poniedziałek, 4 lipca 2016

Silvarium w Poczopku i wspomnienie Kruszynian




  
Poczopek
znam z czasów, gdy nie było tam jeszcze słynnego Silvarium i w dawnej leśniczówce przez jakiś czas mieszkał Stefan Krukowski syn Stefana Krukowskiego - leśnika, urodzonego w Białowieży i dyrektora tamtejszego Białowieskiego Parku Narodowego w latach 1975-1977.
    Żeby było wiadomo o kogo chodzi, rodzina i przyjaciele, juniora od chwili narodzin zwali Stefankiem. Dla ciekawości dodam, że kolejnemu potomkowi Krukowskich również nadano imię Stefan. To imię nosił także dziadek Stefanka, no i oczywiście wszyscy związani byli pracą w lasach. Dziadek urzędował w biurze Dyrekcji Lasów Państwowych, a jego syn po ukończonych w Warszawie studiach pracował początkowo w Białymstoku, później zaś w nadleśnictwach Katrynka i Żednia.
    Posadą dyrektora białowieskiego parku ojciec Stefanka, cieszył się niedługo. Zmarł mając zaledwie trzydzieści siedem lat. Jednak w ciągu tak krótkiego życia zdążył zaskarbić sobie wiele przyjaźni. Często służył pomocą innym, był społecznikiem, udzielał się w wielu stowarzyszeniach i organizacjach. Był znany, lubiany i szanowany nie tylko na Podlasiu.
    Aż trudno pojąć ile zapału, energii, sił, entuzjazmu posiadał w sobie. Godził nie tylko życie zawodowe, społeczne i rodzinne, ale miał także czas na swoją zbieracką pasję. Kolekcjonował  samowary i lampy naftowe, zegary ścienne, białą broń, meble, porcelanę oraz inne przedmioty. Tę wspaniałą kolekcję odziedziczył po ojcu Stefanek i właśnie w Poczopku mogłam ją zobaczyć i się zachwycić...

   
Dzisiaj w Poczopku swoją siedzibę ma Nadleśnictwo Krynki. Na jego stronie internetowej czytamy:
    Teren nadleśnictwa w całości wchodzi w skład Leśnego Kompleksu Promocyjnego „Puszcza Knyszyńska". Południowo-zachodnia część naszego nadleśnictwa to lasy olbrzymiego kompleksu Puszczy Knyszyńskiej, natomiast pozostała, a w szczególności wschodnia, stanowi pas nadgraniczny, gdzie znaczne powierzchnie zajmują powojenne zalesienia porolne. Według podziału fizyko-geograficznego
J. Kondrackiego teren ten należy do podprowincji Wysoczyzny Podlasko- Białoruskiej i wschodniej części makroregionu zwanego Niziną Północno-Podlaską. Obecnie Nadleśnictwo gospodaruje na obszarze 14848,3558 ha.


    
Jak już wspominałam w jednym z poprzednich postów Poczopek odwiedzam systematycznie od wielu lat. Wybieram się tam zazwyczaj ze znajomymi, którzy zjeżdżają do Supraśla na jednodniowe lub kilkudniowe pobyty i pragną poznać nie tylko miasto ale zwiedzić także okolicę.

   
Nie chcę szczegółowo opisywać tego miejsca, bowiem poczopkowe Silvarium znane jest nie tylko w Polsce. Do leśnego ogrodu, prowadzonego z wielką pasją i starannością przez kryńskich leśników, zjeżdżają także zagraniczni goście. Każdy może się tutaj dokształcić, uzupełnić wiedzę o świecie przyrody na specjalnych spotkaniach edukacyjnych. Niemalże codziennie dzieje się w Poczopku coś ciekawego. Opowiadają o tym pracownicy nadleśnictwa dziennikarzom, turystom, młodzieży szkolnej i przedszkolakom, a ci z kolei swoje wrażenia przelewają na strony gazet, znajdujemy je na blogach, portalach społecznościowych, wypracowaniach szkolnych, dziecięcych rysunkach...

  
Informacji na temat jak tutaj dojechać i gdzie się zatrzymać znajdziemy w internecie mnóstwo. Z poruszaniem się po rozległym terenie nadleśnictwa nie ma problemu. Wszędzie stoją tablice poglądowo-informacyjne, widoczne są kierunkowskazy, tabliczki z nazwami zwierząt, roślin, kamieni...

   
Nie tak dawno na terenie leśnego ogrodu urządzono romantyczny zakątek z dwoma ławkami, jedna z wyrzeźbionym sercem przebitym strzałą przeznaczona jest dla zakochanych, druga z połówką serca dla poróżnionych.
    Samotni wędrowcy wiedzą już, że siadając na takiej ławeczce mogą liczyć na łut szczęścia - a nuż strzała Kupidyna trafi i w ich serca. A więc jeżeli ktoś z was szuka miłości niech nie zapomina o zakątku zakochanych. Może właśnie tam, w Poczopku, dosiądzie się do was druga połówka...
   
W pobliżu ławeczek stoi bardzo ciekawe urządzenie do pomiaru czasu, a mianowicie słoneczny zegar równikowy, a tuż obok kotwica z łańcuchem naciągniętym jak struna pomiędzy ziemią a niebem. Zastanawiałam się jak to możliwe, że sztywno umocowane ogniwa nie runą, nie wykrzywią się, nie złamią.
    Leśnicy mówią, że romantyczny zakątek powinien kojarzyć się ze słońcem i to właśnie kotwica ma za zadanie zatrzymać je w Poczopku  tak, żeby nieustannie świeciło dla zakochanych. 





























































    Kto czytał poprzednie posty ten pamięta, że na majową wycieczkę wybrałam się z moją przyjaciółką Marianną. Nie omieszkałyśmy wpaść i do Kruszynian, gdzie jak zwykle przywitała nas serdecznym uściskiem Dżenneta, której zapał, energię, pasję tworzenia, działanie, podziwiam także, od wielu, wielu lat, jeszcze od czasów kiedy mieszkała w Supraślu i zaistniała w nim już wtedy swoimi potrawami, a potem przeniosła się do tatarskiej wsi i zaistniała w świecie.
    Fenomenalna, a nade wszystko pomysłowa i niezwykle pracowita kobietka. Wpadaliśmy do jej domu z przyjaciółmi na jedzonko niemalże od samego początku, wtedy kiedy jeszcze stała tam jedna drewniana chałupa wypełniona pamiątkami. Pamiętam kiedy Dżenneta sprowadziła do Kruszynian pierwszą jurtę i kiedy Marianna zorganizowała w niej swoje imieniny. Kombinowaliśmy na tę okazję specjalne przebrania.
    Ech, cuda, niewidy dzieją się w gospodarstwie agroturystycznym państwa Bogdanowiczów, chociaż to nie jest już to samo miejsce co przed laty. Bywa tutaj tłoczno, do Kruszynian zjeżdżają liczne grupy turystów. Kiedyś siadaliśmy przy jednym długim stole razem z gospodarzami i słuchaliśmy opowieści, dzisiaj Dżenneta ma niewiele czasu dla swoich starych znajomych, ale zawsze z uśmiechem i radością nas wita.