sobota, 12 stycznia 2019

Afrykańska refleksoterapia…


   
Pobyt w Agadirze, przede wszystkim, miał na celu usprawnienie mojego narządu ruchu i poprawienie kondycji, zarówno fizycznej jak i psychicznej w czasie, kiedy w Polsce zimowa szaruga skutecznie obniżała moje samopoczucie. Od dawna siedział mi w głowie pomysł spędzenia kilku dni nad morzem i długich spacerów po piaszczystej plaży, boso! Okazja nadarzyła się w grudniu!
    Ci, co podróżują z rzadka albo wcale, pytają mnie często skąd brać środki na takie ekstrawagancje. Otóż, zapewniam, że zawsze można znaleźć wyprzedaże tanich pobytów za granicą w przyjemniejszym okresowo dla zdrowia klimacie. W sieci, tych, co na nie polują, często nazywa się łowcami, łowcy lotów, łowcy tanich biletów, łowcy promocji.
    Ja poluję cierpliwie przez cały rok i organizuję się w ostatniej chwili! Popularne na rynku turystycznym oferty first minute z licznymi bonusami są dla mnie za drogie i w moim przypadku nie możliwe do wykupienia z dużym wyprzedzeniem.

   
Ale wracajmy do jednej z najpopularniejszych miejscowości wypoczynkowych Maroka, nad Ocean Atlantycki. Za Wikipedią powtórzę, że ten nadmorski kurort zapewnia słoneczną pogodę przez trzysta dni w roku i posiada dziesięć kilometrów piaszczystych plaż.
    W grudniu, w Agadirze, przy temperaturze średnio około 25
°C spędziłam osiem cudownych dni stosując leczniczy masaż stóp, stymulując tym samym potencjał mojego organizmu do samouzdrawiania.
- Czy po takiej refleksoterapii odzyskałam fizjologiczny stan równowagi, a co za tym idzie i zdrowie, czy znacząco poprawiła się moja kondycja fizyczna?
- Raczej nie, ale za to wróciłam zrelaksowana i wypoczęta z jaśniejszym umysłem, pełnym wrażeń.
 

    Plaże Agadiru prezentowałam tutaj, dzisiaj pokażę je z innej perspektywy.
    Słowo agadir (أڭادير) w Maghrebie (region północno-zachodniej Afryki) oznacza ufortyfikowany wspólny strych lub spichlerz-twierdzę. Od tego berberyjskiego terminu pochodzi nazwa miasta Agadir. Może ktoś inaczej przetłumaczy to określenie, ja wyjaśnię jeszcze, że agadir to stanowisko obronne, w którym zazwyczaj znajdują się elementy wspólne takie jak cysterny z wodą, meczet, wieża strażnicza, pomieszczenie dla przedstawicieli rodzin, kuchnia, toalety… oraz elementy prywatne - magazyny. Jest i wyznaczone schronienie dla zwierząt gospodarskich.
    Agadiry często buduje się na terenach wspólnych i często na ziemiach będących własnością jednego dominującego klanu albo na nieużytkach na szczycie góry czy wzgórzu. Konstruuje się je z materiałów lokalnych, wapna, ubitej gliny, kamieni, cegły. W gliniane zazwyczaj ściany, postawione na kamieniach, montuje się drewniane drzwi, dekorowane wzorami uwidaczniającymi przede wszystkim wpływy Amazigh (Berberia) i Afryki Subsaharyjskiej (Czarna Afryka). Schody to najczęściej na wpół osadzone w murach wapienne płyty. Ich rolę pełnić mogą także poprzycinane drzewa palmowe.


    I to tyle na temat wyjaśnienia nazwy miasta, gdzie agadir skojarzył mi się z kasbą, której fragment, jako jedyny ze starej zabudowy, przetrwał po trzęsieniu ziemi 29 lutego 1960 roku. Dotknięty wstrząsami sejsmicznymi Agadir, liczący wówczas 40 000 mieszkańców, zanotował 15 000 ofiar śmiertelnych.

   
Skonstruowana przez króla marokańskiego, sułtana Abdullah al-Ghaliba w 1572 roku Casbah, Agadir Oufella została częściowo zrekonstruowana. Odbudowano mury, które otaczają dzisiaj pustą przestrzeń. Niegdyś były tam kręte, pełne życia uliczki. Nad bramą zachował się napis w językach holenderskim i arabskim Bójcie się Boga i czcijcie Króla. Napis na zboczu wzgórza, podświetlany nocą, brzmi podobnie Bóg, Ojczyzna, Król.



     Zanim pieszo udaliśmy się do szesnastowiecznej twierdzy, najpierw z okien pokoju hotelowego bacznie ją obserwowaliśmy. Wcześniej dowiedzieliśmy się, że jest to najniebezpieczniejsze miejsce w mieście i należy tam pojechać miejską, czerwoną petite taxi. Jakoś nie wyobrażałam sobie emocji związanych z samochodową wyprawą i po kilku dniach pobytu, w słoneczną, upalną niedzielę postanowiliśmy, że wzgórze z cytadelą zdobędziemy pieszo. Trasa była dość długa, ale bardzo przyjemna.


    Najpierw promenadą doszliśmy do portu jachtowego i pięknej mariny - osiedla wybudowanego na nabrzeżu. Innego dnia dokładniej mu się przyjrzeliśmy, szukając drogi do dwóch portów rybackich i dużego portu handlowego. Owszem znaleźliśmy wejście, a nawet trzy, ale niedostępne dla turystów. Jednak nie ubolewaliśmy z tego powodu, bowiem całe miasto ze swoimi portami widzieliśmy z twierdzy. Fantastyczna panorama!
   Marina ogrodzona jest metalowym płotem z zamkniętymi na klucz bramkami. Wewnątrz osiedla otoczonego białymi odpornymi na wstrząsy sejsmiczne domami urządzono piękne ogrody.



















    Uprzejmy Berber poinformował nas, że do drogi wiodącej na wzgórze najlepiej przejść mało widoczną ścieżką rozpoczynającą się tuż za wiaduktem. Skrót niewielki, ale pod błękitnym bezchmurnym niebem przydatny.

     Pierwszy zachwyt wywołali we mnie rowerzyści. Jedni wjeżdżali asfaltową drogą na górę, drudzy kamienistą szutrową zjeżdżali w dół. 






    Niby nie tak wysoko, ale na jednym oddechu w mocno przygrzewającym słońcu wspinaczka nie była wcale taka łatwa. Oddech łapaliśmy w czasie przystanków na zdjęcia i łyk wody. W drodze natknęliśmy się na grupę kloszardów, którzy odpoczywali w pobliskich krzakach. Czy tam mieszkali nie pytaliśmy, ale na przyjazny gest uniesionej do góry ręki, przyjaźnie im pomachaliśmy i nie zatrzymując się poszliśmy dalej.










     W kasbie spędziliśmy sporo czasu, obeszliśmy dookoła mury i przyjrzeliśmy się okolicy. Widoki wspaniałe na ocean i góry! Miejsce odpowiadało mojemu opisowi agadiry. 
























     Wewnątrz na zielonym pastwisku pasł się dromader. Co jakiś czas podnosił swój sympatyczny łeb i z lubością na naszych oczach przeżuwał zielsko. Myślę, że należał do kogoś, kto mieszkał w zielonym budynku przy stacji przekaźnikowej.
    Całe ogromne stado jednogarbnych wielbłądów (Camelus) zauważyliśmy też na dolnym pastwisku.  






     Czterdziesta czwarta rocznica ślubu to nie był ot taki sobie zwykły jubileusz, to była fantastyczna przygoda pod niebem Agadiru i jak się okazało uczestniczyli w niej i Berberowie, i Arabowie, i liczni turyści z Europy. Wędrówka w tę i z powrotem przebiegała bez zakłóceń i okazała się być bezpieczną. 




   Gdyby ktoś chciał dokładniejszego opisu Casbah, Agadir Oufella, służę ciekawym dokumentem w postaci zdjęcia z tekstem w języku francuskim.
 

Agadir, 12 i 17 grudnia 2018 roku

Maroko - inne posty na blogu

Plaże Agadiru
Afrykańska refleksoterapia  
W drodze do Essaouiry...

3 komentarze:

  1. Byłam w Agadirze w sąsiednim hotelu. W październiku było bardzo ciepło, woda w oceanie rewelacyjna, więc wypoczęłam wspaniale. Bardzo mi się tam podobało, choć jeszcze jest wiele tu do poprawienia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W grudniu woda w oceanie była zimna, ale nie za tak żeby nie móc do niej wejść...
      Pozdrawiam :)

      Usuń
  2. Świetna relacja Ewo. Dobrze, że postanowiliście złapać słoneczko i energię w egzotycznym kraju. Podziwiam Was za te długie spacery :).Piękne zdjęcia. My też łaziki, ale po wypadku męża i jego kontuzji nogi, musimy bacznie rozważać przyszłe podróże.
    Planowaliśmy w 2018 roku w grudniu odpocząć po wszystkich problemach też w jakimś ciepłym kraju, ale niestety w listopadzie miałam zabieg i było to niemożliwe.
    Teraz po styczniowej operacji muszę poczekać z wyjazdami do wiosny.
    Dam radę :)
    Ewuś życzę Ci wszystkiego dobrego. Trzymam mocno kciuki za Twoje sprawy.
    Moc uścisków!!!

    OdpowiedzUsuń