawiała się chałwa, którą w dzień wypłaty kupował ojciec, a mama sprawiedliwie dzieliła ją na równe porcje.
 Ksiądz Aleksander mówił, że Bóg widzi w ciemnościach i gdybyśmy nawet owinęli ręcznikami krzyże wiszące w naszych domach i schowali się przed Nim na przykład w szafie czy na szafie to i tak będzie wiedział co robimy. Jako dziecko nie bardzo rozumiałam te słowa i kiedyś wdrapałam się na tenże mebel w sypialni moich rodziców, żeby sprawdzić czy z tej wysokości będę widziała Jezusa na krzyżu. Siedziałam tam mocno pochylona z głową prawie na kolanach i wyobrażałam sobie jak wyjadam ze słoika konfitury wykradzione ze spiżarni, których nikt nigdy nie zabraniał mi jeść, ale tak wtedy pojmowałam moje ewentualne grzeszne postępowanie…
Ksiądz Aleksander podsuwał nam wiele przykładów na to jak walczyć z pokusami i ćwiczyć silną wolę. Jego lekcje były zawsze ciekawe i nikt się na nich nie nudził.
Któregoś razu objaśniał nam typy i rodzaje osobowości według podziału Hipokratesa: sangwinik – osoba towarzyska, otwarta, ale nie zawsze wywiązującą się z podjętych zobowiązań; melancholik – typ emocjonalny, depresyjny; flegmatyk – ktoś spokojny, wyciszony; choleryk – osobowość trudna pobudzona, o cechach przywódczych…
Ksiądz podzielił nas na cztery grupy. Trafiałam do tej z przewagą cech sangwinika, co wywołało mój protest, ale kiedy ksiądz dodał, że mam też skłonności do dominowania wśród rówieśników przestałam protestować i chcieć udowadniać, że jestem najlepsza na świecie, że nikt nie jest taki słodki i dobry jak ja, że to niemożliwe, żebym posiadała jakiekolwiek negatywne cechy, że jest to ocena zbyt powierzchowna i nie dokładna.
Oszołomiona, słuchałam dalej. Ale inne typy wydały mi się jeszcze gorsze. Nie chciałam być ani melancholikiem, ani flegmatykiem, a tym bardziej cholerykiem. Potem usłyszeliśmy jak zachowalibyśmy się w sytuacji zagrożenia życia…
Pamiętam nawet kto do jakiej grupy trafił, i dzisiaj mogłabym powiedzieć, że to był dobry podział. Ksiądz znał nas na wylot, ale my tego nie rozumieliśmy.
W czasach mojej wczesnej młodości zawsze chciałam być pierwsza, zawsze miałam palce w górze z gotową odpowiedzią. Żywo reagowałam i lubiłam mówić, chciałam udowodnić mojemu duchowemu nauczycielowi, że nie mam wad… A on uśmiechał się do mnie i kręcił głową nie wierząc w moją doskonałość. Zrozumiałam to po wielu latach…
Ksiądz Aleksander nie lubił się fotografować, a więc wielu zdjęć nie zamieszczam.

CDN

czwartek, 3 listopada 2011

OBRAZ XI - Zapach z dzieciństwa...

CD
  
     Ach te zapachy z dzieciństwa, któż ich nie pamięta!? 
Czy można odtworzyć pewne wrażenia smakowo - zapachowe w późniejszym życiu? Jak wiadomo komórki budujące kubki smakowe podlegają nieustannej wymianie - przeciętnie żyją 10 dni.  Zmysły węchu i smaku łączą się w wielu punktach, a współcześni fizjolodzy mówią „zapach – to smak odległości”.
W tym miejscu muszę koniecznie wspomnieć o jednym z bodźców smakowo – zapachowych, a mianowicie piekarni, mieszczącej się niegdyś przy obecnej ulicy  3-go Maja.

Dawniej piekarnia.  Dzisiaj, w części budynku bar "Jarzębinka"

     Dzisiaj w części dawnej piekarni pani Czesia prowadzi małą gastronomię, bar „Jarzębinkę”. Serwuje tutaj znakomitą babkę i kiszkę ziemniaczaną, pyszne kartacze i pyzy z mięsem. Latem wystawia kilka stolików wprost na chodniku przed schodami, przy których zasiadają rodzinne klany, zazwyczaj Białostocczanie, zwolennicy  weekendowych wypadów za miasto. Ruch jest wielki, a u pani Czesi  nigdy nie brakuje smakowitych świeżych dań na bazie ziemniaka. 
    Niegdyś w budynku tym wypiekano niepowtarzalny w smaku chleb i bułeczki, które można było kupić i w samej piekarni, jak też w sklepie spożywczym, który mieścił się w miejscu obecnego pensjonatu „Zajma”, a także w kiosku u pani Szpakowej, tuż przy plebanii.
Nie raz dostawałam monety w garść i wędrowałam do zielonej budki po około dwukilogramowy, okrągły, pachnący i jeszcze ciepły bochen chleba. Nigdy nie doniosłam go w całości. Po drodze wyskubywałam chrupiącą skórkę dookoła bochenka. Nikt specjalnie nie karcił mnie za to, a babcia zanim odkroiła pierwszą kromkę zawsze kreśliła znak krzyża nożem, po płaskiej jego stronie. Siatka pleciona ze sznurka nie była mi potrzebna, bo trzymałam go w jednej ręce, a drugą wyrywałam najpierw malutkie, a potem coraz to większe kawałki przepysznej skórki. Dzisiaj takiego zapachu i takiego chleba już nie ma. Sprzedaje się go masowo nieraz jeszcze ciepły owinięty plastikową folią.


     Pamiętam monety, które trzymałam w garści, idąc jak mi się kiedyś wydawało bardzo długą ulicą Marchlewskiego, dzisiaj Kościelną, potem przez skwerek koło kina "Jutrzenka" aż do zielonej budki, w okienku której, jak na obrazie w ramach siedziała zawsze uśmiechnięta pani Szpak. Idąc oglądałam monety, albo dzwoniłam nimi trzymając zamknięte w dłoniach. Nie zapomnę popularnej w tamtych czasach pięciozłotówki z rybakiem ciągnącym sieci na awersie i orłem bez korony z napisem Polska Rzeczpospolita Ludowa na rewersie. 
Tę aluminiową monetę wybito po raz pierwszy w 1958 roku...

Jeden z Domów Tkaczy.  Dzisiaj własność prywatna.

Jeden z Domów Tkaczy.  Dzisiaj własność prywatna.
   
Ten sam dom co wyżej - scena  z filmu u "Pana Boga w ogródku"

    Na ulicy 3 Maja w latach 50 XIX wieku, Wilhelm, Fryderyk Zachert, realizując nowy układ przestrzenny Supraśla, wybudował domy tkaczy. Połowę bielonej wapnem chaty, pokrytej gontem i zamykanej na noc drewnianymi ciężkimi okiennicami, zajmowała niegdyś jedna rodzina. Po drugiej stronie przelotowej sieni ustawione były krosna tkackie.

   Dzisiaj, wyremontowane domy są własnością prywatną. W jednym z nich kręcone były sceny do filmów „U Pana Boga w ogródku” i „U Pana Boga za miedzą”. Na tej ulicy toczy się także akcja tych filmów i serialu „Blondynka”.

    W domach tkaczy mieszka do dzisiaj mój przedszkolny „kolega od tańców” Marek. Niegdyś mieszkała tam najdrobniejsza w klasie Anulka.
    A nad piekarnią dość przestronne lokum zajmowała rodzina Emilki - mojej przyjaciółki z lat szkolnych. Z większego pokoju wychodziło się na balkon, z którego można było obserwować główną ulicę miasta, wówczas 1-go Maja. Wszyscy zazdrościliśmy Mili mieszkania w centrum. 

Niegdyś, po lewej posterunek MO, po prawej piekarnia...

Po przeciwnej stronie ulicy znajdował się posterunek Milicji Obywatelskiej. Tam mieszkały trzy inne moje koleżanki Hela, Tereska i Ela. Dwie pierwsze wyprowadziły się stamtąd jeszcze w przed ukończeniem szkoły podstawowej. Została tylko Ela. Dom Emilki był niezwykle przyjazny.   Spotykaliśmy się u niej po lekcjach, tam także organizowaliśmy nasze pierwsze prywatki, a w ogrodzie za budynkiem piekarni, zimą, w śniegu po kolana, toczyliśmy prawdziwą wojnę na śnieżki. Przegranych braliśmy do niewoli. Z zabaw takich wracałam przemoczona do suchej nitki. W domu czekała na mnie babcia z ciepłym obiadem i suchym ubraniem. To ona dbała o moje zdrowie, to ona wkładała do ciepłej dochówki pieca mokre rękawiczki i buty.

Niegdyś Posterunek MO. Dzisiaj własność prywatna. I mój rower.

     Czasami Mila zapraszała koleżanki na kąpiele pod prysznicami należącymi do piekarni. W tamtych czasach łazienka w domu nie była powszechna więc chętnie korzystałyśmy z tego dobrodziejstwa. Kąpiel w domu urządzano raz w tygodniu, w sobotę po południu. Na płycie kuchennej, w wielkim kotle grzano wodę, którą potem wlewano do wielkiej blaszanej wanny i kolejno każdy zmywał z siebie tygodniowy zapach potu. Tak naprawdę nie pamiętam, żeby ktoś brzydko pachniał. Problemem był brak szamponów. Moje długie włosy mama myła szarym mydłem, potem przygotowywała płukankę z octem, która zmiękczała je, nadawała połysk i pozawalała rozczesać. Wszyscy dostawali czyste pachnące piżamy i wędrowali do łóżek...

niedziela, 11 września 2011

OBRAZ X - Anielka

CD

Pod koniec lat pięćdziesiątych ubiegłego stulecia motocykl był dość popularnym środkiem lokomocji. Ojciec jeździł nim do pracy w lesie, a także wcześnie rano podwoził mamę na końcowy przystanek PKS.

Mój tata Władysław
Moja mama Aniela

   Oboje pracowali od świtu do nocy. Mama, główna księgowa w Wojewódzkim Zarządzie Dróg Publicznych w Białymstoku, nie miała czasu na prowadzenie domu i wychowywanie swoich pociech. Często wyjeżdżała w teren, na kontrole jednostek powiatowych. Ona także zarządzała finansami domowymi i podejmowała decyzje dotyczące naszej sześcioosobowej rodziny. Ojciec nigdy nie kwestionował takiego modelu życia i akceptował wszystkie posunięcia swojej żony, co zaoszczędziło mu wielu kłopotów i zmartwień. U boku dominującej kobiety prowadził życie spokojne, a nawet powiedziałabym wygodne.

   Dziadków od strony matki nie znałam. Dziadek Jan Banaszak, oficer wojskowy, uczestnik walk wyzwoleńczych, jeden z wielu obrońców języka ojczystego w zaborze pruskim zmarł przed wybuchem drugiej wojny światowej. Został pochowany w Brodnicy, a miasto uczciło jego pamięć fundując płytę nagrobną. Każdego roku w Dzień Zaduszny harcerze wystawiali wartę przy jego grobie. Babka Katarzyna Hetmańczyk zmarła w czasie wojny, w niemieckim szpitalu, jako ofiara badań medycznych.

Rodzice na robotach w Prusach

   Myślę, że moja matka miała wiele cech po swoim ojcu, dynamicznym, z ułańską fantazją oficerze. Jednak czasami znajdowała czas na typowo kobiece zajęcia. Lubiła szyć, a może musiała, trudno jednoznacznie stwierdzić, czy robiła to z konieczności, czy też nie. Szyła kolorowe sukieneczki, haftowała kołnierzyki ubierając swoją jedynaczkę. Wydawało mi się, że moje ciuszki zawsze były ładne i modne.

Wyszywanki  mamy
   Przyglądałam się jak sprytnie porusza stopami napędzając koło singerowskiej maszyny do szycia, albo jak rysuje ołówkiem wzory bukiecików kwiatowych, a potem starannie wypełnia je barwną muliną. Zawsze dbała o to, żeby cała rodzina celebrowała niedzielne posiłki. W naszym domu, i w kuchni, i w jednym z pokoi stały duże stoły. Stół kuchenny posiadał sześć nóg. Drewniana konstrukcja rozsuwała się po dłuższej jego stronie ukazując dwa otwory, w których zainstalowano duże emaliowane miski, coś w rodzaju dwukomorowego zlewu. Jedna miska służyła do mycia naczyń, druga do płukania. Jak tylko naczynia zostały pozmywane stół zasuwano i przykrywano obrusem. Na środku pokoju stał jeszcze większy mebel na czterech grubych rzeźbionych nogach. Jego bardzo gładka powierzchnia pozwalała nam grać wieczorami w bierki, lub w pingponga. Oczywiście ta druga gra była namiastką prawdziwego tenisa stołowego. Do gry w bierki zasiadaliśmy wszyscy, szczególnie w wigilię Bożego Narodzenia, po wspólnej wieczerzy. Graliśmy do północy, a potem razem rodzinnie wychodziliśmy na pasterkę. Kościół pw. Świętej Trójcy gromadził wiernych nie tylko wewnątrz świątyni, ale i na zewnątrz. Na ten moment narodzenia Dziecięcia Bożego zjeżdżały tłumy z okolicznych wsi. Jako mała dziewczynka stałam nie raz w tłoku. Sięgałam zaledwie pachy mojej mamy i zawsze brakowało mi powietrza. Niczego nie widziałam, jedynie zimowe grube palta wiernych. Zdarzało się, że osuwałam się w dół i siadałam na stopach mojej mamy.



   To były lata kiedy w niedziele i święta kościoły były przepełnione. O miejscu siedzącym nawet nie myślałam, bo nie wypadało dziecku młodszemu czy starszemu siadać w ławce, a jeżeli już takowe się zajęło na kilkanaście minut przed rozpoczęciem mszy świętej, to i tak należało go ustąpić starszej osobie, która niebawem się pojawiała.
  
Moja mama, brat Tomasz, ja, i moja stryjeczna siostra

    Prezenty, które znajdowaliśmy pod choinką w owym czasie były skromne, nie mieliśmy wielu zabawek. Moim marzeniem było posiadanie malutkiej nagiej plastykowej lalki, której mogłabym szyć ubranka, przebierać ją stosownie do pogody i pór roku. Któregoś roku moje marzenie spełniło się. Do domu katechetycznego przybył Święty Mikołaj z dużym jutowym workiem na plecach. Stłoczone w salce dzieci czekały na paczki. Każde z nich musiało wydeklamować jakiś wierszyk lub modlitwę, dopiero potem otrzymywało upragnioną nagrodę. Ja także otrzymałam swoją i ku mojemu zdumieniu wśród słodyczy znalazłam coś na co długo czekałam. Wreszcie miałam swoją wymarzoną laleczkę, której wkrótce zaczęłam kroić i szyć ubranka. To doświadczenie z lat dziecięcych pozwoliło mi później kreować moją własną garderobą. Szyłam wszystko, sukienki, spódniczki, spodnie, bluzki, a nawet dużo później płaszcze i garnitury mojemu mężowi. Dzisiaj nie mam tej cierpliwości co kiedyś. Preferuję inne zajęcia.

Mama Aniela - Prusy


Kiedyś mój starszy brat otrzymał w prezencie mały czarny ebonitowy projektor filmowy i kilka taśm celuloidowych z bajeczkami. Film taki zakładało się na specjalne szpulki, włączało aparat, w środku którego znajdowała się żarówka, a potem małą korbką wolno przekręcało się kolejne kadry pod którymi zapisana była treść bajki. Urządzaliśmy w domu kino domowe, z wielkim ekranem z białego prześcieradła zawieszonego na ścianie, „drukowaliśmy” bilety wstępu do naszej kuchni, w której szczelnie zasłanialiśmy okna i podczas jednego seansu wyświetlaliśmy kilka bajek. Widownię stanowiły dzieciaki z sąsiedztwa, a także i te z dalszych okolic miasteczka. Wszyscy z wypiekami na twarzy oglądali czarno białe obrazy, ktoś czytał tekst. Moją ulubioną bohaterką była Niteczka, dziewczynka z parasolką, która nie lubiła jeść. Pewnego razu wiatr porywa Niteczkę i unosi wysoko w górę…
   

   Przed świętami Bożego Narodzenia robiliśmy sami zabawki na choinkę. Kleiliśmy długie łańcuchy z kolorowych papierów, robiliśmy bombki z cieniutkich bibułek, wycinaliśmy różne figurki, mocowaliśmy sznureczki do cukierków w szeleszczących papierkach i do specjalnie na tę okazję pieczonych ciasteczek, wybieraliśmy małe czerwone jabłuszka, jednym słowem mieliśmy co robić, ażeby bogato przystroić zielone bożonarodzeniowe drzewko. Świąteczna atmosfera panowała w naszym domu na długo przed wigilią. Przygotowaniem potraw zajmowała się babcia. Uwielbiałam jej pierogi z grzybami. Czasami przed wieczerzą udało mi się wyłudzić jeden taki przysmaczek. Babcia robiła ich wiele, tak że zostawały na później. Najlepsze były te na zimno. Stały na płycie kuchennej dostępne dla każdego. Podjadałam je przed wyjściem na pasterkę.