poniedziałek, 9 stycznia 2012

Koncert w Karakulach

Niedziela, 8 stycznia 2012 roku

    John Calvin Coolidge, amerykański polityk, trzydziesty prezydent Stanów Zjednoczonych twierdził, że:
Nic na świecie nie zastąpi wytrwałości.
Nie zastąpi jej talent – nie ma nic powszechniejszego niż ludzie utalentowani, którzy nie odnoszą sukcesów.
Nie uczyni niczego sam geniusz – nienagradzany geniusz to już prawie przysłowie.
Nie uczyni niczego też samo wykształcenie – świat jest pełen ludzi wykształconych, o których zapomniano.
Tylko wytrwałość i determinacja są wszechmocne.

    Zacytowałam tego niezwykle popularnego, w czasach prosperity gospodarczej Stanów Zjednoczonych, polityka, nie bez powodu, mimo, że mój dzisiejszy wpis politycznym nie jest.

    Te mądre słowa pasują do każdego zdeterminowanego człowieka, któremu wytrwałość i konsekwencja nie są obce, a świadomość, że daną rzecz można zrobić lepiej powinna pobudzać do dawania z siebie jeszcze więcej. Prawdziwy zwycięzca nie rozpamiętuje porażek, ale podejmuje próbę po raz drugi, trzeci, dziesiąty... Aż do skutku!
   
    Dzisiaj chciałabym napisać o wszystkich tych, którzy skupiają się wokół Janusza – naszego wspaniałego muzyka, który tej pięknej sztuce poświęca się bez reszty; pociągając za sobą swoją najbliższą rodzinę, tworzy coraz szerszy krąg przyjaciół wspierających jego działalność kulturalną. Ale sama determinacja mistrza nie wystarczy, żeby ten jeszcze bardzo młody zespół pracujących z nim osób osiągnął sukces. Musi to być wspólne działanie, nieustanne ćwiczenia, a przede wszystkim dyscyplina przez duże D pisana…
  
    Dzisiaj, na niedzielnej mszy świętej, na zaproszenie księdza Józefa Kowalczuka, koncertowaliśmy w parafii Wniebowstąpienia Pańskiego w Karakulach. Trudne było to zadanie, jako, że nasz mistrz musiał zapanować nad sporą grupą dzieci i młodzieży, a także ogarnąć nas tych nieco starszych…
    To było kolejne doświadczenie i kolejne wnioski do dalszej pracy z zespołem. Mam nadzieję, że wszyscy zdajemy sobie sprawę z wielu braków, które starannie i wytrwale powinniśmy eliminować. Brawa, które otrzymaliśmy po koncercie nie powinny nas wpędzać w dumę, bo do doskonałości nam jeszcze daleko, chociaż ona sama w sobie celem naszym nie jest.
    Cieszę się niezmiernie z tego nowego doświadczenia, a przede wszystkim z miłej atmosfery, którą tworzyliśmy wspólnie z mieszkańcami tej niewielkiej parafii.
A oto wybrane zdjęcia z tego wydarzenia:
    

Przygotowania do koncertu w Karakulach

Coraz więcej dzieci przychodzi na chór

Młodzież ustawia i stroi instrumenty

Zajmujemy miejsca

Tryumfy Króla Niebieskiego

Kościół w Karakulach - rozpoczyna się msza święta

Cicha noc...

Najmłodsi

Skupienie

W dzień Bożego Narodzenia

Pójdźmy wszyscy do stajenki...

Najmłodsze dziewczynki

Sam mistrz

Gloria...

Przy onej dolinie, w Judzkiej krainie...

Instrumenty perkusyjne

Przydały się rękawiczki

Różnorodność instrumentów

Chwila przerwy

Chwila zadumy

Po koncercie ks.proboszcz udziela komunii św.

Gościnnie na plebanii - wymieniamy opinie

Pyszne ciasta, dobra kawa, herbata...

Do zobaczenia 15 stycznia o godzinie 16:00

    Następny nasz koncert, a właściwie wspólne śpiewanie kolęd będzie miało miejsce w Domu Ludowym w Supraślu, 15 stycznia o godzinie 16:00. Organizatorzy tego spotkania zapraszają wszystkich bardzo serdecznie. Rodzice muzykujących dzieci wyszli z inicjatywą zorganizowania poczęstunku. Każdy, kto ma ochotę może przynieść coś w koszyczku i razem świętować.
   Przybywajcie rodzinnie, zapraszajcie znajomych nie tylko z Supraśla.

Co widział kamerdyner

 Sobota, 7 stycznia 2012 roku

Świątecznie we foyer Teatru Węgierki

    Nie jestem znawczynią sztuk teatralnych. Teatr kocham miłością spontaniczną i nie zastanawiam się nad wyborem spektaklu. Samo przebywanie w świecie komedii i dramatów, rozgrywających się na scenie magicznego budynku, pełnego różnych tajemniczych miejsc jest dla mnie zawsze wielkim przeżyciem.
Oglądając przedstawienie nie skupiam się tylko i wyłącznie na treści, ale na grze aktorskiej, na dekoracjach, kostiumach, rekwizytach, na całej tej rzeczywistości budowanej specjalnie dla mnie jako widza. Dobry teatr pobudza moje zmysły, uruchamia moją wyobraźnię, jednym słowem działa na mnie tak jakbym była jego częścią…
    Aktor i widz, najważniejsze, współzależne od siebie elementy sztuki teatralnej.
    Artysta powinien zagrać tak, żeby wciągnąć mnie we wszystkie niecne sprawki, intrygi, kłamstwa, miłosne przygody… Jego gra powinna rozgrzewać moje policzki do czerwoności, trzymać w napięciu do tego stopnia, żeby moje plecy prostowały się i odklejały od oparcia, miękkiego wygodnego fotela, a w rozpalonej głowie kotłowały myśli, co też się będzie działo dalej. Moja reakcja, moje zainteresowanie, powinno z kolei wyzwalać w odtwórcy cały kunszt aktorski, cały warsztat nabytych umiejętności i doświadczenia…

Teatr i ja

Moje Szczęście we foyer Teatru Węgierki

   Są sztuki teatralne, których nigdy nie zapomnę. Dwadzieścia lat temu byłam w Krakowie – Nowej Hucie, w Teatrze Ludowym na przedstawieniu „Iwona, księżniczka Burgunda” Witolda Gombrowicza, które reżyserował Jerzy Stuhr. On także wcielił się w postać króla Ignacego i tak zręcznie manipulował publicznością, że w pewnym momencie poczułam na sobie ciężar kostiumu jednej z dam dworu. Wspaniałe przeżycie…

   Zimą 2002 roku całą paczką pojechaliśmy na narty do Zakopanego. Tę góralską miejscowość ukochaliśmy najbardziej, jako że rozrywki tam dostatek. O tym ile razy jeździliśmy do Zakopanego, ile wrażeń stamtąd przywoziliśmy, ile przygód przeżyliśmy opowiem w moich OBRAZACH. Teraz wspomnę tylko o Teatrze Witkacego, z którym związany był przez wiele lat Piotr Dąbrowski, obecny dyrektor Teatru Węgierki w Białymstoku.
    Któregoś dnia po nartach, pojechaliśmy na przedstawienie do Witkacego. Nie podejrzewaliśmy jednak, że ten przybytek sztuki będzie oblegany i kiedy dotarliśmy do okienka kasy, przemiła pani powiedziała, że biletów już nie ma, na co moja przyjaciółka Marianna piskliwym głosikiem wykrzyknęła: - Jak to nie ma. Niech pani coś temu zaradzi. Przejechaliśmy szmat drogi. Z głębokiej prowincji jesteśmy i spektaklu nie obejrzymy!?  Marianna poraziła panią swoim wdziękiem posyłając szeroki radosny uśmiech i dodała: - Na pewno jakieś wolne miejsca się znajdą!?
    Pani z okienka głowę wychyliła i zapytała: - A skąd przybywacie i ile was jest?
- Jeden, dwa, trzy…dwanaścioro, z Białegostoku przybywamy – odpowiedzieliśmy chórem.
    Pani głową pokręciła, uśmiechnęła się i rzekła: - A to zmienia postać rzeczy, bo nasz pan dyrektor Dąbrowski w Białymstoku posadę dyrektora Teatru Węgierki nie dawno przyjął. A co grają teraz?
    Byłam na bieżąco i wyrecytowałam repertuar na wdechu, na co pani z okienka się uśmiechnęła i sprzedała dwanaście biletów.

   Teatr Witkacego był dla mnie czymś nowym. Siedzieliśmy bardzo wysoko na przedziwnie skonstruowanej widowni i oglądaliśmy widowisko, którego tytułu nie pamiętam. Na dole w przedziwnych dekoracjach, za transparentnymi parawanami, toczyła się akcja. Nagie kobiety zażywały kąpieli w publicznej łaźni i rozprawiały o miłości. Pamiętam scenę, kiedy jedna z nich wyciera swoje mokre ciało, a na matowym płótnie parawanu widać dokładny zarys jej zgrabnej sylwetki i uchwycony oburącz ręcznik, którym starannie i z wielką zmysłowością osusza swoją skórę. Pamiętam też króciutkie fragmenty tekstów recytowanych czy też śpiewanych przez aktorki. Nuciliśmy je po wyjściu z teatru:
- Ziemia jest sceną, a miłość głównym bohaterem…
- U pszczółek, jaskółek, pustułek szukaj prawdziwego szczęścia formułek…


Dorota Radomska i Piotr Dąbrowski

Katarzyna Mikiewicz i Maciej Radziwanowski

Bohaterowie komedii Joe Ortona - Co widział kamerdyner

    Tak się rozpędziłam, że zapomniałam o tym, „Co widział kamerdyner”.
A miało być o przedstawieniu Joe Ortona, w którym Piotr Dąbrowski zagrał doktora Prentica, psychoanalityka z kliniki dla psychicznie chorych. Nie skupię się na treści, bo to nie moje klimaty, humor ciężkawy, komedia nie śmieszna, głupawy żart, nie chciałabym powiedzieć żart angielski, bo to byłoby zbyt ogólne stwierdzenie, ale tak jak to wcześniej powiedziałam kocham teatr miłością spontaniczną i nie zawsze wiem, na co się wybieram, wiem jednak, że zawsze coś pozytywnego znajdę, co mnie zainteresuje, na co zwrócę uwagę. Magia teatru jest wielka i chociaż sztuka nie zawsze zachwyca, to aktor robi wszystko, żeby widza nie zrazić.
    Doktor Prentice od pierwszej chwili przykuł moją uwagę. Dlaczego?
Otóż po raz pierwszy widziałam Piotra Dąbrowskiego w tak przedziwnej roli.
Ruda peruka z zaczesaną na prawą stronę grzywką, wciąż opadającym kosmykiem włosów, poprawianym raczej w niemęski sposób zmieniła całkowicie, znany mi dotychczas, obraz aktora. Tę rolę, tak bardzo różniącą się od innych zgrał bardzo dobrze. Bawiły mnie jego ruchy, podskoki, gwałtowne zmiany nastroju, ciągłe krążenie wokół barku z alkoholem, sceny z bukietem kwiatów i wreszcie pozostawiona w nieładzie ruda fryzura z grzywką opadłą na lewą stronę czoła… Godny uwagi był także strój i buty w rudym kolorze…
    Ech…, panie Piotrze, znakomite przebranie…




czwartek, 5 stycznia 2012

Wspomnienie lata


Czwartek, 5 stycznia 2012 roku

   Za oknem hula wiatr, jest ciemno i nieprzyjemnie, pada deszcz ze śniegiem, tworząc błoto na mojej ulicy. Plusowa temperatura nie pozwala przetrwać białym płatkom śniegu, które w kontakcie z ziemią natychmiast się rozpuszczają.
   A w moim domu, gdzieś na końcu świata, na skraju Puszczy Knyszyńskiej, na zapomnianej przez władze miasteczka drodze, panuje cisza. Ciszę kocham najbardziej. To ona pozwala uporządkować myśli. Nic mną wówczas nie targa, ani jedna rozterka nie zakłóca mojego spokoju. W takiej chwili, kiedy nie chce mi się wyjść zaczerpnąć świeżego powietrza, ani też otworzyć okna, w obawie przed gwałtownym podmuchem wiatru, który nieproszony  wdziera się do wnętrza, hula po nim bez żenady, unosi do góry cieniutkie kremowe firanki, muska moje policzki, bezwstydnie zagląda pod sukienkę…siadam przy moim biurku i piszę…

   Typowo jesienna szaruga za oknem przywołuje wspomnienie lata, najpiękniejszą, najbardziej kolorową porę roku, czas obcowania z morzem i górami, lasem i łąką, gorącym piaskiem i poranną rosą, słońcem i ciepłym deszczem, magią miast i wiosek, geniuszem ludzkim i szarą codziennością…
   O wszystkich moich odkryciach, przygodach, wrażeniach chciałabym opowiedzieć za jednym pociągnięciem pióra, ale nie potrafię, nikt nie potrafi.

   Przenoszę się na pachnące morską wodą plaże i spaceruję po nagrzanym słońcem, białym jak mąka piasku, albo grzęznę po kostki w grubym żwirze, zostawiając tylko na chwilę ślady stóp, bo fale oceanu natychmiast porywają moje odciski i unoszą je gdzieś daleko w nieprzeniknione głębiny. Skaczę z kamienia na kamień, wspinam się wysoko na skalne wytwory o śliskiej porośniętej zielonymi glonami powierzchni, przykładam ucho do oślizłego meszku i słucham. Wszystko tu gada. Ciepły wiatr od morza przesyła opowieść za opowieścią, pieści rozgrzane ciało i odsłania moje wysokie czoło, jakby chciał zerwać ze mnie wszystko, co mnie okrywa. 

Rok temu w Acapulco - wszystko tu gada, i woda, i wiatr...

Acapulco - z kamienia na kamień...
   
Acapulco - chłodzę spalone słońcem stopy

Rok temu na Kubie - igraszki na plaży w Varadero

   A ja lubię te pieszczoty i nie dbam o moje czoło wystawione na silne działanie promieni słonecznych, które za chwilę wypalą je do czerwoności, odsłaniam pępek obnażając nie pierwszej młodości ciało. Ech…, gdyby nie ten zakazany owoc, który przepędził nagich małżonków z raju, nie wiedziałabym co to wstyd. Nie raz postanawiałam obwiązywać fantazyjnym zwojem materiału moje przemijające piękno, nie raz brałam ze sobą na plażę wielki kapelusz, w nadziei, że ukryję pod nim moje coraz bardziej poddające się grawitacji policzki, nie raz pakowałam do koszyka faktory, które pozostawały na skórze do pierwszej kąpieli, nie raz, nie raz, nie raz…  Niestety, moje postanowienia zawsze brały w łeb. Za każdym razem przegrywałam z igraszkami wiatru, słońca i wody, za każdym razem poddawałam się tym pieszczotom bez opamiętania, nie zapominając jedynie o założeniu na nos okularów przeciwsłonecznych, które pozwalały mi na swobodne oddawanie się tym niezliczonym przyjemnościom. Jakże szeroko mogłam otwierać oczy, żeby widzieć zaloty niewidzialnego kochanka. W każdą podróż zabieram kilka par okularów, biorąc pod uwagę, że którąś mogę zgubić, albo przez roztargnienie gdzieś zostawić. Moje szkła są magiczne, widzę przez nie bajeczne krainy, obrazy barwne i tajemnicze, widzę zapach i ciepło, które mnie omiata, widzę wiatr, który mnie spowija...,
widzę  i czuję…wspomnienie lata.

Zachodnia Francja - nabrzeże w Saint-Jean-de-Monts

    Z tej wędrówki po słonecznych plażach wyrwa mnie bardzo przyjemna wiadomość, a mianowicie:
Teatr Dramatyczny im. A. Węgierki w Białymstoku.
Rozwiązanie konkursu!
Podwójne zaproszenia na spektakl „Co widział kamerdyner” otrzymują:
6 stycznia, godzina 19:30 – pani Kasia Karbowska
7 stycznia, godzina 19:30 – pani Ewa Klimaszewska
8 stycznia, godzina 19:30 – pani Magda Dakowicz
Zaproszenia będą do odbioru w kasie Teatru na pół godziny przed rozpoczęciem spektaklu. Gratulujemy!

   Czy z takiego powodu można nie skakać z radości? Skaczę, cieszę się ogromnie i drżę z podniecenia, bo kocham teatralne klimaty!

   Białostocki Teatr Dramatyczny im. A. Węgierki, umieścił wczoraj na Facebooku taki oto komunikat:
UWAGA KONKURS!
Napisz, dlaczego chciałbyś zobaczyć spektakl "Co widział kamerdyner".
Odpowiedź należy zamieścić w komentarzu pod zadaniem konkursowym, na naszej tablicy.
Trzy najciekawsze odpowiedzi nagrodzimy podwójnymi zaproszeniami na spektakl "Co widział kamerdyner", które odbędą się w dniach 6, 7 i 8 stycznia o godzinie 19:30.
Konkurs trwa do jutra do godziny 12:00.
Powodzenia!
   Pomyślałam, że nie mam szans na nagrodę, bo na tablicy było już sporo komentarzy. Wpisałam więc: 
Też chciałabym zobaczyć :) Ale jak widzę nie mam szans z tak szacownym gronem teatromanów, zapalonych bywalców i znawców sztuki teatralnej :(   Ech..., znowu jakaś szalona tajemnica, tym razem ciekawskiego kamerdynera, przeleci mi koło nosa... I na cóż mi duże uszy i szeroko otwarte oczy...? Pozdrawiam serdecznie bywalców teatru i życzę szczęścia :()   Chi, chi, chi....

   A dzisiaj po przeczytaniu tej niezwykle miłej wiadomości dodałam:
Ach Boże! A to dopiero frajda :)  Czuję się jakbym wygrała milion na loterii w LOTTO !  Dziękuję po stokroć !  A niech to :))))

   A pod tym wpisem znalazłam komentarz Kamili Lebiedzińskiej, absolwentki Liceum Plastycznego, która miała mniej szczęścia:
Pani Ewo, wiedziałam, że tak będzie! :))  Gratuluję, życzę świetnej zabawy i czekam na recenzję na blogu!

   Kamilo, obiecuję będzie o tym na moim blogu.




poniedziałek, 2 stycznia 2012

ŚWIĘTA

   Poniedziałek, 2 stycznia 2012 roku

Świątecznie

   To już drugi dzień 2012 roku i aż nie chcę się wierzyć, że kolejny rok przeleciał tak szybko i zakończył się jak zwykle wieloma spotkaniami i miłymi życzeniami…

  Moje tegoroczne świętowanie rozpoczęło się już w niedzielę 18 grudnia, wspólnym śpiewaniem kolęd na białostockim Rynku Kościuszki, gdzie miała miejsce zorganizowana już po raz piąty miejska wigilia. Na scenie przed ratuszem wystąpiło kilkanaście chórów…

Białystok - wigilia na Rynku Kościuszki

Rozgrzewka przed wyjściem na scenę

Scena przed białostockim ratuszem - śpiewamy "Cichą noc"


    We czwartek 22 grudnia, zaproszono mnie do Liceum Plastycznego na wigilię poprzedzoną jasełkami.
   Młodzież szkolna tradycyjnie, jak co roku przygotowała ciekawe przedstawienie świąteczne, po którym nauczyciele, pracownicy administracji, zaproszeni goście, wśród których nie zabrakło burmistrza Supraśla, spotkali się w domowym teatrze Pałacu Buchholtzów przy stole, zastawionym wieloma wigilijnymi potrawami…

Świątecznie

Dekoracje w pałacu

    Wieczorem tego samego dnia mój niezrównany instruktor aerobiku złożył wszystkim swoim gimnastyczkom życzenia świąteczne. W miłej atmosferze wspomnień, ile to już lat fikamy razem, podzieliśmy się opłatkiem no i oczywiście zaśpiewaliśmy mocnym głosem „ Przybieżeli do Betlejem pasterze…”
  

    Dwa dni później w moim domu rozbłysły światełka na zielonym drzewku bożonarodzeniowym - ustawionym tym razem na tarasie - doskonale widocznym przez szerokie przeszklone drzwi. 
Przy odświętnie udekorowanym i zastawionym tradycyjnymi potrawami stołem zasiadło tym razem siedem osób.
Wieczerzę poprzedziła modlitwa, wspomnienie tych, co odeszli, dzielenie się opłatkiem i składanie życzeń. Dania na ciepło, dania na zimno, w tle kolędy, rozmowy, wspomnienia, pamiątkowe zdjęcia, rozmowa z Ewą, na Skype, przy uprzątniętym stole, bo ciekawski Antoś ciągle się tam wspinał, aż wreszcie zasiadł na środku i z wielkim zainteresowaniem przyglądał się temu, co działo się na małym monitorze przenośnego komputera…, 
a później pasterka...

Marianna - siostra męża i mój teść Mieczysław

"Wigilia od kuchni" - z Antosiem, synkiem siostrzenicy męża

"Wigilia od kuchni" - z synem Wojciechem

Antoś rozmawia z ciocią Ewą

   Do kościoła wyjechaliśmy kwadrans po 23:00, jako że nasz organista przygotował koncert kolęd, który rozpoczął się na pół godziny przed uroczystą mszą świętą. Żałuję, że nie zabrałam aparatu fotograficznego. Prawie całą przestrzeń przeznaczoną dla chóru wypełniały grające na przeróżnych instrumentach dzieci i młodzież, a także my dorośli, wesoło głosząc nowinę narodzin Dzięciątka. Piękna pasterka, piękne śpiewanie i granie…

   Pierwszy dzień świąt tradycyjnie zgromadził przy stole cztery pokolenia rodziny w domu mojego teścia. Czterech prawnuków, czterech wnuków, 
tym razem troje dzieci, bo Ewa z synem Florianem święta spędzała w Paryżu. Senior rodu, mój teść Mieczysław musiał przygotować szesnaście miejsc..., no może trzynaście, bo trójka dwulatków część wieczoru pełzała pod stołem, lub biegała z jednego pokoju do drugiego.
   Nie rozmawialiśmy o troskach i kłopotach, ale żartowaliśmy, wspominaliśmy miłe chwile…, przyjemne popołudnie wśród członków rodziny mojego męża…

Trójka dwulatków - Karolek, Majeczka i Antoś

   Drugi dzień świąt, był chyba najprzyjemniejszy, jako że świętowaliśmy moje imieniny i naszą rocznicę ślubu w gronie przyjaciół. Jakoś tak się złożyło, że nasze biesiadowanie rozpoczęła wizyta kolędników i wspólne śpiewanie, a kiedy już zaspokoiliśmy pierwszy głód, to przy akompaniamencie gitary przypominaliśmy wszystkie znane nam kolędy.
Potem Janusz uderzył w struny i zaintonował jeszcze:
Nie płacz Ewka, bo tu miejsca brak
Na twe babskie łzy
Po ulicy miłość hula wiatr
Wśród rozbitych szyb
Patrz poeci śliczni prawdy sens
Roztrwonili w grach
W półlitrówkach pustych S.O.S
Wysyłają w świat…
 
   Było i sto lat w różnych wersjach, no i wyśmienity tort mojej własnej roboty.


Przyjaciele i nasze świętowanie

Kolędnicy - Michał, Kamil, Jakub

Anieli w niebie śpiewają, wszystek świat uweselają...

A wczora z wieczora z niebieskiego dwora, przyszła nam nowina...

Cóż masz niebo nad ziemiany ? ...

Bracia patrzcie jeno, jak niebo goreje...

Cicha noc, święta noc, pokój niesie ludziom wszem...

Nie płacz Ewka, bo tu miejsca brak na twe babskie łzy...

Wiesia i Bogdan

Jan i Zosia

Grażyna, Krzysztof i Stefania

Joasia i Janusz
  
    Od kilku lat, w moim stałym gronie przyjaciół panuje moda na prezent w postaci składkowych pieniędzy i kupowanie go sobie samemu, więc wybrałam się z Zofią do galerii Alfa na zakupy po świętach. No i kupiłam sobie jasne bawełniane spodnie na moje podróże, skórzane brązowe buty do spodni - rodzaj oficerek, tylko nieco krótsze,  no i jeszcze spodnie na aerobik, bo stare już się wysłużyły i zaczęły przecierać tu i ówdzie. Po zakupach przyjaciółka zaprosiła mnie na obiad do siebie. Wspaniała uczta dla podniebienia. Mięsa na gorąco i na zimno, sałatki, ciasta. Nowym smakiem była dla mnie kaczka nadziewana figami i makowiec bez ciasta z mnóstwem przepysznych bakalii...

    We czwartek, 29 grudnia odwiedziły mnie moje dwie starsze nieco przyjaciółki, urocze Janiny. Już od progu hałasowały radośnie składając mi gorące życzenia imieninowe. To był kolejny dzień spędzony mniej aktywnie. Podałam barszczyk z uszkami i gorące wprost z piekarnika roladki – kiełbaski owinięte żółtym serem i ciastem francuskim. Były mojej roboty kruche ciasteczka i piernik w polewie czekoladowej posypany migdałami. Poczęstowałam moje przyjaciółki pyszną nalewką malinową, także własnego wyrobu. Sama wypiłam symbolicznie, jako że wieczorem czekała mnie ciężka praca – godzinne zajęcia z aerobiku. Jakże przyjemnie jest poćwiczyć po tylu dniach rozpusty...

   Ech…, święta!

 
   Stary Rok zaczęliśmy żegnać już 30 grudnia, zaproszeni przez naszych przyjaciół, Grażynę i Zenka, na świąteczną kolację do Jaroszówki.
Ich niezwykle ciepły dom, z mnóstwem różnych dekoracji, wielką kolorową choinką, ogniem w kominku, wyśmienitym jedzeniem na stole, rozgrzewającymi trunkami zachęcał do długiego biesiadowania i rozmów…

   Noc sylwestrową spędziliśmy z mężem właściwie w domu…Po godzinie 23:00 wybraliśmy się spacerkiem na supraski rynek, gdzie CKiR przygotowało zabawę z ogniskiem i pokazem sztucznych ogni…


   No i wczorajszy dzień Nowego Roku - jak zwykle obiad u mojego teścia, który w tym dniu obchodzi imieniny... Tym razem nie było Marianny, starszej siostry męża, bo zaraz po świętach wyjechała do Paryża, gdzie w gronie przyjaciół spędzała noc sylwestrową. Wojtuś także nie odwiedził dziadka. Odsypiał nie przespaną noc. Do domu wrócił w południe 1 stycznia Nowego 2012 Roku...

   Grudzień, a szczególnie druga połowa tego miesiąca obfituje w życzenia składane sobie nawzajem, niektóre krótkie banalne, inne znów wyszukane, ciekawe. Otrzymałam wiele życzeń świątecznych, a nawet listów, wysłanych pocztą, mailem, esemesem… A oto jedno z nich na zakończenie dzisiejszej kartki z pamiętnika:

Na Święta Bożego Narodzenia oraz w Nowym 2012 Roku życzę Ci Ewo pokoju.
 

Życzę ci uważnych oczu, które dostrzegą drobne sprawy naszego dnia codziennego i stawią je w prawdziwym świetle...
Życzę ci takich uszu, które wyłapią wszelkie przemilczenia i półtony...
Życzę ci takich rąk, które nie będą się długo zastanawiać, czy komuś pomóc...
Życzę ci odpowiednich słów w odpowiednim czasie
Życzę ci kochającego serca, któremu pozwolisz się prowadzić przez życie, aby wszędzie tam, gdzie ty, był i twój pokój...
Życzę ci miłości, szczęścia, poczucia bezpieczeństwa, wiele dobroci, przez którą człowiek każdego dnia staje się kimś więcej...
Życzę ci odpowiedniego wypoczynku i dobrego snu, bo to jest bardzo ważne...
Życzę ci takiej pracy, która sprawia radość i pozwala żyć dostatnio...
Życzę ci spotkań z takimi ludźmi, którzy będą cię kochać, którzy w chwilach trudnych dodadzą ci odwagi, którzy cię pocieszą, gdy przyjdzie na ciebie godzina smutku.
    /G./

Te piękne życzenia przekazuję także WAM,  MOI  DRODZY  CZYTELNICY.