cd Wyjeżdżając do Turcji zabrałam ze sobą o osiemdziesiąt pięć euro więcej niż mi potrzeba było - z przeznaczeniem na lot paralotnią. Byłam zdeterminowana, przekonana wręcz, że uda mi się skoczyć z góry Babadağ wysokiej na niespełna dwa tysiące metrów. Lot trwający około czterdziestu pięciu minut zakończyć się miał lądowaniem na plaży w Ölüdeniz na terenie Tabiat Parkı.
- Dlaczego moje marzenie nie spełniło się?
- W samolocie lecącym do Antalyi przypadło mi miejsce od strony przejścia przy środkowym wyjściu ewakuacyjnym. Obok mnie siedzieli dwaj mężczyźni lecący na wczasy stacjonarne gdzieś na Riwierę Turecką. Obaj dopłacili po pięć euro za dodatkową przestrzeń na nogi, obaj byli potężni, czego nie można było powiedzieć o dwóch ich kolegach, którzy siedzieli za nami i mieścili się w normalnych rozmiarach. Ten, który zajął siedzenie po mojej prawej stronie (ja nie dopłacałam pięciu euro) opowiadał o swoich licznych podróżach i miejscach, w których ja także byłam. Mieliśmy więc wspólny temat i czas do końca lotu upływał nam na miłej pogawędce, wspomnieniach, preferencjach. Ja mówiłam o aktywnym wypoczynku, on zaś o wczasach stacjonarnych all inclusive. A kiedy ja wyjawiłam mu swój zamiar lotu paralotnią, on natychmiast przytoczył mi kilka wypadków śmiertelnych, między innymi ten z ubiegłego roku w Turcji i ostrzegł przed niebezpieczeństwem jakie niesie za sobą uprawianie sportów ekstremalnych. Nie przeraziło mnie to jednak...
Wracaliśmy tym samym samolotem, oni z dodatkową przestrzenią na nogi, ja dwa siedzenia dalej. Przy odbiorze bagaży mieliśmy trochę czasu na wymianę wrażeń i kilka miłych słów pożegnania. Oni samochodem zostawionym na parkingu lotniska jechali do Lublina, ja autobusem Podlasie-Express do Białegostoku. Podczas rozmowy padło pytanie, czy skoczyłam z góry Babadağ. Nie skoczyłam, bo po pierwsze miałam odrobinę czasu za mało, a po drugie moja przewodniczka Paulina, przytoczyła mi kilka innych wypadków, mniej groźnych, takich jak zwichniecie nogi podczas lądowania, jakieś odrapania i tym podobne skaleczenia, lądowanie w morzu...
Nie chcąc sprawiać jej i sobie kłopotu na obczyźnie postanowiłam zrezygnować z tej niewątpliwej przyjemności, a pieniądze przeznaczone na ten cel wydałam w Fethiye, miasteczku portowym oddalonym o około dziewięć kilometrów od Ölüdeniz. W jednym z butików kupiłam długie turkusowe wdzianko i bawełnianą spódnico-spodnie z przewagą koloru ciemnozielonego. Moje zakupy zaprezentowałam Paulinie na jednej z uroczych uliczek miasteczka, pod dachem urządzonym z kolorowych parasolek. To ona jest autorką kilku zdjęć.
Teraz, kiedy ktoś mi prawi komplementy mówiąc, że ładnie wyglądam w owym wdzianku, odpowiadam, że to moja paralotnia - rozkładam ręce i wyglądam tak jakbym chciała wzbić się do góry i poszybować po błękitnym niebie...
Niespełnione moje marzenie oglądałam z poziomu jednej z najpiękniejszych plaż na świecie znajdującej się na terenie Ölüdeniz Tabiat Parkı, na którą wstęp jest płatny. Emocje zaś chłodziłam w turkusowych wodach morza i nieco cieplejszych wodach błękitnej laguny. Pływanie na dość odległą od brzegu tratwę zacumowaną na tle kamiennej wysepki było nie lada przyjemnością...
Wszystkim kochającym wypoczynek w hotelach polecam to miejsce. Jest wyjątkowe, niepowtarzalne, cudowne...
A oto kilka zdjęć i sporo mojej radosnej buzi w krystalicznych wodach zwanych tutaj martwym morzem - Ölüdeniz.
Turkusowa Laguna
o poranku otoczona górami i wąskim pasem plaży
Krystaliczne wody Morza Śródziemnego
Plaża - słońce stoi wysoko i mocno grzeje
chronię głowę i ramiona, obserwuję paralotniarzy
Ölüdeniz widziany z drogi
i droga dojazdowa do plaży na terenie Tabiat Parkı
Poniedziałek, 9 czerwca 2014 roku
cdn

