cd ...Kuchnia i jadalnia to była ta sama przestrzeń przedzielona w dwóch trzecich długości ladą wykonaną z materiału imitującego obsydian. Obsydianowy blat załamywał się pod kątem prostym, zajmował całą długość dużego kuchennego okna i znowu pod kątem prostym przechodził na przeciwległą do lady ścianę.
Pod blatem i na ścianie zamontowano szafki i szuflady wykonane z drewna w kolorze polskiej sosny. Część wiszących przeszklonych szafek eksponowała swoją zawartość.
Całe wyposażenie kuchni odbijało się w połyskliwej powierzchni podłogi wyłożonej czarnymi szlifowanymi płytkami. Jasne ściany pomieszczenia zdobiły dwa ładne obrazy z irlandzkimi pejzażami.
Po drugiej stronie lady przy bliźniaczym oknie stał duży, okrągły drewniany stół, a przy nim trzy niewysokie fotele obite zielonym materiałem.
Siedzisko przy oknie przeznaczone było dla gościa, jako że w tym domu gość był osobą rozpieszczaną i obsługiwaną przez osobę siedzącą w otwartej na kuchnię przestrzeni...
Sobotni ranek zapowiadał przyjemny, czwarty dzień mojego pobytu na Szmaragdowej Wyspie. Po obfitym śniadaniu, filiżance dobrze zaparzonej kawy z ekspresu i pogawędce na różne tematy czekał mnie wyjazd na najdalej wysunięty na północ, skalisty przylądek Irlandii, Malin Head...
Ale najpierw pojechaliśmy wzdłuż zatoki Lough Swilly do Fortu Dunree, powstałym w okresie napoleońskim, gdzie pod koniec dziewiętnastego wieku zainstalowano dwa potężne działa, a podczas pierwszej wojny światowej ustawiono dwa kolejne, większe od poprzednich. Jeszcze podczas drugiej wojny działa służyły do ochrony zatoki, a w tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym czwartym ponoć wystrzelono z nich po raz ostatni.
Pod koniec dwudziestego stulecia po opuszczeniu fortu przez wojsko udostępniono go zwiedzającym. Nie fotografowałam pomalowanych na czerwono potężnych luf nakierowanych na zatokę, bo ciągle nie rozumiem dlaczego tak bardzo ludziska zachwycają się narzędziami do zabijania, ciągle nie rozumiem, dlaczego po obu stronach barykady stoją zwykli ludzie uwikłani w jakieś polityczne gierki swoich wodzów i kiedy widzę żołnierzy witających z honorami jakiegoś kolejnego psychopatę, żądnego krwi, maszerującego po czerwonym dywanowym chodniku, to myślę jak nie wiele trzeba, żeby takiego półboga unieszkodliwić zawczasu...
Znacznie więcej wrażeń estetycznych dostarczył mi wiejski krajobraz hrabstwa Donegal. Jechaliśmy pośród zielonych pastwisk pełnych owiec, wąskimi drogami, gdzie ruch możliwy był tylko w jednym kierunku. Mijaliśmy pojedyncze gospodarstwa i chałupy należące już do skansenów.
Sielankowy pejzaż z owcami wybiegającymi na drogę to było to, co od dawna chciałam zobaczyć. Nie miałam jednak tego szczęścia, co inni, bo nie przytrafiło nam się duże stado tarasujące drogę, ale zaledwie kilka owieczek w czarnych albo białych pończoszkach, które biegły przed autem potrząsając zadkami odzianymi w suto marszczone spódniczki...
Moją uwagę przyciągał najwyższy na Półwyspie Inishowen, wysoki na sześćset pięć metrów Śnieżny Szczyt - Slieve Snaght. Przez dłuższy czas mamił mnie swoim wierzchołkiem pokrytym śniegiem dumnie wznoszącym się ponad innym szczytami górskiego pasma, przez które prowadziła wąska droga do malowniczej zatoki i zielonej niziny upstrzonej białymi domami...
Na dwóch ostatnich zdjęciach w tym akapicie widać stromiznę góry, niemalże w idealnym pionie. To było prawdziwe wyzwanie dla kierowcy pokonać ten trudny odcinek drogi. Chcieliśmy wjechać na dwójce, ale usuwający się grunt spod kół samochodu, zmusił do zejścia na pierwszy bieg. Uff...! To była jazda...!
Mijaliśmy osady, wsie i miasteczka, minęliśmy Malin i Lagg ze stojącym samotnie, na zupełnym pustkowiu, białym kościółkiem Mariackim - St Mary's Church, wzniesionym w tysiąc siedemset osiemdziesiątym czwartym roku, w którym ciągle odprawia się msze święte.
Na rozdrożu koło kościoła stał drogowskaz wskazujący drogę do Pasma Pięciu Palców - Five Fingers Strand.
Od najdalej wysuniętego na północ skalistego przylądka Malin Head dzieliło nas zaledwie kilka kilometrów..., ale o tym miejscu opowiem w jednym z kolejnych postów.
cdn