wtorek, 30 sierpnia 2011

"Pamięć i tożsamość"

Częstochowa - pomnik Jana Pawła II na Jasnej Górze
    
   Dzisiejszy wpis jest moją osobistą reakcją na to, co czytam w Internecie, nie tylko na stronach Facebooka, gdzie społeczność tego portalu wrzuca na swoje profile różne filmy i wypowiedzi, publikuje zdjęcia, przekazuje różnego rodzaju informacje, ale także to, co czytam na blogach, stronach autorskich www i różnych innych źródłach…

   Najbardziej niepokoi mnie wielki „wybuch” zła, który wylewa się wręcz ze szklanego ekranu mojego monitora. Ileż złości i nienawiści znajduję w wypowiedziach ludzi, którzy od tak sobie życzą śmierci tym, którzy mają odwagę nie podzielać tych samych poglądów politycznych. 
   A czy pojęcia takie jak ojczyzna, patriotyzm, to nic nieznaczące słowa? A miłość do bliźniego?
Czy widzieliście wszystkie te filmy, gdzie na ulicy, na oczach setek gapiów, jakiś wyznawca Mahometa dokonuje mordu na niewinnej kobiecie, ucinając jej głowę, a widzieliście może ukamienowanie kobiety, a mordowanie dzieci, prześladowanie Chrześcijan, widzieliście głód, choroby i inne nieszczęścia, które mają miejsce dzisiaj i będą się powtarzać jutro?
  
   Dlaczego tak się dzieje? Dlaczego dobro przegrywa w walce ze złem? Dlaczego nie potrafimy określić jednoznacznie zła?
   Zadajemy sobie setki pytań, podczas gdy odpowiedź jest prosta, tylko nie zawsze wiemy gdzie jej szukać.
   Pozwólcie, że przytoczę kilka fragmentów z książki „Pamięć i tożsamość” Jana Pawła II, największego myśliciela i filozofa naszych czasów:

Wadowice - Bazylika Mniejsza Ofiarowania NMP

   Kiedy młodzieniec pyta: „Nauczycielu, co dobrego mam czynić, aby otrzymać życie wieczne?”, Chrystus odpowiada: „Jeśli chcesz osiągnąć życie zachowuj przykazania” (Mt 19,16-17). A kiedy młodzieniec znowu pyta: „Które?”, Chrystus po prostu przypomina główne przykazania Dekalogu, a przede wszystkim te z tak zwanej drugiej tablicy, czyli te, które odnoszą się do obcowania z bliźnimi. Wiadomo jednak, że w nauczaniu Chrystusa wszystkie przykazania streszczają się w przykazaniu miłości Boga nade wszystko, a bliźniego jako siebie samego (…)
   I tak na przykład zachowując przykazanie: „Nie zabijaj!”, człowiek odkrywa wartość życia pod różnymi postaciami i uczy się coraz głębszego szacunku dla życia.
   Zachowując przykazanie: ”Nie cudzołóż”, człowiek nabiera cnoty czystości, a to znaczy, że coraz pełniej poznaje bezinteresowne piękno ciała ludzkiego, męskości i kobiecości. Właśnie to bezinteresowne piękno staje się światłem dla jego uczynków.
   Zachowując przykazanie: „Nie mów fałszywego świadectwa!”, człowiek uczy się cnoty prawdomówności. Nie tylko wyklucza ze swojego życia kłamstwo i wszelkie zakłamanie, ale rozwija w sobie jak gdyby” instynkt prawdy”, która kieruje całym jego postępowaniem. Kiedy zaś w ten sposób żyje w prawdzie, nadaje swemu człowieczeństwu niejako znamię naturalnej prawdziwości.
(…)
   Człowiek we wszystkim znajduje Boga, we wszystkim i poprzez wszystko z Nim obcuje. Rzeczy stworzone przestają być dla niego zagrożeniem…


   A czym jest ludzka wolność?

   Odpowiedź znajdujemy już u Arystotelesa. Dla Arystotelesa wolność jest własnością woli, która urzeczywistnia się przez prawdę. Nie ma wolności bez prawdy. Wolność jest kategorią etyczną. Tego uczy Arystoteles przede wszystkim w swojej „Etyce nikomachejskiej”. Ta naturalna etyka została w całości zaadoptowana przez św. Tomasza w jego „Sumie teologicznej”. Św. Tomasz zaakceptował w całej pełni arystotelesowski system cnót. Dobro, które staje przed ludzką wolnością jako zadanie do spełnienia, to jest właśnie dobro cnoty. Chodzi przede wszystkim o tak zwane cztery cnoty kardynalne: roztropność, sprawiedliwość, męstwo i wstrzemięźliwość. Roztropność ma znaczenie kierownicze. Sprawiedliwość warunkuje ład społeczny. Wstrzemięźliwość i męstwo determinują natomiast ład wewnętrzny w człowieku, określają bowiem to dobro, które pozostaje w relacji do ludzkiej popędliwości i pożądliwości: vis irascibilis – vis concupiscibilis. http://www.katedra.uksw.edu.pl/suma/suma10.htm
   (…) Św. Tomasz również wychodzi od doświadczenia moralności, ale szuka dla niego także świateł zawartych w Piśmie Świętym. Największym światłem jest przykazanie miłości Boga i bliźniego. W nim wolność ludzka znajduje najpełniejsze urzeczywistnienie. Wolność jest dla miłości. Spełnianie jej przez miłość może osiągać również stopień heroiczny. Chrystus mówi o „dawaniu życia” za brata, za drugą istotę ludzką. W dziejach chrześcijaństwa nie brakowało tych, którzy na różne sposoby „dawali życie” za bliźnich, a dawali je, aby naśladować Chrystusa. Było tak w przypadku męczenników chrześcijańskich, których świadectwo towarzyszy chrześcijaństwu od czasów apostolskich aż po nasze czasy.
  XX stulecie było wielkim wiekiem męczenników chrześcijańskich, i to zarówno w Kościele katolickim, jak i w innych Kościołach i Wspólnotach kościelnych (…).
Jeżeli wolność przestaje być związana z prawdą, a uzależnia prawdę od siebie, tworzy logiczne przesłanki, które mają szkodliwe konsekwencje moralne. Ich rozmiary są czasami nieobliczalne. W tym przypadku nadużycie wolności wywołuje reakcję, która przyjmuje postać takiego czy innego systemu totalitarnego. Jest to jedna z form zniszczenia wolności, której skutków doświadczyliśmy w wieku XX i nie tylko.

   Wrócę jeszcze do dwóch pojęć: ojczyzna i patriotyzm. Przeglądając strony internetowe dochodzę do wniosku, że źle pojmowane dobro jednostki, jak i całego narodu zapanowało w wielu kręgach. Górę biorą interesy ludzi rządzących, a dobro całego narodu spycha się konsekwentnie na dalsze pozycje. Jak więc w świetle takiego pogłębienia ojczyzny rozumieć należy patriotyzm?

   Jeśli pytamy o miejsce patriotyzmu w Dekalogu, to odpowiedź jest jednoznaczna: wchodzi on w zakres czwartego przykazania, które zobowiązuje nas, aby czcić ojca i matkę. (…) Mamy czcić rodziców, gdyż oni reprezentują wobec nas Boga Stwórcę. Dając nam życie, uczestniczą w tajemnicy stworzenia, a przez to zasługują na cześć podobną do tej, jaką oddajemy Bogu Stwórcy (…)
   Patriotyzm oznacza umiłowanie tego, co ojczyste: umiłowanie historii, tradycji, języka czy samego krajobrazu ojczystego. Jest to miłość, która obejmuje również dzieła rodaków i owoce ich geniuszu. Próbą dla tego umiłowania staje się każde zagrożenie tego dobra, jakim jest ojczyzna. Nasze dzieje uczą, że Polacy byli zawsze zdolni do wielkich ofiar dla zachowania tego dobra albo też jego odzyskania. (…)
   Ojczyzna jest dobrem wspólnym wszystkich obywateli i jako taka, jest też wielkim obowiązkiem (…)
   Wyraz „ojczyzna” łączy się z pojęciem i rzeczywistością ojca. Ojczyzna to jest poniekąd to samo co ojcowizna, czyli zasób dóbr, które otrzymaliśmy w dziedzictwie po ojcach. To znaczące, że wielokrotnie mówi się też: „ojczyzna-matka” (…)
   Wiadomo, że na wiek XIX przypadają szczytowe osiągnięcia kultury polskiej. W żadnym innym okresie naród polski nie wydał takich geniuszów pióra jak Adam Mickiewicz, Juliusz Słowacki, Zygmunt Krasiński czy Cyprian Norwid. Nigdy przedtem muzyka polska nie osiągnęła takich poziomów jak w twórczości Fryderyka Chopina, Stanisława Moniuszki i wielu innych kompozytorów, którzy to dziedzictwo przenieśli w przyszłość. To samo odnosi się do sztuk plastycznych, malarstwa czy rzeźb: XIX stulecie to wiek Jana Matejki i Artura Grottgera, a na początku wieku XX pojawia się Stanisław Wyspiański, niezwykły, wielostronny geniusz, czy też Jacek Malczewski i inni. Wiek XX to także wiek pionierski dla polskiego teatru: zapoczątkował go jeszcze Wojciech Bogusławski (…) Należy też stwierdzić, że ów rozwój kultury duchowej w XIX wieku przygotował Polaków do tego wielkiego wysiłku, który przyniósł narodowi odzyskanie niepodległości. Polska, skreślona z map Europy i świata, w roku 1918 zaistniała na nich z powrotem i od tego czasu istnieje na nich ciągle. Nie zdołało zniszczyć tej obecności nawet szaleństwo nienawiści, które wybuchło na Zachodzie i na Wschodzie w latach 1939-1945 (…)
   Ziemia odebrana narodowi przemocą staje się niejako głośnym wołaniem w kierunku „ducha” narodu. Duch narodu się budzi, żyje nowym życiem i z kolei walczy, aby były przywrócone ziemi jej prawa (…)
   Św. Paweł w Liście do Galatów mówi: „Gdy (…) nadeszła pełnia czasu, zesłał Bóg Syna swego, zrodzonego z niewiasty (…), byśmy mogli otrzymać przybrane synostwo. (…) A zatem nie jesteś już niewolnikiem, lecz synem. Jeżeli zaś synem, to i dziedzicem z woli Bożej” (Ga 4,4-7).

Mexico City - Guadalupe - pomnik JP II między Starą, a Nową Bazyliką

   „Pamięć i tożsamość” to niełatwa lektura, ale warta trudu przeczytania i przyswojenia sobie zapisanych w niej treści. Być może pozwoli lepiej zrozumieć człowieka w obliczu zła, szukającego swojej tożsamości w spotkaniu z Bogiem.
   Przytoczę jeszcze fragment z 13 części książki „Pojęcie narodu”, w której autor podkreśla, że:
Chrystus bowiem przyszedł na świat, ażeby przynieść zbawienie wszystkim ludziom. Kościół, Lud Boży zbudowany na Nowym Przymierzu, jest nowym Izraelem i jawi się jako ten, który posiada charakter uniwersalny: każdy naród ma takie samo prawo do obecności w nim.

   Polecam gorąco tę książkę, tym bardziej, że odpowiedzi na dręczące nas pytania udziela największy autorytet naszych czasów, papież Polak, który w obliczu zła nie stracił nadziei na to, że ostatecznie dobro zwycięży.
   Uczmy się, zatem od mistrzów !

niedziela, 28 sierpnia 2011

Obraz IX - Moje szczęśliwe lata.

CD

Droga mojemu sercu babcia, córka Jana i Katarzyny z Karabowiczów Kłusewiczów w wieku 33 lat wyszła za mąż po raz drugi za brata jej pierwszego męża. Pierwszy mąż babci zmarł, zostawiając na wychowanie cztery pasierbice i mojego niespełna rocznego ojca Władka. Z drugiego związku narodziło się jeszcze dwóch synów, którym nadano imiona Wacław i Walerian. Tak więc babcia zajęła się wychowaniem siedmiorga dzieci, dbając z jednakową troską o wszystkie. Pasierbice często dawały wyraz swojego przywiązania do mamy, lub naszej mamy - tak się do niej zwracały - odwiedzając ją,  kiedy były już na swoim w oddalonych o kilkanaście kilometrów wsiach, pokonując pieszo leśne ostępy.

Pradziadkowie: Katarzyna i Jan i moja babcia Maria.

Babcia Marysia często opowiadała o swojej mamie, a mojej prababce Katarzynie, wiejskiej znachorce, która leczyła ziołami, odbierała porody, opatrywała rany i skaleczenia, nastawiała zwichnięte stawy, jednym słowem niosła ludziom pierwszą pomoc, tak bardzo potrzebną w okolicznych wsiach z braku lekarza.
Babcia odziedziczyła po niej doskonałą znajomość ziół. W swojej domowej apteczce przechowywała  specyfiki na różne dolegliwości. Nie raz objaśniała mi działanie zasuszonych roślin.
Ostatniego dnia oktawy Bożego Ciała wychodziłam razem z nią do lasu po zioła na wianki. Wyposażone w wiklinowy kosz stąpałyśmy po ziemi nagrzanej słońcem, która uwalniała mnóstwo zapachów. Deptałyśmy różnobarwny miękki dywanik, słuchając jak przyjemnie szeleści pod nogami, jak się zapada i podnosi na nowo przy kolejnym przenoszeniu stóp. Radosne, jak mi się wydawało brzęczenie pszczół, mozolnie zbierających  nektar z kwiatów, uzupełniało obraz przesyconego najrozmaitszymi zapachami powietrza.
Kiedyś w rozprawie „O ogrodach” Francisa Bacona przeczytałam:
Bóg Wszechmogący pierwszy zasadził ogród. I rzeczywiście jest on najczystszą z ludzkich przyjemności. Stanowi najszybsze odświeżenie ducha człowieka. Oddech kwiatów jest dużo przyjemniejszy w powietrzu niż kwiat w ręku”.
Wdychałyśmy więc głęboko zapachy tajemniczego ogrodu rozprzestrzeniające się wokoło. Muskając delikatnie palcami kwiatowe kępki obserwowałyśmy jak reagują na dotyk. Pachniała macierzanka, wrotycz, rumianki, szałwia, ruta, lebiodka, kocimiętka, mięta, melisa, kocanki, koniczyna, w koszu przewieszonym na babcinym przedramieniu.

Moje wianki zawieszone pod sufitem.

 W domu, pomagałam segregować kwiaty i pleść wianki. Wydawało mi się, że było ich dużo, dwanaście albo i więcej jeżeli miały je nieść do kościoła na wieczorną mszę świętą nie tylko jedne ręce. Doskonale pamiętam jak wyglądały, jak dokładnie były posplatane, a nawet jak pachniały przed i po zasuszeniu, jak związane wstążeczką zawisły na tym samym gwoździu co święty obraz.
Podczas gwałtownych burz babcia podpalała garść suszonych ziół i okadzała mieszkanie, a kiedy pytałam dlaczego to robi, odpowiadała z uśmiechem, że chce złagodzić gniew św. Piotra, który pędzi po obłokach na swoim rumaku i rzuca pioruny na ziemię. Zaglądała przy tym głęboko w moje oczy obejmując czułym spojrzeniem, a ja z daleka patrzyłam w zamknięte okna w nadziei, że wypatrzę Świętego na białym koniu.
Nieraz wieczorami przyglądałam się tej drobnej szczupłej kobiecie, skupionej na modlitwie, albo z różańcem w rękach. Pamiętam także mały drewniany, przenośny ołtarzyk, taki fragment prezbiterium z rzeźbionymi balustradkami i malutką bramką po środku, którą otwieraliśmy lub zamykaliśmy w zależności od potrzeby. Siadaliśmy z braćmi w cieple kaflowego pieca w zimowe wieczory i słuchaliśmy z uwagą naszej babuni, która tłumaczyła nam przebieg liturgii. Starszy brat był już chyba wtedy ministrantem. Czasami kłóciliśmy się między sobą, kto tym razem będzie przenosił monstrancję z tabernakulum  na małą mensę przykrytą miniaturową serwetką. Ciekawa jestem co się stało z tą tak ważną pomocą dydaktyczną, która w prosty sposób pozwalała nam zrozumieć i przyswoić wszystkie części mszy świętej.

Ja i mój brat - dom od strony lasu.

Moja droga babcia zamieszkała z nami na stałe w 1958 roku, kiedy to przeprowadziliśmy się do naszego nowego domu przy ulicy Kościelnej. Jej najmłodszy syn Walerian pracował w Supraślu i po jakimś czasie przeniósł swój dom z Zasad do Grabówki. Na gospodarstwie został średni z braci Wacław z żoną Marią i trójką swoich pociech, a także ojczym mojego taty Konstanty.

Mama, dziadek Konstanty i babcia.

 Często, w czasie wakacji wyjeżdżałam na wieś do stryjostwa. Chłonęłam rytm życia na wsi całą sobą. Praca w gospodarstwie zaczynała się skoro świt i przez cały dzień każdy uwijał się jak mrówka. Wczesnym rankiem wyganiano z obór i zagród zwierzęta; krowy i owce na pastwiska, a świnie, kury, gęsi na wielkie gospodarskie podwórko. Mężczyźni wychodzili w pole, a kobiety krzątały się koło domu, przygotowywały posiłki, karmiły inwentarz…
Raz w tygodniu było pieczenie chleba. Na środku kuchni stała wielka drewniana dzieża, w której stryjenka miesiła ciasto z zakwasem, a potem pozostawiała je do wyrośnięcia w prostokątnych foremkach. Wielki piec chlebowy rozpalano znacznie wcześniej w celu uzyskania odpowiedniej temperatury i utrzymania jej przez cały czas pieczenia dużych, może dwukilogramowych bochenków. Dom pachniał z daleka. Stryjenka ubijała masło w drewnianej maselnicy, potem wyjmowała całą tę śmietanową masę i formowała podłużne, zaokrąglone gomółki maślane. Rzucaliśmy się na świeżo upieczony, ale schłodzony chleb, smarowaliśmy masłem, popijaliśmy mlekiem. Wspaniałe jedzenie!
Nie było w tym czasie lodówek tylko spiżarnie, w których dojrzewały wysolone szynki, na półkach leżały białe sery, w naczyniach z wodą gomółki masła, jaja, weki i inne pyszności. Las dostarczał grzybów i jagód. Nie zapomnę zapachu smażonych poziomek, gotowanej czarnej i czerwonej borówki, zapachu grzybów prawdziwych, nanizanych na nitki i zawieszonych nad piecem pod dużym białym okapem, przyozdobionym wykrochmaloną firaneczką z haftem richelieu…
Po latach, kiedy prowadziłam już swoje własne gospodarstwo domowe, dbałam o to, żeby i w mojej spiżarni nie zabrakło tych jakże licznych darów natury.
Czasami wychodziłam ze wszystkimi w pole i podglądałam przyrodę. Bałam się zwierząt i nie podchodziłam do nich. Ptactwa domowego też unikałam. Gęsi nie lubiły obcych i jak tylko ktoś się zbliżał do stada, od razu biegły naprzeciw hałasując przeraźliwie i szczypiąc za łydki tych, którzy w porę nie zdążyli uciec. Wiejskie dzieciaki nie bały się ptaków, specjalnie je zaczepiały i ze śmiechem uciekały. Ja wolałam omijać je wielkim łukiem.

Żniwa. Z synem Wojciechem w Kundziczach.

 Za stodołami dojrzewały zboża. Biegałam wąskimi miedzami nad rzekę i brodziłam w płytkich wodach zimnej Supraślanki, podczas gdy starsi przewracali siano i formowali stogi.
Pamiętam, że jedną z wiejskich atrakcji był powrót do wsi furą załadowaną wysoko, pachnącym sianem. Wracałam kiedyś taką właśnie furą do wsi. Miałam może sześć, albo siedem lat. Na górze, oprócz mnie, siedziała starsza o rok siostra stryjeczna i może wówczas czteroletni brat stryjeczny. Wszyscy mruczeli pod nosem, że wóz jest krzywo załadowany, ale każdy miał nadzieję, że dojedzie na miejsce bezpiecznie. Niestety przy wjeździe do wsi na dość ostrym zakręcie wóz się wywrócił, przysypując sianem małego Andrzeja. Mnie i kuzynce udało się jakoś zeskoczyć bezpiecznie, ale niestety w rosnące na poboczu pokrzywy. Na wszystkich odkrytych częściach ciała pojawiać się zaczęły czerwone piekące bąble. Krzyczałyśmy, kręcąc się w kółko i drapałyśmy swędzące plamy. Nikt nie zwracał na nas uwagi. Dorośli natychmiast zaczęli rozgrzebywać siano w poszukiwaniu zagubionego dziecka. Dopiero po pewnym czasie zdałyśmy sobie sprawę z powagi sytuacji. Stryjenka zrozpaczona wołała:
- Szybciej, szybciej, dziecko się zadusi.
Rzuciłyśmy się na pomoc. Nie wiem jak długo trwała akcja poszukiwawcza, w każdym bądź razie odnaleźliśmy żywego Andrzeja. Oddychał, ale był w szoku. Często potem zająkiwał się, a stryjenka twierdziła, że przyczyną tego stanu rzeczy był właśnie ten wypadek.


Wieczorami zapalano lampy naftowe i przy słabym świetle prowadzano życie rodzinne i towarzyskie. Czasami ktoś zapukał do drzwi i zostawał jakiś czas w izbie.
Rytm życia na wsi wyznaczały także niedziele i święta. Ograniczano się wtedy tylko do czynności koniecznych, czyli karmienia inwentarza. Kościoły były daleko, więc nie zawsze ludność wiejska mogła pojechać na mszę. Jednak we wszystkie ważne święta zaprzęgano konia i zajeżdżano do Supraśla, a po obrządkach religijnych spotykano się przy stole na rodzinnym obiedzie.
Każdego roku na Świętą Annę, stryjostwo wyjeżdżało do Królowego Mostu na odpust. Raz jeden zabrano i mnie. W przeddzień stryjenka szykowała świąteczne ubrania. Przyglądałam się uważnie wszystkim tym czynnościom, szczególnie prasowaniu żelazkiem na węgle i nie mogłam się nadziwić, jak to ciężkie, rdzawe urządzenie gładzi białe sukienki i koszule nie brudząc ich…

To ja i mój tata.

Do tej zagubionej w puszczy wsi przywoził mnie leśnymi ścieżkami tata. Jeździł motorem po piaszczystych, pełnych wystających korzeni drogach z młodzieńczą fantazją. Nie była to bezpieczna podróż. Zarzucało jednośladem na prawo i lewo, podskakiwałam wysoko na większych nierównościach i opadałam krzywo na siedzenie motocykla. Ojciec nie przejmował się tym, że może mnie zgubić.

Mój ojciec i jego pojazd.

On jechał, a ja musiałam sama troszczyć się o siebie. Zdarzyło się kiedyś, że tuż przy wyjeździe z lasu, obok krzyża dopadł mojej prawej nogi pies. Dziura po ugryzieniu krwawiła, a mój tata udawał, że się nic nie stało. Podobnie było z moją mamą, kiedy to nierozważnie zdjęła nogę z podnóżka przy tym jak niespodziewanie zarzuciło tylnym kołem, a motor przechylił się na bok. Metalowy podnóżek wbił się głęboko w łydkę, nie uszkadzając na szczęście kości. Blizna mojej mamy była znacznie większa. Tym razem ojciec przestraszył się na dobre. Po tym zdarzeniu, podnóżki zabezpieczano gumowymi nakładkami.

CDN

czwartek, 25 sierpnia 2011

OBRAZ VIII - Korzenie, czyli trochę historii.

CD

Przy okazji przeglądania kroniki parafialnej, natrafiłam na kilka innych ciekawostek, które spisał oddany parafii supraskiej ksiądz proboszcz Otton Sidorowicz. Zapiski pochodzą z jego notesu, które dokładnie zostały przepisane do kroniki przez księdza Stanisława Bójnowskiego:

Księża S. Bójnowski, O. Sidorowicz

 „Supraśl jako osada - pustelnia pojawia się W 1499 lub 1500 roku.
Bazylianie z sąsiedniego Gródka Chodkiewiczowskiego zakładają ją w puszczy Błędowskiej. Dzieje tego opactwa sławnego na pustelni kilka wieków jest znane.
W 1834 roku miasta jeszcze nie było tylko około klasztoru skupionych było 80 osób służby klasztornej.
W roku 1835 Wilhelm Zachert zakłada fabrykę sukna i daje początek dzisiejszemu miastu.
(…) W roku 1849 otrzymano od ministerstwa pozwolenie na budowę kościoła. W 1850 utworzona została kaplica w domu prywatnym z pokoju dla księdza.
Pierwszy kapelan ks. Franciszek Wojtkiewicz nabożeństwo dodatkowe odprawia w języku niemieckim i polskim.
Dnia 13 września 1853 roku wierni skarżą się przed Biskupem, że księża dojeżdżają z Białegostoku nie znają języka niemieckiego, że przyjeżdżają zaledwie kilka razy w roku (…)
Dnia 23 lutego 1854 roku nadszedł ukaz zarządzenie nr 1398 Konsystorza Wileńskiego, które powiada, że dnia 8 września 1853 roku wpłynęło do J. Eks. Biskupa Wileńskiego podanie mieszkańców Supraskich wyznania rzymsko- katolickiego z prośbą o stałego księdza rezydującego w Supraślu ze znajomością języka niemieckiego (…)
W 1859 roku został zatwierdzony przez władze gubernialne plan kościoła sporządzony przez geodetę z Białegostoku, Globowa.
W roku 1861 rozpoczęto budowę kościoła, a w roku 1863 kościół został zbudowany ze składek ludności miejscowej i okolicznych wsi.
W 1865 roku dnia 18 listopada wierni Supraśla składają podanie z prośbą o pozwolenie na wyświęcenie kościoła.
W roku 1867 wypełniają się starania na prośbę ambasadora niemieckiego i austriackiego. Otrzymano od rządu rosyjskiego pozwolenie, z zastrzeżeniem, że ksiądz Polak ani język polski nie będą dopuszczone do liturgii kościelnej w Supraślu.
Dnia 1 maja 1865 roku przyjeżdża do Supraśla ksiądz Gustaw Baijen z diecezji Kolońskiej z parafii Kirchberg mający lat 31 urodzony w Wiersen w Nadrenii.
Omówiono warunki wynagrodzenia:
  1. Zwrot kosztów podróży II klasy pociągiem
  2. 300 rubli płatne rocznie
  3. Opłata za posługi religijne + mieszkanie
Umowa zawarta na trzy lata.
Ksiądz Baijen obejmuje duszpasterstwo, poświęca kościół, spełnia obowiązki jako filialista parafii białostockiej z prawami administratora. Odznacza się gorliwością, katechizuje dzieci, sprawuje sakramenty święte w języku niemieckim.
W tych czasach dzieci znały język niemiecki i dlatego pierwszy proboszcz Supraśla miał pracę ułatwioną. Z powodu tego, że ludność wiejska nie znała języka niemieckiego, więc proboszcz musiał uczyć się języka polskiego i pod koniec swego pobytu w Supraślu spowiadał już w języku polskim.
Wiosną 1869 został aresztowany i pod eskortą Kozaków wywieziony z Supraśla, a gdy mieszkańcy niepokoili się, zapewniał, że powróci. Pozostał jednak w Kirchberg, zachorował na ospę i zakończył życie.
Przez lat 50 – do wskrzeszenia Polski proboszczowie w Supraślu zmieniali się często, co trzy lata. Powodem tego była obecność klasztoru rosyjskiego. Opat był rusyfikatorem naczelnym, miał do pomocy mnichów i drukarnię.
W 1902 roku młody energiczny proboszcz ksiądz Władysław Łuchtanowicz przystępuje do rozszerzenia kościoła dobudowując przedsionek, wieżę, chór, absydę i dwie zakrystie.
Przez tę budowę świątynia zyskała wygląd obecnej świątyni, zamiast dotychczasowej Kaplicy.
Wojna światowa pierwsza szkód kościołowi nie wyrządziła. Dzwony wprawdzie zostały wywiezione do Rosji, lecz wróciły w roku 1923.
Około roku 1910 filia Supraśl została powiększona przez przyłączenie kilku osiedli: Międzyrzecza, Sokołdy, Surażkowa i innych małych osiedli rozrzuconych wśród lasów.
W 1870 roku filia liczyła 1200 dusz, a już w 1920 roku było 1900 wiernych. Parafia Supraska w stanie obecnym jest rozległa terytorialnie przez swoje położenie wśród lasów.

Ks. Otton Sidorowicz

Po rozbiorze Polski i zagarnięciu opactwa Supraskiego przez schizmatyków stał się Supraśl ośrodkiem propagandy rosyjsko – schizmatycznej. W drukarni klasztornej tłoczono masowo ulotki i książki wrogie Polsce i Kościołowi. Miejscowa ludność katolicka pozostała jednak wierna Kościołowi i Ojczyźnie. Sytuacja proboszcza miejscowego była trudna, niechęć opata miejscowego wystarczyła do usunięcia go z probostwa. 

 Biskup Edward Ropp - 1905

W roku 1905 odbyła się pierwsza wizytacja biskupa dokonana przez J. E. Biskupa Edwarda Roppa, dnia 20 września. Druga wizytacja odbyła się w dniach 18-19 sierpnia 1921 przez Biskupa Jerzego Matulewicza. Te wizytacje wzmocniły duchowo parafian i dały nadzieję lepszej przyszłości.
 Ciężkie lata przeżywał Supraśl i wierni w czasie pierwszej wojny światowej. Głód dokuczał bardzo. Wierni musieli chodzić pieszo do dalekich wsi szukając żywności. Ludność odżywiała się przeważnie kartoflami, lecz i te były często odbierane przez Niemców w przejściu przez rzekę.
W 1918 roku odrodzenie Polski. Patriotyczna młodzież robotnicza tłumnie ruszyła do wojska polskiego jako ochotnicy (70 osób).
W 1936 roku osiedlili się Księża Salezjanie i zorganizowali Dom Dziecka. Tytułem dzierżawy długoletniej otrzymali klasztor pobazyliański z kościołem zabytkowym, z 4 ha plus 15 ha jako beneficium.
W 1939 roku wybuchła druga wojna światowa. W czasie niej zginęło dużo parafian.
Wojska sowieckie opuszczając w 1941 roku Polskę zostawiły w całości zasoby wojskowe żywności i to stało się wielkim zasiłkiem dla mieszkańców Supraśla.
W 1940 roku zostało zniszczone wnętrze kościoła zabytkowego bazyliki: jak malowidła, rzeźby, posadzka marmurowa, część dachu.
Dnia 23 lipca 1944 roku rano o godzinie 7 kościół został zburzony przez Niemców, wysadzony w powietrze. W tym też roku zburzone zostały fabryki tekstylne.
Dnia 1 stycznia 1943 roku w pełni księżyca, po zachodzie słońca, ukazał się na  księżycu równoramienny krzyż. Widziano go przez całą godzinę wychodząc z kościoła po nieszporach.
Po opuszczeniu przez wojska sowieckie ludność energicznie wzięła się do leczenia ran gospodarczych i moralnych zadanych prze wojnę”.


Zaciekawił mnie ten wpis, bo obejmuje w dużym skrócie czasy przed moim przyjściem na świat.
Ksiądz Otton Sidorowicz, człowiek wielkiego serca, skromny, niósł pomoc każdemu, kto jej potrzebował, bezgranicznie oddany parafii supraskiej zasłużył na swoją ulicę. Jego imieniem nazwano tę biegnącą za kościołem Świętej Trójcy, łączącą ulice Kościelną i Juliusza Słowackiego i równoległą do  ul. Józefa Piłsudskiego, tej głównej, którą wjeżdża się do centrum miasta, przejeżdżając przed głównym wejściem do świątyni. Wracając do wpisu w kronice przypomina mi się moja ukochana babcia,


Modlitewnik mojej babci Marii

która opowiadała o swoim ojcu, że nigdy nie poddał się rusyfikacji, bojkotował szkoły rosyjskie i sam uczył wszystkie swoje dzieci języka polskiego, czytania i pisania, mając do dyspozycji jedynie modlitewniki.

Zbiór pieśni i psalmów

Pisząc o tym mam przed sobą dwa takie uniwersalne zbiory modlitw w grubych tekturowych okładkach. Jeden z nich dodatkowo oprawiony jest w skórę, gdzie na przedzie wytłoczono monstrancję, a z tyłu krzyż. Te zbiory litanii, psalmów, officium, pieśni, koronek, nowenn, modlitw liczą sobie około dwustu lat, a jego pożółkłe kartki łamią się i kruszą przy kolejnym ich przewracaniu.

CDN

środa, 24 sierpnia 2011

OBRAZ VII - Pomnik Tysiąclecia kontra Sacrum Millenium

CD

   W 1962 roku otwarta została nowa szkoła podstawowa tzw. Szkoła Pomnik Tysiąclecia Państwa Polskiego Nr 506 im. Walerego Wróblewskiego. Hasło budowy „tysiąca szkół na Tysiąclecie Państwa Polskiego” rzucił Władysław Gomułka, we wrześniu 1958 roku, w związku z potrzebami szkolnictwa, wynikającymi z wchodzenia w wiek szkolny wyżu demograficznego lat 50 XX w. Była to także sprawna akcja propagandowa, która miała przesłonić uroczystości religijne związane z przygotowaniami Kościoła do obchodów milenijnych, Tysiąclecia Chrztu Polski.

Szkoła Pomnik Tysiąclecia Państwa Polskiego - zdjęcie z 1967 r.

  "Sacrum Millennium Poloniae" rozpoczęły się w katedrze gnieźnieńskiej, a centralne uroczystości miały miejsce na Jasnej Górze, potem przeniosły się do innych miast, między innymi do Białegostoku, a także Supraśla.
   W tym samym 1962 roku, w którym oddano do użytku nową tysiąclatkę, kościół supraski obchodził swoje stulecie. Z tej okazji w dniach 10 -17 maja odbyły się Misje Święte.
   Zajrzałam do kroniki parafialnej, którą prowadził ks. Stanisław Bójnowski, żeby odnaleźć notatkę z tych wydarzeń. Pamiętam, że były to ważne chwile w moim życiu. Byłam wówczas uczennicą klasy drugiej szkoły podstawowej i razem z innymi dziećmi rysowałam laurki, na których każde dziecko wpisywało jakąś treść. Jaką? Nie pamiętam. Wszyscy zamykali swoje prace w szklanych butelkach i wrzucali do dołu wykopanego pod krzyż misyjny. Do dziś intryguje mnie zawartość mojej butelki...
 
Ksiądz Bójnowski w kronice parafialnej tak o tym wydarzeniu pisał: 
   „Po przygotowaniu całości i wyjaśnieniu czym są misje święte w życiu chrześcijanina, w sobotę przed uroczystością Zielonych Świąt radosne głosy dzwonów ogłosiły całej parafii rozpoczęcie Misji Świętych.
   Przed kościołem wspólnie z parafianami powitałem dwóch misjonarzy ze Zgromadzenia Księży Salezjanów.
   Przez cały tydzień głoszono codziennie po cztery kazania: stanowe do matek i ojców, ogólne, i do młodzieży.
   Wierni chętnie słuchali Słowa Bożego, spowiadali się i przyjmowali Komunię Świętą.
   Po tygodniu przygotowań, na zakończenie uroczystości, przybył ks. Biskup Suszyński i ksiądz Prałat Adam Sawicki oraz grono księży Profesorów Seminarium Duchownego.
   Wzruszająca była chwila, gdy mężczyźni wzięli w swoje ręce Krzyż Misyjny nieśli w procesji i wkopali przed Świętą Trójcą, gdzie stać będzie długie lata”.

   Dzisiaj w tym miejscu nie ma już krzyża, po przeciwnej stronie wmurowano inny także misyjny.


Ks. Stanisław Bójnowski


 Zdjęcie projektu portretu księdza Stanisława Bójnowskiego do epitafium poświęconego jego pamięci wykonanego przez Jadwigę Szczykowską-Załęską, z napisem:
                          30 lat pracy duszpasterskiej
                             Ks. Stanisław Bójnowski
                                ur 1919r  zm 1991r
          Proboszcz parafii Św. Trójcy w latach 1960 - 1990
                        Duszpasterzowi wielkiego serca
                         i codziennej troski o Dom Boży
                                                          wdzięczni parafianie 


CDN























wtorek, 23 sierpnia 2011

Wakacyjne spotkania.



   Czy zastanawialiście się kiedyś, jakie przeżycia, zapisane w pamięci, najczęściej wspominacie?
   Ja, najczęściej wracam pamięcią do wspomnień, tych najpiękniejszych, dzięki którym kwitnie we mnie radość życia. Nie wiem jak Wy, ale ja często uśmiecham się sama do siebie, ba, zdarza mi się nawet wybuchnąć głośnym chi, chi…, kiedy ni stąd ni zowąd przypomni mi się coś przyjemnego…
   Jakże smutne byłoby życie bez przyjaciół, bez tego teatru charakterystycznych postaci.

Sztuka "Przyjazne dusze" na deskach białostockiego teatru.
   
   Nie wiem jak Wy, ale ja lubię czasami zagrać rolę pierwszoplanową, której tak naprawdę, uczę się całe życie, grając przeważnie te drugoplanowe, albo ograniczając się jedynie do roli obserwatora…
    
   Ostatnie dni obfitowały w różnego rodzaju uroczystości i imprezy, spotkania z przyjaciółmi, którzy mieszkają gdzieś w pobliżu, bądź też zjeżdżają na wakacje z różnych zakątków Polski, czy też z zagranicy. 

Męska pogawędka na tarasie. Tędy schodzi się do ogrodu.
    
   Dzisiaj wracam pamięcią do sobotniego spotkania - imieninowej imprezy Marianny i niedzielnego ogniska - które miało miejsce, ośmielę się napisać, w dziewiczych łąkach, na skraju lasu. 

Marianna z Boniusiem
    
   Moja przyjaciółka, z którą często podróżuję, obchodzi imieniny 15 sierpnia, w Święto Matki Boskiej Zielnej. Tegoż dnia, z samego rana zadzwoniłam z życzeniami. Recytowałam do słuchawki wszystko to, co charakteryzuje tę barwną postać, życząc tego, o czym marzy, kiedy w pewnym momencie solenizantka powiedziała: "Proszę, napisz mi to i wyślij mailem". 

Okładka laurki.
   
   Obiecałam, że napiszę, ale nie dzisiaj, tylko w sobotę i odczytam je jeszcze raz podczas naszego imieninowego spotkania, które miało mieć miejsce w na nowo przebudowanym ogrodzie, z oficjalnym jego otwarciem tego dnia…

  W sobotnie przedpołudnie zaczęłam redagować życzenia i zastanawiać się nad szatą graficzną laurki. Nie chciałam, żeby to była tylko kartka z wydrukowanym tekstem i tak oto powstała moja pierwsza autorska karta z życzeniami. Zawsze to ja, w imieniu wszystkich gości, redagowałam życzenia przyjaciołom wypisując je na pierwszej stronie „Najmniejszej książeczki nasuwającej piękne myśli i szlachetne uczucia, więcej wartej od wszystkich zakurzonych ksiąg mądrości i traktatów naukowych” /Anatol France/ z serii „Perełek”.
   Przyznam, że mój nowy pomysł podobał się. 

Przyjęcie imieninowe przeniesione zostało do "Trio".
   
   Po upalnym piątku i trzydziestostopniowej temperaturze powietrza przyszła zimna sobota z deszczem. I choć po południu rozpogodziło się, to temperatura powietrza nie przekraczała piętnastu stopni. Koszmarne lato. „Czasem słońce, czasem deszcz”, jak w tytule bollywodzkiego filmu. No cóż, impreza została dosłownie przewieziona do „Trio”, skąd pochodziły dania na tę okazję. Nie mniej jednak goście zbierali się w ogrodzie, podziwiając dzieło Marianny, popijając schłodzonego szampana Moët & Chandon Brut Impérial, przechowywanego specjalnie na tę okazję. Smak trunku cofnął mnie na chwilę do Francji, tej z lat 1981-1985, kiedy to pierwszy raz skosztowałam tego wykwintnego napoju.
    
   Szampan rozgrzał, przynajmniej moje, nieco zziębnięte ręce, a gości zatrzymał na kilkadziesiąt minut w ogrodzie, po czym przenieśliśmy się do „Trio”. Rozmawialiśmy, wznosiliśmy toasty na cześć Marianny, śpiewaliśmy różne wersje sto lat, a Ela przypomniała nam trzy zwrotki swojego autorskiego tekstu, z przed roku, który na tę okazję miał być przez nią wydrukowany, ale nie był, więc śpiewaliśmy tylko refren, który dobrze znaliśmy.

Sto lat, sto lat i jeszcze raz sto, sto lat niesiemy Ci w darze...
   
   Rozprawiłam o literaturze z Anią, sąsiadką z prawej i miętosiłam rękę mojego nieco znudzonego męża z lewej,bo przecież, to on był kierowcą tego dnia. Do domu wróciliśmy parę minut przed północą....
  
    
   
   Niedzielny ranek zapowiadał dobrą pogodę bez deszczu. Rozpogadzało się, temperatura rosła, zwiastując przyjemne ciepłe popołudnie…
    
Janusz w towarzystwie młodzieży.
   
   Około godziny piętnastej dzieci, młodzież i my nieco starsi, miłośnicy muzyki, fani JF studia http://www.jfstudio.exxl.pl/, zajechaliśmy na dziewicze tereny posiadłości Krzysia, z różnymi łakociami w koszykach, którymi zastawiliśmy drewniany stół pod dachem na zielonej łące…
  
Jedziemy po suche gałęzie do lasu.

   Pamiętacie te roladki z boczku, z przepysznym nadzieniem w środku, które panoszyły się na owalnym półmisku, udekorowanym ćwiartkami malutkich ogórków i pomidorów, na których złocił się żółty zapiekany ser, albo tę przepyszną szarlotkę, delicje przygotowane przez mamę Kamila? A te warzywa w marynacie? A te sałatki z surowych jarzyn, warzyw i owoców? A te plasterki delikatnie podsuszonej kiełbasy? A te kiełbaski pieczone w ognisku? Pamiętacie? 

Ładujemy chrust na wóz. Emilka robi mi zdjęcie...
   
   Na samo wspomnienie twarz moja promienieje, tak jakbym jeszcze stała tam, w środku zielonego oceanu traw, przy skwierczących w ogniu suchych gałęziach, zebranych w pobliskim lesie, przyciągniętych dziwacznie pomrukującym, starym traktorem, z doczepionym wozem na gumowych kołach, wyłożonym dokładnie zheblowanymi deskami…
  
Przejażdżka starym traktorem...

Panny:  Magda, Edyta, Agnieszka, Emilia i Marysieńka.
   
   Piękna, malownicza łąka na skraju lasu, ze stawem, którego brzegi porasta tatarak wkrótce stała się miejscem zabawy dzieci, młodzieży i nas nieco starszych. 

Kamil i Jakub puszczają wodze fantazji...
    
   Najwięcej przyjemności, Kamilowi i Jakubowi, sprawiła ciepła woda w stawie. Wystarczyła deska surfingowa i wiosło, ażeby puścić wodze fantazji. 
   
Jakub, Ela, Bartek i Marysia.
   
   Bartek i Marysia szaleli z radości obserwując z brzegu kąpiących się w jeansach chłopaków, których mokre plecy upstrzyły wkrótce czerwone plamki, znaki po ukąszeniu komarów. 

Krzysztof utrzymał się na desce...
   
   Krzysztof także dał popis swoich umiejętności pływania na desce, jednak bez wpadnięcia do wody. 

   Piłka, choć do kopania, zebrała kilka osób chętnych do jej odbijania. Dzieci Janusza, choć bez Janusza, który wszystkiemu przyglądał się z daleka, dzielnie biegały za piłką próbując ją przechwycić i rzucić do mamusi. Śmiechu było, co nie miara, bo twarda, jak kamień kula nie zawsze leciała w zamierzonym kierunku…

Ja nie śpiewam, ja tu tylko gram.

Solo Janka.

Solo Wojtka.

Krzyś i Joasia śpiewają w duecie.








Ensemble

   Tymczasem Krzyś przygotowywał sprzęt, do karaoke. Po chwili śpiewaliśmy piosenki, śledząc przepływające po małym ekranie komputera teksty. Doskonała rozrywka, występy solo, w duecie, ensemble, przyjemny wieczór w gronie tych, co kochają muzykę, tajemniczą przyrodę, zapach wilgotnej łąki o zachodzie słońca i rozgwieżdżone niebo…

   Tak, tak, jak to zwykłam pisać, kończą się wakacje, okres beztroski, późne wstawania po długim biesiadowaniu, czasami do świtu, spotkania z przyjaciółmi, na których rodziły się nowe pomysły na przyszłość…
   Kolejne obrazy, zapisane w pamięci i przechowywane tam, tak jak weki w piwnicy z przetworami z owoców i warzyw, jako zapasy na długie zimowe wieczory, rozgrzewające wspomnienie lata...

środa, 17 sierpnia 2011

Święto Matki Boskiej Zielnej

Poranek 15 sierpnia - część górna mojego ogrodu

    Kilka dni temu, dzięki mojej przyjaciółce, Barbarze, pseudonim Anhelli, trafiłam na stronę autorską pana profesora Piotra Jaroszyńskiego  http://www.piotrjaroszynski.pl/ . Przyznam, że z wielkim zainteresowaniem przejrzałam jego wpisy, a także profil na Facebooku. Znalazłam tam wiele ciekawych materiałów: felietonów, wywiadów, publikacji, filmów, cały dorobek naukowy profesora Piotra Jaroszyńskiego, filozofa, pracownika naukowego Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego…
Zwróciłam uwagę na kilka jego wpisów:
   Między innymi profesor pisze o sobie:
   Czy można iść na filozofię nie mając zamiłowania do czytania, analizowania, słuchania ludzi mądrzejszych od siebie lub bez otwarcia się na myśl, która pomaga poznać prawdę, wcale niełatwą, ale jakże ważną?

W moim ogrodzie o poranku

    Zainteresowały mnie także noty do jego książek publicystycznych, a mianowicie:
   Osacza nas permanentna rewolucja kulturowa, która bazuje na ciągłym wprowadzaniu zamętu ideowego i pojęciowego w najważniejszych dziedzinach życia takich jak edukacja, polityka, sztuka, religia, nauka, media. Czujemy się coraz bardziej zagubieni. Dlatego warto przywrócić znaczenie słowom i ideom, które od wieków, od tysiącleci stanowią podstawę tożsamości naszej cywilizacji, tej cywilizacji, w której spotyka się Objawienie z geniuszem greckim i rzymskim, a która jest także dziedzictwem i wyzwaniem dla kultury polskiej, również w czasach współczesnych.


Moje kwiaty, zioła i owoce zebrane rankiem na Święto Maryjne

    Dla współczesnego Polaka poszukiwanie własnej tożsamości biegnie poprzez odniesienia geograficzne, historyczne i cywilizacyjne. Jesteśmy Polakami dzięki polskiej kulturze, ale ta kultura ma swoje głębsze korzenie w Grecji i w Rzymie, w Antyku i w chrześcijaństwie. Jesteśmy chrześcijanami, potrzebujemy wiary, ale potrzebujemy też rozumu, wiedzy, inteligencji. Musimy łączyć wiarę z rozumem, a także z działaniem.

   Przedmiotem nadziei jest dobro trudne - bonum arduum. Dobro, jakim jest nasza Ojczyzna, jest trudnym dobrem. Kto szuka łatwych przyjemności i szybkiego spełnienia marzeń, trafił na niewłaściwą drogę. Kto się poddał i zwątpił, niech uważa, bo Ojczyzna stoi na straży naszej godności, a mamy więcej do stracenia, niż nam się wydaje. Potrzeba nam więc rozumu i męstwa, w tym dziś wyrażać się ma nasz patriotyzm, pełen dojrzałej i koniecznej nadziei.

   Sami dla siebie nie możemy być wzorem, nie mogą to też być ludzie przypadkowi i nieznani lub znani tylko bardzo powierzchownie, a takimi są najczęściej właśnie postacie medialne, lansowane doraźnie na użytek biznesu lub polityki. To nie są dobre wzory. My potrzebujemy prawdziwych mistrzów, którzy swoim życiem, przykładem, postawą, myślą, a gdy trzeba, to i ofiarą, sprawdzili się, odsłonili swoje wnętrze, potwierdzili swą szczerość i wielkość. Takich mistrzów kultura polska i historia Kościoła dostarcza nam w obfitości. Do nich trzeba wracać

   Dlaczego o tym piszę?
Święto Matki Boskiej Zielnej, skłania ku pewnym refleksjom, stąd też moje poszukiwania czegoś mądrego, dojrzałego, co zrodzić się mogło po wielu latach badań, obserwacji, poznawania człowieka, studiowania historii, zgłębiania wiedzy, …

Kościół pw NMP Królowej Polski w Supraślu - 15.08.2011

   15 sierpnia jest nie tylko Świętem Kościelnym - Wniebowzięcia Maryi Panny i Matki Boskiej Zielnej, jest także Świętem Państwowym - Świętem Wojska Polskiego, związanym z rocznicą Cudu Nad Wisłą.

Przed Kościołem Polskim w Paryżu - 3.05.1982

    Kiedy sięgam pamięcią do lat mojego dziecięctwa, czy też tych młodzieńczych, widzę tłumy zgromadzone tego dnia w kościele. Wtedy to, o tym ważnym wydarzeniu historycznym nie wspominano, nie mówiono o nim w szkołach, a ja sama, historię, tę prawdziwą, zaczęłam poznawać na emigracji w Paryżu w 1981 roku. Tam też uczestniczyłam we wszystkich ważnych uroczystościach państwowych i kościelnych, które z wielkim pietyzmem przygotowywano i obchodzono w Kościele Polskim pod wezwaniem Wniebowzięcia NMP przy 263 bis, rue Saint – Honore, który to od 1844 roku pełnił rolę głównej świątyni polskiej. To właśnie tam, po raz pierwszy brałam udział we mszy świętej z udziałem licznych organizacji posiadających swoje własne sztandary, eksponowane z dumą i uczuciem wielkiego patriotyzmu podczas zakazanych w Polsce świąt, a tam obchodzonych z tak wielkim umiłowaniem ojczyzny.

Przed Kościołem Polskim w Paryżu - sierpień 2010

   Dzisiaj, kiedy słowo demokracja, często jest nadużywane i nie zawsze dobrze rozumiane, kiedy możemy manifestować swoje uczucia patriotyczne to tego nie robimy, kiedy kilka razy w roku możemy przyozdobić biało – czerwoną flagą nasze domy, to co widzimy na naszych ulicach…? W moim sąsiedztwie z rzadka łopocą sztandary…

   Tradycje, obyczaje, zwyczaje, to przecież my sami, bez tego życie jest puste, dzień podobny do dnia, siedem dni pracy, narzekania, mordęgi, brak odpoczynku, brak wiary, brak Boga!
    Wracajmy do mistrzów, których kultura polska i historia Kościoła dostarcza w obfitości, bierzmy z nich przykład, słuchajmy słów prawdziwych…

   Cenię sobie dobre słowo i lubię słuchać…


Ksiądz Rafał

    Ksiądz Rafał, były wikariusz parafii, przebywający w Supraślu na urlopie, na okazję uroczystości 15 sierpnia wygłosił homilię, której nie sposób nie zapamiętać. Zręcznie połączył treść dotyczącą Święta Maryjnego z historią, przytaczając opisy i znaczenie dla chrześcijaństwa trzech bitew:
   - Pierwsza z nich, bitwa po Lepanto, kiedy to, 7 października 1571 roku, muzułmanie pod dowództwem Ali Paszy najechali na Cypr. W obronie stanęła Liga Święta. Zwycięstwo chrześcijan w bitwie pod Lepanto papież Pius V przypisał wstawiennictwu Najświętszej Maryi Panny i dzień 7 października ogłosił świętem Matki Boskiej Zwycięskiej zmienionym rok później przez jego następcę, papieża Grzegorza XIII, na święto Matki Boskiej Różańcowej…
   - Druga bitwa, to ta stoczona w 1683 roku pod Wiedniem, w której Jan III Sobieski odniósł zwycięstwo nad armią Imperium osmańskiego pod wodzą wezyra Kary Mustafy. Rozbita Turcja przestała stanowić zagrożenie dla chrześcijańskiej Europy. W liście do papieża Innocentego XI, król Polski pisał: Venimus, vidimus et Deus vicit (Przybyliśmy, zobaczyliśmy i Bóg zwyciężył)…
   - Trzecia bitwa, to Bitwa Warszawska, stoczona w dniach 13 – 25 sierpnia 1920 roku, która ochroniła Europę od czerwonej zarazy marksistowskiej…
    Na zakończenie, ksiądz Rafał, opowiedział jeszcze o pewnym kapłanie, który w swoich kazaniach nieustannie wymyślał różne porównania i kiedy podczas jednego z nich przyrównał Matkę Bożą do zegara, umilkł, szukając w myślach uzasadnienia swoich słów i kiedy wierni w skupieniu i ciszy czekali na ciąg dalszy, ksiądz powiedział: Maryja była wierna słowom Bożym i tak jak zegar powtarzała tak, tak, tak, tak, tak, tak…
    Tak, tak, brakuje mi księdza Rafała, który ma w sobie to „coś”…

   Święto Maryjne, jest dla mnie pewnego rodzaju manifestacją przynależności do Kościoła katolickiego, jest także okazją do podtrzymywania tradycji związanych z tym świętem. Kiedyś zwyczaj święcenia wiązanek kwiatów był bardzo popularny. Wierzono, że taki bukiet nabiera cudownych, leczniczych właściwości. Podczas powrotu z kościoła zostawiano go wśród upraw, gdzie miał przynieść szczęście w zbiorach, po czym, po kilku dniach, zabierano go do domu, okadzano nim izbę, trzymano w miejscu, które było widoczne i dawało pewność, że moc bukietu będzie działała...
     
Ogród Saski - apel ku czci poległych

   W świąteczny, słoneczny poranek wyszłam i ja do ogrodu po kwiaty. Wycinałam wszystkie najpiękniejsze rośliny, których w tym roku nie było tak wiele. Deszczowa pogoda nie sprzyjała obfitemu kwitnieniu. Biegałam boso po porannej rosie w długiej do kostek, białej koszulce z delikatnej bawełny. Mokra trawa przyjemnie łaskotała stopy, a dół koszulki po chwili był mokry od ciągłego schylania się i wycinania tuż przy samej ziemi kolorowych kwiatów i ziół. Usuwałam zbędne liście i gromadziłam gałązki na drewnianym stole w dolnym ogrodzie, zerwałam także kilkanaście jabłek z naszych jabłoni. Kocham lato i tę swobodę związaną z tą najpiękniejszą porą roku. Ileż radości niesie za sobą okazja do świętowania, ot chociażby zebranie kwiatów w okazały bukiet…


Świąteczny bukiet

   Kilka minut po dziesiątej byłam już w kościele z koszem kwiatów w jednej ręce, warzyw i owoców w drugiej…Kiedy parkowałam samochód przed świątynią do moich uszu dobiegały głosy kolegów i koleżanek z chóru. Po chwili i ja rozgrzewałam swoje struny głosowe…
   O godzinie 11:00 rozpoczęła się uroczysta msza święta, zakończona święceniem kwiatów przyniesionych przez wiernych i apelem w Parku Saskim, upamiętniającym poległych na polu chwały.
  
Kilka słów i modlitwa Anioł Pański ku czci poległych - Ogród Saski

To był piękny dzień, wypełniony spotkaniami z przyjaciółmi, wspólnym biesiadowaniem, wreszcie wieczornym wyjściem do kina…

  

czwartek, 11 sierpnia 2011

Urodziny Mistrza


   Czegóż to młodzież nie wymyśli, żeby dobrze się zabawić?!
   Właśnie wróciłam z Węgorzewa i nie zdążyłam jeszcze ochłonąć i uporządkować wrażeń z kilkudniowego wyjazdu na Mazury, a już w domu pojawiła się Emilia z pomysłem zorganizowania imprezy urodzinowej naszemu „mistrzowi batuty”, Januszowi…
    
Janusz - Jubilat

   Od razu przystąpiłam do współtworzenia programu. Emilia kręciła film z życzeniami urodzinowymi, obmyślała scenariusz, a ja pisałam tekst…Były nowe pomysły!
   
Marta

Mistrz batuty bez batuty ;)

    Wpadłam na pomysł zrobienia figurki Janusza i umieszczenia jej na torcie. Wyszukałam odpowiednie zdjęcie w moich dokumentach zatytułowanych „chór” i wysłałam drogą elektroniczną do sąsiadującego z moim, pokoju Wojtka, w celu dalszej obróbki. Emilka i Wojtek szukali odpowiedniego stroju dla Janusza i montowali film, z dołu dobiegały zapachy pieczonych biszkoptów i drażniły nozdrza.
   Rozmawialiśmy o przebiegu, całej imprezy.
   Spotkać mieliśmy się na wtorkowej wieczornej mszy świętej, po której niby to miała być próba chóru. Zamiast niej jednak, młodzież planowała upozorować porwanie Jubilata i wywieźć go do lasu…
   Jakub, Kamil, Magda, Edyta i Emilia wpadli na pomysł, żeby na tę ważną dla organisty chwilę zaprosić księdza proboszcza, księdza Grzegorza i przebywającego na wakacjach księdza Rafała. Ksiądz proboszcz odmówił udziału w imprezie, tłumacząc, że na plebanii jest ważne spotkanie księży, ale zaproponował mszę świętą w intencji swojego organisty…
   Wszyscy z niecierpliwością czekali wtorku…Ci, którzy tę imprezę wymyślili, od rana pracowali w lesie nad dekoracją wiaty. We wczesnych godzinach popołudniowych pojechałam zobaczyć, jak to wszystko wygląda. Zdumienie moje było wielkie. Drewniana wiata przyozdobiona była mnóstwem kolorowych baloników, na ścianie wisiało pozwolenie leśniczego na podpalenie ogniska… Przykryliśmy dwa, z czterech dużych, stoły białymi jednorazowymi obrusami i porozmawialiśmy jeszcze chwilę o szczegółach…
   Pogoda tego dnia sprzyjała imprezom pod gołym niebem…
   Jubilat wpadł do kościoła w ostatniej chwili nieświadomy niespodzianki. Zasiadł w pośpiechu i natychmiast rozłożył palce na klawiszach elektronicznego instrumentu.
Jako, że 9 sierpnia przypada wspomnienie św. Teresy Benedykty od Krzyża (Edyty Stein), dziewicy i męczennicy, patronki Europy, dwaj księża sprawujący eucharystię przyoblekli czerwone szaty liturgiczne. Po obrzędach wstępnych ksiądz proboszcz wypowiedział, w jakiej intencji odprawia mszę. Trzeba było widzieć twarz organisty…! 

To jeszcze nic !!!  Co się działo na śmigus-dyngus !!!
  
I po strachu...

   Próba chóru nie odbyła się. Zamaskowana młodzież w czarnych kominiarkach zręcznie zaskoczyła Mistrza. Pozbawiony widzenia, z zasłoniętymi oczami i skrępowanymi rękoma został uprowadzony do lasu. Kilka samochodów w pościgu dotarło za nimi na polanę…
   Co tam się działo?!

Sto lat !!!

I jeszcze raz 100 !!!

I jeszcze 100 !!!

Emilka trzyma tort.  RODZINA dmucha.

Janusz z dziećmi Marysią i Bartkiem
  
Oglądamy film Emilki z życzeniami urodzinowymi...

Janusz wyśpiewał każdej dziewczynie piosenkę...

    Rozgwieżdżone niebo przywoływało wspomnienia z moich młodzieńczych lat. Obserwowaliśmy gwiazdy i śpiewaliśmy piosenki przy akompaniamencie gitary, skwierczało drewno na ognisku,  czerwono pomarańczowy płomień rozświetlał polanę... 

Stary niedźwiedź śpi...

Stary niedźwiedź łapie...

    Miły dla oka obraz tworzyła oświetlona mnóstwem świeczek wiata. Mieliśmy co jeść i pić. Każdy przygotował jakiś kulinarny przysmak, było także tradycyjne pieczenie kiełbasek i tańce przy ognisku. Ku uciesze dzieci, które z nami były, śpiewaliśmy: stary niedźwiedź mocno śpi, my się go boimy po cichu chodzimy, jak się zbudzi to nas zje…
    
Wiata podświetlona świeczkami.

   Niespodzianki i zabawa zakończyły się po północy. Następnego dnia, wczesnym rankiem, młodzież uprzątnęła polanę i około godziny 8:00 zajechała pod mój dom samochodem, udekorowanym zdjętymi z pułapu balonikami, które chwilę później zostały zawiezione dzieciom Janusza: Bartkowi i Marysi…
    
8:00 rano pod moim domem.

    Jak ktoś nie wierzy w spontaniczność, przyjaźń i dobrą zabawę w dzisiejszych niełatwych czasach niech spojrzy na zdjęcia…
http://www.youtube.com/watch?v=Hb3VXJFcYSs&feature=player_embedded