Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Włochy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Włochy. Pokaż wszystkie posty

sobota, 25 sierpnia 2012

Zakochani w Rzymie, czyli 1500 znaków ze spacjami



I znowu pada deszcz. Na szczęście kropi spokojnie, wiatr nie hula, błyskawice nie rozdzierają nieba… Czy to już zapowiedź jesieni?

Zasiadam przed ekranem mojego laptopa, otwieram pocztę, sprawdzam wpisy na portalach społecznościowych, a na Facebooku trafiam na konkurs Zakochani w Rzymie. Czytam szczegóły. Muszę sobie wyobrazić, że moim przewodnikiem po Wiecznym Mieście jest Woody Allen, z którym zwiedzaliśmy już Nowy Jork, Barcelonę i Paryż. Tym razem Nowojorczyk może mnie zabrać w trzy różne miejsca, które ja muszę wybrać i na dodatek uzasadnić, dlaczego chcę je zobaczyć.
I chociaż fanką tego oryginalnego artysty współczesnego kina nie jestem, to zabieram się do napisania wypowiedzi konkursowej. Jeszcze nie wiem, że stworzę tekst nie w takim formacie jak potrzeba, ale o tym nieco później. Filmu Zakochani w Rzymie, zapowiadającego porażkę artysty, nie widziałam. Jedynym jego filmem, który mi się podobał był Vicky Cristina Barcelona. Początkowo myślałam, że to obraz Pedro Almodóvara i siedząc w kinie między dwiema moimi przyjaciółkami, zapytałam, czy aby na pewno Woody Allen jest jego twórcą. Nie wierzyłam własnym oczom, na dodatek do moich uszu wpadała  muzyka  typowa dla wyrazistego, autorskiego stylu hiszpańskiego reżysera. Czyżby geniusz niekochanego przeze mnie, ale uwielbianego przez wielu Polaków Allena się skończył, a on sam czerpał pomysły od innych...?
Kusiła mnie główna nagroda w konkursie, jaką był wyjazd do Rzymu.
Wybrałam trzy miejsca i uzasadniłam mój wybór.
A oto tekst:

Nie wyobrażam sobie zwiedzania świątyń z Woody Allenem, ateistą i twórcą intelektualnej komedii. Nie wyobrażam sobie także, że mogłabym Woody Allenowi darować Watykan i przejść obojętnie koło siedziby Najwyższego Władcy Chrześcijaństwa i nie zobaczyć poematu harmonii i nieskończonego piękna, jakim jest gloryfikująca Grób Rybaka z Galilei Kopuła Michała Anioła, której szarobłękitny kolor zlewa się z błękitem niebios. Jakże mogłabym nie przemknąć z tym drobnym Nowojorczykiem podcieniami monumentalnych kolumn Berniniego do Biblioteki Watykańskiej, która z pewnością rozgrzeje do czerwoności twórcę filmów bazujących nie tylko na seksualności, ale na filozofii i psychologii także. A ja? Jakich ja palpitacji serca doznać mogę na widok antycznych kolekcji, manuskryptów i rzadkości bibliograficznych…Wergiliusza, Cycerona...?
   Na obniżenie temperatury, schłodzenie rozpalonych policzków i uspokojenie drżących z wrażenia rąk poszukamy fontann, tak jak w intelektualnej romantycznej komedii Vicky Cristina Barcelona, gdzie tłem w jednej ze scen jest Fontanna Gaudiego w Parku Güell. A jakże! Byłam tam musiałam  sobie zrobić zdjęcie przed bajecznie kolorowym smokiem!
Ciekawa jestem, który z rzymskich, bogato dekorowanych wodotrysków zainspiruje zdobywcę czterech Oskarów. Może Fontanna Najad na Placu Republiki z czterema urzekająco pięknymi nimfami, a może Fontanna Trytona mitycznego boga mórz, dłuta Berniniego na Piazza Barberini, a może ta z czterema bóstwami rzecznymi, symbolizującymi Nil, Ganges, Dunaj i Rio della Plata na Piazza Navona także dzieło Gianlorenzo Berniniego. Pewnie zatrzymamy się na niewielkim placu w siedemnastowiecznej scenerii z Fontanną di Trevi, która czerpie wodę z wciąż czynnego akweduktu zbudowanego przez Marka Agrypę w dziewiętnastym roku przed narodzeniem Chrystusa. A może…? Może to będzie Fontanna Żółwi z czterema Efebami – urodziwymi chłopcami, na Piazza Mattei jedna z mniejszych, ale jakże uroczych wykonanych w brązie, którą także wybudowano w celu doprowadzenia wody pitnej ze starożytnego akweduktu Acqua Vergine…
Nie będę protestować o nie, kiedy sam mistrz kina wprowadzi mnie do Muzeum Kapitolińskiego. Kto by nie chciał zobaczyć Umierającego Gallusa – dzieło starożytnej sztuki, albo helleński zakazany pocałunek dwojga młodych zakochanych Amora i Psyche, czy też najlepszą kopię Odpoczywającego Satyra, albo popiersie Homera opiewającego wojny trojańskie, któremu aż siedem miast nadało swoje obywatelstwo i który tradycyjnie przedstawiany jest jako biedny stary ślepiec. A Sokratesa nie chcielibyście zobaczyć? Tego słynnego ateńskiego filozofa ukazano jako satyra ze spłaszczonym nosem, masywnymi ustami i oczami wychodzącymi z orbit. Jeszcze przed wypiciem śmiertelnej czary utrwalił on podstawy nieśmiertelności duszy. To jeszcze nie koniec tej bogatej kolekcji! Jest jeszcze Dziewczynka z gołębiem, Wenus Kapitolińska, Chłopiec wyciągający cierń ze stopy, obraz Caravaggio Św. Jan Chrzciciel…
Na Kapitol prowadzi długi szereg schodów, zwany Kordonatą, wykonany na podstawie szkiców Michała Anioła. Weszliśmy po nich triumfalnie i triumfalnie zeszliśmy.


Zanim wysłałam pod wskazany adres moją wypowiedź sprawdziłam raz jeszcze warunki udziału w konkursie. Tekst nie mógł przekroczyć 1500 znaków ze spacjami. Co to są te znaki? Jan, kolega informatyk, tłumaczył mi kiedyś jak się formatuje tekst. Odchodziłam od zmysłów. Na szczęście z pomocą przyszedł mi mój syn i dwoma kliknięciami myszką pokazał jak to się robi. Zamarłam z przerażenia, bo miałam o dwie trzecie znaków za dużo. Wycinałam więc wyraz za wyrazem kontrolując zawartość. Co z tego wyszło? Zobaczcie sami! Moja wypowiedź licząca dokładnie 1500 znaków ze spacjami została już wysłana. Niestety nie otrzymałam jeszcze potwierdzenia udziału w konkursie. No cóż! Tak czy siak na moim blogu pozostanie ślad w postaci tego wpisu.
Dodam jeszcze kilka fotografii z mojej wcześniejszej wyprawy do Rzymu. Nie są to najlepsze zdjęcia, bo kilka lat temu nie miałam mojej lustrzanki i skupiałam w większości uwagę na ludziach. Niestety nie opublikuję też moich ukochanych zdjątek, na których towarzyszy mi pewien Amorek i którego tożsamości zdradzić nie mogę. Pokażę jedynie jego rękę. Niech klimat intelektualnej, czy też inteligentnej romantycznej komedii towarzyszy nam do końca!

Taki oto tekst wysłałam:

Nie wyobrażam sobie zwiedzania świątyń z Woody Allenem ateistą i twórcą intelektualnej komedii. Nie wyobrażam sobie także, że mogłabym mu darować Watykan i nie zobaczyć Kopuły Michała Anioła gloryfikującej Grób Rybaka z Galilei. Jakże mogłabym nie przemknąć z tym drobnym Nowojorczykiem podcieniami kolumn Berniniego do Biblioteki Watykańskiej, która z pewnością rozgrzeje do czerwoności twórcę filmów bazujących nie tylko na seksualności, ale na filozofii i psychologii także. Na schłodzenie rozpalonych policzków poszukamy fontann tak jak w filmie Vicky Cristina Barcelona, gdzie tłem w jednej ze scen jest Fontanna Gaudiego. Który z rzymskich wodotrysków zainspiruje zdobywcę czterech Oskarów? Może Fontanna Najad z urzekającymi nimfami, a może Trytona mitycznego boga mórz, a może ta Czterech Rzek, czy di Trevi, która tak jak Fontanna Żółwi czerpie wodę ze starożytnego akweduktu. Nie będę protestować o nie, kiedy mistrz kina wprowadzi mnie do Muzeum Kapitolińskiego. Kto by nie chciał zobaczyć Umierającego Gallusa, zakazanego pocałunku Amora i Psyche, Odpoczywającego Satyra, Homera, tradycyjnie przedstawianego jako biednego starego ślepca? A nie chcielibyście zobaczyć słynnego ateńskiego filozofa przedstawianego jako satyra ze spłaszczonym nosem, masywnymi ustami i oczami wychodzącymi z orbit? To nie koniec tej bogatej kolekcji!
Na Kapitol prowadzi Kordonata szereg schodów, wykonany na podstawie szkiców Michała Anioła. My tymi schodami zejdziemy i na dole powiemy sobie do zobaczenia!

A teraz obiecane zdjęcia

Kopuła Bazyliki Św. Piotra - dzieło Michała Anioła

Rzym

Rzym

W kolejce do grobu Jana Pawła II jeszcze wtedy w podziemiach i Muzeów Watykańskich

Galleria delle carte geogreafiche

Przejścia pomiędzy salami muzeum

Fresk Rafaela - Szkoła ateńska. Heraklit wsparty na łokciu ma cechy Michała Anioła...

Kaplica Sykstyńska - Sąd Ostateczny - fresk Michała Anioła

Kaplica Sykstyńska - Stworzenie Adama - fresk Michała Anioła

Fresk Rafaela - Dysputa o Najświętszym Sakramencie

Bazylika Św. Piotra - Pieta Michała Anioła

Bazylika Św. Piotra - wnętrze kopuły - dzieło Michała Anioła

Św. Piotr w brązie - dzieło przypisywane Arnolfowi di Cambio

Św. Mateusz - celnik z Kafarnaum

Ach , żeby tak mieć swojego pana, by oprzeć pysk na jego kolanach, by leżeć przy nim do góry brzuchem i żeby drapał mnie za uchem


środa, 22 sierpnia 2012

Sirmione nad Jeziorem Garda

... cd
      O glacjalnym pochodzeniu największego we Włoszech zbiornika wodnego świadczy chociażby jego kształt, znaczna długość i głębokość. Jezioro, o którym chciałabym napisać kilka słów leży na północy kraju na granicy trzech regionów: Lombardii, Trydentu - Górnej Adygi i Wenecji. Jego długość to pięćdziesiąt pięć kilometrów. Węższą, czterokilometrowej szerokości, północną część jeziora otaczają góry, natomiast szersza, dwunastokilometrowej długości, południowa część, leży na przedpolu gór. Nie podam średniej głębokości zbiornika, bo liczby określają ją różnie. Podam natomiast jego największą głębię, a mianowicie trzysta czterdzieści sześć metrów.
    Zapewne domyślacie się już, że chodzi o Jezioro Garda!

 
    Niektórzy z Was pamiętają moją marcową podróż do Północnych Włoch. Pisałam o Weronie i Padwie, Wenecji, Ferrarze, Bolonii, Genui, Acqui Terme, Mediolanie, Mediolańskiej La Scali, Villii d'Almè, ale nie zdążyłam napisać jak się ta podróż zakończyła, bo pojechałam w następną.

    Dzisiaj opowiem o tym, co mi się przydarzyło w piątek 23 marca ...
    Otóż o godzinie dziewiątej rano przyjechałam do Sirmione. Autokar zatrzymał się w porcie i stąd pieszo nabrzeżem, wyruszyłam na zwiedzanie miasteczka, ulokowanego na końcu długiego półwyspu zakończonego wysepką przypominającą kształtem trójkąt równoramienny. Zresztą widać to na zdjęciu tablicy informacyjnej, którą sfotografowałam w porcie. Zaznaczyłam tam także ważniejsze obiekty. Biała linia wokoło wysepki pokazuje trasę półgodzinnego rejsu, rozpoczynającego się i kończącego w owym porcie.


    Na wysepkę, do grodu o średniowiecznej zabudowie, do którego wstępu strzeże otoczona podwójnym murem trzynastowieczna forteca, przeszłam przez most przerzucony nad fosą. Przechodząc pod czternastowieczną bramą przypominałam sobie historię magnackiego rodu Della Scala, inaczej Scaligeri, który panował w Weronie przez sto dwadzieścia pięć lat. 
    O Scaligerich wspominałam już we wcześniejszych moich wpisach. Zapewne pamiętacie werońską Arenę? To właśnie tam, za czasów władzy Alberto della Scala, brata Mastino I della Scala, spalono na stosie stu sześćdziesięciu sześciu katarów, którzy ówcześnie jako wspólnota, uznawana przez Kościół za heretycką, mieszkała w Sirmione. Wspólnotą katarską Patarini rządził biskup Lorenzo, który przejął nad miastem kontrolę zarówno materialną jak i duchową. Kiedy odkryli to wysłannicy Trybunału inkwizycyjnego, biskup Werony przedsięwziął przeciwko nim kampanię militarną. Alberto della Scala po krótkim oblężeniu zajął miasto. Wydarzenie to przyczyniło się do pojednania z papieżem i zdjęcia ekskomuniki z Werony i jej władcy…
    Piszę o tym, dlatego że Scaligeri byli właścicielami trzynastowiecznej fortecy w Sirmione. Budowę zamku, który najprawdopodobniej stanął na pozostałościach rzymskiego fortu, w najwęższym miejscu półwyspu, wcinającego się w głąb jeziora na odległość czterech kilometrów, rozpoczął Mastino I della Scala, a zakończył Francesco della Scala, syn Alberto.
    Dodam jeszcze tylko, że w październiku 1277 roku Mastino I został skrytobójczo zamordowany. Alberto pomścił śmierć brata, kazał ściąć szlachetnych zamachowców, a niższych stanem utopić w rzece Arno.
    Ech…, to były czasy bezpardonowej walki o władzę! Rzadko kto dożywał sędziwego wieku… Historia kołem się toczy i toczy





















   
W pobliżu twierdzy znajduje się niewielki Kościół św. Anny, zbudowany w piętnastym wieku na potrzeby stacjonującego w zamku garnizonu weneckiego. Warto tam wejść, żeby zobaczyć szesnastowieczne freski, oraz namalowaną na kamieniu Madonnę i herb Della Scala.
    Godnym uwagi jest Kościół Parafialny Matki Boskiej Śnieżnej zwany także Santa Maria Maggiore. Wzniesiono go na ruinach kościoła św. Marcina. Północna elewacja oparta jest na starożytnych murach, które otaczały miasto. Wejście dekorowane terakotą wsparto na pięciu łukach. W jednonawowym wnętrzu świątyni znajduje się pięć ołtarzy. Ściany w piętnastym i szesnastym wieku przyozdobiono freskami. Niestety zdjęcia nie są dość wyraźne. Moją uwagę przyciągnęło oryginalne sklepienie i osiemnastowieczne organy…











     W najwyższym punkcie półwyspu znajduje się najstarsza, sięgająca ósmego wieku świątynia San Pietro in Mavino. Nie mogłam wejść do środka i obejrzeć oryginalnych trzynastowiecznych i szesnastowiecznych fresków, bo zarówno wewnątrz jak i na zewnątrz trwały prace remontowe.





    A w najbardziej wysuniętym w jezioro miejscu znajduje się park archeologiczny zwany Grotami Katullusa, z ruinami willi rzymskiej, letniej posiadłości Waleriuszy, z przełomu pierwszych wieków przed i po narodzeniu Chrystusa, z zachowanymi fragmentami fresków i mozaik pokrywających posadzki. Willa, zbudowana została wokół perystylu, czyli wewnętrznego ogrodu otoczonego kolumnowym portykiem. Trzy poziomowy kompleks zajmował około dwóch hektarów powierzchni…


   
Na końcu półwyspu znajdują się także słynne siarkowe źródła Boiola. Lecznicze wody o temperaturze nieprzekraczającej siedemdziesięciu stopni Celsjusza czerpie się z głębokości osiemdziesięciu metrów. W końcu dziewiętnastego stulecia powstał w Sirmione pierwszy ośrodek spa.
    Spacerując brzegiem czułam zapach siarki, widziałam rury pod lustrem jeziora dostarczające leczniczą wodę do Grand Hotel Terme, Hotel Sirmione i Hotel Fonte Boiola. Odnosiłam wrażenie, że nie tylko woda, ale i powietrze także ma zbawienny wpływ na zdrowie i doskonale inhaluje moje płuca. Unosząca się nad jeziorem mgła delikatnie przysłaniała przeciwległe brzegi lądu. Jak na marzec pogoda była iście letnia. Obfita, różnorodna roślinność, typowa dla łagodnego klimatu śródziemnomorskiego przyciągała moją uwagę. Spacerowałam po tarasowych gajach oliwnych, które pojawiły się tam dzięki Etruskom, przyglądałam się parasolowatym piniom, oleandrom, cyprysom, cedrom, palmom, a także drzewom cytrusowym. Podziwiałam czyste uliczki z niską willową zabudową, otoczoną zielonymi ogrodami i kąpielowymi basenami. Wiele kolorowych kwiatów zdobiło okrągłe klomby i małe kwietniki…
    Czy wiecie, że specjalnie dla nurków jako atrakcję, zatopiono w jeziorze wraki samochodów i łodzi?  

















    Wiedziona ciekawością zatrzymałam się na wzgórzu przy domu Marii Callas. Alfonso Signorini, włoski dziennikarz, prezenter radiowy i telewizyjny, redaktor plotkarskiego pisma Chi, wybitny znawca muzyki operowej…, w trzydzieści lat po śmierci artystki, w oparciu o jej korespondencję napisał książkę Zbyt dumna, zbyt krucha. Opisuje w niej między innymi jej małżeństwo z włoskim przedsiębiorcą Giovannim Battistą Meneghinim i jej szczęśliwe lata w Sirmione. To Meneghini powiedział kiedyś, że kiedy poznał Marię była źle ubraną, grubą, nieforemną cyganichą i że to on za swoje pieniądze zrobił z niej wielką damę. Co nie przeszkadzało mu później, kiedy była sławną i podziwianą artystką inkasować i to tylko w gotówce jej wysokie honoraria. Ech…, życie!
    Callas była wyjątkową kobietą, obdarzoną wspaniałym głosem, doskonale brzmiącym w partiach lirycznych, dramatycznych i koloraturowych. W jednym z wywiadów powiedziała: Uważam się za sopran, który objawia się tylko raz na wiele, wiele lat. Mój repertuar z woli boskiej i przy błogosławieństwie natury obejmuje wszystko. Do mojej dyspozycji stoi cała historia muzyki. Była bezkonkurencyjna pośród ówczesnych śpiewaczek…
    Na bramie wilii Marii Callas w dniu 23 marca wisiało ogłoszenie informujące o sprzedaży domu.







    
Moją przygodę z Sirmione zakończyłam na Piazza Flamina. Przysiadłam na moment w restauracji, w której lubiła przesiadywać Maria Callas i zrobiłam kilka zdjęć na molo…















    Wczesnym popołudniem dotarłam do winnic Bardolino i zatrzymałam się w gospodarstwie agroturystycznym Tre Colline w Palù, na degustację win.
     Najpierw jednak obejrzałam hacjendę, potem dowiedziałam się coś niecoś na temat skomplikowanego procesu fermentacji soku z winogron i wreszcie spróbowałam lokalnych specjałów: wina, oliwy i past z oliwek, serów, a także migdałowych twardych ciasteczek upieczonych na złoty kolor.



     Jako pierwsze podano wino gazowane Bianco Moscalino Frizzante Dolce, później lekko gorzkawe i kwaśne w smaku, serwowane do ryb w temperaturze od dziesięciu do dwunastu stopni, białe wino Carganega I.G.T del Veneto. Trzecie w kolejności było różowe wino Bardolino Chiaretto Classico D.O.C i wytrawne czerwone takie jak lubię, Bardolino Classico D.O.C. Piątym winem, które degustowałam tego dnia było moje ulubione beczkowe Cabernet Sauvignon IGT del Veneto barrique – najlepsze w temperaturze od osiemnastu do dwudziestu stopni. Jednak najprzyjemniejsze w smaku okazało się Bacari I.G.T vino rosso del Veneto, w cenie 10,50 euro za butelkę. Oczywiście kupiłam jedną mężowi w prezencie. Kupiłam także butelkę znakomitego Vigna del Sol passito bianco del Veneto w cenie 6,00 euro za wysmukłą butelkę o pojemności zaledwie 0,375. To wino degustowałam jako ostatnie.
    Ech…, tego typu przedsięwzięcia marketingowe przynoszą duże dochody właścicielom winnic. Degustujący w nadmiarze boskie trunki turyści, chętnie wykładają pieniądze w przydomowych sklepikach…
  
    Po emocjach związanych ze smakowaniem win i zakupami miałam jeszcze trochę czasu, żeby wpaść do Gardy - niewielkiego miasteczka usytuowanego w prowincji Werona, nad brzegiem wspomnianego wyżej jeziora o tej samej nazwie…  Może kiedyś uda mi się objechać jezioro, a tam gdzie nie można dojechać samochodem, dojadę rowerem lub pieszo… Ech…, ileż tego!





       A na koniec zasłyszana w drodze legenda

       Alboin i Rozamunda

      Bevi, Rosmunda, dal teschio di tuo padre!
      Pij, Rozamundo, z czaszki Twego ojca
                          /
Rosmunda, Achille Campanile/

     Według przekazu Pawła Diakona w Historii Langobardorum właśnie w Weronie miała rozwijać się historia Alboina i Rozamundy. Alboin, król Longobardów, pokonał i zabił Cunimonda, króla Gepidów, po czym wziął sobie za żonę jego córkę – Rozamundę.   
     Podczas hucznej nocy podano mu wino w czaszce zabitego króla i zmuszono żonę do picia razem z nim z tego makabrycznego kielicha. Rozamunda, wstrząśnięta tym doświadczeniem, zemściła się, organizując spisek przeciwko mężowi wraz ze swoim kochankiem Elmichi. Gdy mąż spał, weszła do sypialni i przywiązała jego szpadę do pochwy. Dzięki temu, gdy spiskowcy prowadzeni przez Elmichi weszli do sypialni, Alboin nie zdołał obronić się i padł pod ciosami.

     Istnieje druga wersja legendy, według której Rozamunda, po tym jak została zmuszona do picia z czaszki swojego ojca, zdecydowała się umrzeć z głodu, aby nie być narażoną na przyszłe upokorzenia. Została uratowana dzięki pomocy dworskiego kucharza, który, aby zapobiec tragedii, sporządził dla niej nową potrawę, która była w stanie przywrócić jej siły. Przygotował pearà: sos z tartym chlebem, szpikiem wołowym, masłem, rosołem mięsnym i obfitą ilością pieprzu.. Do dziś jest to jedno z charakterystycznych dań Werony.