poniedziałek, 8 sierpnia 2011

OBRAZ VI Jaś i Małgosia

CD

 Okres przedszkolny upływał beztrosko. Lubiłam przedszkole, moje koleżanki i kolegów z grupy. Częściowo parterowy, częściowo piętrowy budynek z czerwonej cegły, niegdyś dom parafialny supraskich ewangelików, z jednej strony wychodził na ulicę z drugiej na ogród otoczony wysokim płotem, przy którym rosły drzewa liściaste.

Jestem po środku w czapce z białej karbowanej bibuły, obok naszej pani

 Na środku ogrodu pięły się ku górze stare świerki, rzucając na ziemię duże plamy cienia w słoneczne dni. Obok jednego z nich znajdowała się piaskownica obramowana niską drewnianą bandą, wykończona poziomo zamontowaną deską, na której siadały dzieciaki, albo ustawiały tam swoje babki z piasku.


Załoga  "Jasia i Małgosi"

Tuż obok piaskownicy rozpościerał się ogromny ocean, po którym pływał pokaźnych rozmiarów żaglowiec imieniem Jaś i Małgosia z zatkniętą na dziobie biało czerwoną banderą. W mojej grupie ja byłam Małgosią, a Marek Jasiem.  Z załogą marynarzy pływaliśmy po morzach i oceanach, zawijaliśmy do portów w poszukiwaniu przygód i piernikowej chaty Baby Jagi. Wspaniała zabawa. Każdy miał na sobie odpowiednie ubranka. Dzisiaj zastanawiam się skąd pochodziły te wszystkie kompletne marynarskie stroje.


Jaś i Małgosia czyli Marek i ja

Marek był nie tylko moim Jasiem, ale także partnerem do tańca. Tworzyliśmy parę numer jeden. Te taneczne zamiłowania zostały nam do dzisiaj, a Marek, już jako student Akademii Medycznej, startował w turniejach tanecznych.


Stoję na burcie

Lubiłam towarzystwo chłopaków, z nimi mogłam wspinać się po drzewach, wisieć jak małpka na najwyższych szczebelkach drewnianej przelotni, huśtać się bez strachu na wszystkich huśtawkach, grać w wojnę, biegając po ogrodzie z wymyśloną bronią i grzebiąc pokonanych w jesiennych liściach, których było całe mnóstwo pod płotem. Mazgaje mnie nie interesowały. Niektóre koleżanki były mniej sprawne fizycznie. Do takich dziewczynek należała Ela, kruche dziecko w pełnym tego słowa znaczeniu. Ze względu na ciągłe problemy zdrowotne, a także słaby wzrok, Ela unikała szalonych zabaw. Jeden, jedyny i ostatni raz udało mi się namówić Elę na „koniki”. Usiadłyśmy na długiej desce zakończonej po obu stronach końskim łbem przebitym na wylot kołkiem, który służył jako uchwyt do trzymania zwierzęcia w ryzach. Kiedy moja towarzyszka zabawy znalazła się na górze ześlizgnęłam się z deski, a drugi koniec, na którym siedziała uderzył o ziemię. Ela spadła rozbijając okulary.
Nie raz wygłupialiśmy się w ten sposób, ale nigdy nikomu nic się nie stało, bo każdy potrafił zaradzić upadkowi, amortyzując nogami przyciąganie ziemskie. Ona tego nie potrafiła.

Następnego dnia w przedszkolu pojawiła się mama Eli. Poprosiła mnie o chwilę rozmowy. Nie krzyczała na mnie, nie robiła mi wyrzutów, nie obwiniała mnie za ten wypadek, po prostu opowiedziała mi wszystko o swojej córce, o jej skomplikowanej chorobie, mówiła dlaczego nieraz ma zabandażowane przedramiona, jak często chodzą na wizyty lekarskie i jak drogie są szkła, które ona nosiła. Nie prosiła także o zwrot pieniędzy za naprawę okularów, a także ani słowem nie wspomniała o tym moim rodzicom. Zrozumiałam wszystko i nigdy więcej nie zrobiłam jej krzywdy, od tamtej pory chroniłam ją przed tego typu zdarzeniami i jeszcze wtedy nie wiedziałam, że już wkrótce mama Eli będzie moją wychowawczynią przez osiem lat szkoły podstawowej.

Pani Irena, wychowawstwo klasy pierwszej „a” objęła we wrześniu 1960 roku. Była to skromna kobieta, średniego wzrostu z ciemnymi gładko zaczesanymi do tyłu włosami zebranymi w koczek. Czasami jakiś niesforny kosmyk wymykał się z jej prostej fryzury i błąkał zalotnie po czole.
Mieszkała ze swoimi rodzicami i czwórką dzieci przy ulicy 11 Listopada. Mąż pani Ireny zmarł. Sama wychowywała dwie córki i dwóch synów: Basię, Andrzeja, Elę i Marka. Często odwiedzał ich ksiądz Stanisław,  brat pani Ireny.

Szkoła podstawowa w tamtych latach mieściła się w obecnej siedzibie Urzędu Miasta i Gminy, a także w parterowym, drewnianym budynku po przeciwnej stronie ulicy, do której uczęszczały dzieci starsze.

 Do klasy pierwszej „a” przyjęto wielu przedszkolaków z mojej grupy. Czułam się doskonale wśród znajomych młodych naukowców, których wyposażono w tornistry, Elementarze, zeszyty w dwie linie, i drewniane piórniki zasuwane klapką. W takim piórniku mieściło się wiele skarbów, był tam ołówek, kredki, linijka, pióro i kilka stalówek, a także gumka myszka i plastelina. Jak tylko poznaliśmy bohatera z książeczki Marii Kownackiej „Plastusiowy pamiętnik”, to od razu w każdym drewnianym pudełku zamieszkał mały gość misternie ugnieciony z miękkiej, bardzo plastycznej masy. Oczywiście miał duże uszy, krótkie spodenki na szelkach i spał na wycieraczce do stalówek.

W klasach, w trzech rzędach, stały drewniane ławki z nieco pochylonymi blatami, pomalowanymi zieloną błyszcząca farbą. W każdej z nich wycięty był okrągły otwór na kałamarz. Pamiętam lekcje kaligrafii. Nasza Pani starannie pisała kredą litery na tablicy, przyciskając w niektórych miejscach mocniej, pogrubiając w ten sposób część litery.
Kiedy już się napatrzyliśmy jak należy prowadzić rękę, zaczynaliśmy sami pisać w specjalnie przeznaczonym do kaligrafii zeszycie. Nie było to takie proste zadanie. Często na niebieskich linijkach pojawiały się granatowe wesołe kleksy. Atrament spływał po śliskiej stalówce i zanim się spostrzegliśmy spadał na kartkę tworząc ciekawe w kształtach plamki, Nieraz porównywaliśmy je i wybieraliśmy najładniejszą. To były zabawne ćwiczenia, wyrabiające sprawność ręki, precyzję, staranność i cierpliwość. Każdy kajecik posiadał bibułę, która suszyła zapisaną stronę.
Pani chodziła między ławkami i pomagała tym mniej sprytniejszym. Szybko się uczyłam i wkrótce sama zaczęłam chodzić po klasie i sprawdzać jak inni sobie radzą. Nie należałam do tych, którzy spokojnie mogą usiedzieć w ławce kilkadziesiąt minut.

Wydanie elementarza z 1960 roku

 Niesamowite były także moje przygody z Elementarzem, który pobudzał moją wyobraźnię. W pierwszym zdaniu tego podręcznika „Ala ma Asa” aż pięć razy występuje litera „a”, dwa razy jako duża i trzy razy jako mała…Marian Falski stworzył znakomity podręcznik z łatwymi dla dzieci tekstami uczącymi naraz czytania i pisania. Obok wyrazów i ilustracji pojawiały się wzory liter pisanych. Ujednolicona wersja elementarza, na wiele lat stała się obowiązującym podręcznikiem szkolnym dla klas pierwszych.

Moja klasa przed kinem Jutrzenka w Supraślu

Ważną rzeczą był także ubiór. Wszystkie dziewczynki nosiły granatowe fartuszki z białymi kołnierzykami, które łatwo można było odczepić i wyprać. Nieraz widziałam jak mama je pierze i krochmali, a potem na mokro prasuje, żeby były idealnie gładkie i lekko błyszczące. Żeby przełamać monotonność stroju przyozdabiała je kolorowymi haftami łowickimi, starannie dobierając różnobarwne nici tak, żeby wyhaftowane kwiatki wyglądały naturalnie i radośnie. W tych czasach o cienkich rajstopkach żadna z nas nie marzyła. Nosiłyśmy grube bawełniane rajstopy, które szybko traciły kurczliwość i marszczyły się na kolanach i nad skórzanymi kamaszkami zakrywającymi kostki.

CDN

6 komentarzy:

  1. Masz bogatą przeszłość, Ewuniu :) Ja zdjęć z dzieciństwa mam bardzo niewiele, za to wspomnień cały wór. Nie chodziłam do przedszkola, tylko do tzw. "zerówki" i raczej nie wspominam tego czasu dobrze. Ale ty, kiedy patrzę na twoje zdjęcia, ach, zazdroszczę ci tego dzieciństwa oraz tego, że tak swobodnie o nim piszesz. Często mój pape opowiada mi o jego dzieciństwie z lat 40' i 50', lato nad Parsętą, w lasach i na uroczyskach, czy u krewnych nad morzem. Bez ciągłości z przeszłością czy można w ogóle mówić o przyszłości?
    A tak dla hecy... Ja w zerówce też najczęściej trzymałam się koło Pani*. Przez jakiś czas była nią wspaniała kobieta, dusza człowiek. Opiekowała się nami nawet będąc w zaawansowanej ciąży. Gdy reszta dzieci biegała po parku, ja najczęściej trzymałam ją za rękę, siadywałam na ławce obok a ona pozwalała mi posłuchać czy dzidzia kopie :D

    Pozdrawiam cieplutko, znowu odrzutowce robią smugi, całe niebo w kreskach i zaszło w ciągu paru minut chmurami. To jakaś większa afera X,D
    :**

    OdpowiedzUsuń
  2. @ Anhelli
    Tak, to jakaś większa afera z tymi odrzutowcami, bo jak to możliwe, żeby lato było takie brzydkie...Ciepła nie wiele, słońce schowane za grubą warstwą chmur, a na dodatek deszcze i nadmiar wilgoci mnoży komary, kwiaty w ogrodzie nie mogą w pełni pokazać swojego piękna, szybko przekwitają, albo gniją...

    Moje dziecięce lata, a szczególnie te przedszkolne, dobrze przygotowały mnie do nowego okresu mojego życia, a mianowicie szkoły podstawowej..., potem nie było już tak różowo ;)

    Dzięki za komentarz. Podobał mi się bardzo Twój post z 8 sierpnia Św.Augustyn - Wyznania. Księga III. Będę do niego wracać jeszcze nie raz.
    http://minos-minal-omfalos.blogspot.com/2011/08/sw-augustyn-wyznania-ksiega-iii.html

    Pozdrawiam, życząc Tobie i sobie czystego błękitnego nieba i jeszcze upalnego lata :)))

    OdpowiedzUsuń
  3. Augustyn dopiero po studiach stał mi się bliski. Wcześniej mało czytałam chrześcijańskich filozofów, myślicieli... Mam jeszcze sporo jego tekstów, na pewno znajdziesz dla siebie coś odpowiedniego jeszcze nie raz. :) Cieszę się, że się podobało.
    Lato w tym roku jest do bani, ale wbrew temu czy i kto za tym stoi, przecież i tak na to jedno nie mamy wpływu. Mnie się już przejadło lato i w tej gorącej, i te w zimnej wersji :)
    Chyba przerzucę się na jesień. Ps: Jutro emigruję na Południe. Zobaczymy, co z tego wyjdzie... ;)
    Pozdrawiam cieplutko, życząc twoim kwiatom dogodnej dlań pogody :) :*

    OdpowiedzUsuń
  4. @ Anhelli
    Jak to pięknie zabrzmiało "emigruję na Południe".
    Ja też chcę na Południe! Też wyemigruję, ale dopiero jesienią!
    Buziaki :)))

    OdpowiedzUsuń
  5. Miałam na myśl południe Polski, słońce ;)

    OdpowiedzUsuń
  6. @ Anhelli
    Wiem,wiem, Słońce;)

    OdpowiedzUsuń