sobota, 25 lutego 2012

Ślady Boga


San Giovanni Rotondo

    Ponieważ w Kościele Katolickim rozpoczął się okres Wielkiego Postu, dlatego mój dzisiejszy wpis poświęcę jednej z moich podróży związanych z pielgrzymowaniem do miejsc świętych.

    Celem mojej pierwszej pielgrzymki był Rzym. Chciałam jedynie nawiedzić grób Wielkiego Polaka, papieża Jana Pawła II i podziękować Bogu za dar dobrego życia. Nie zdawałam sobie sprawy, na czym polega pielgrzymowanie z grupą nieznanych mi osób, ani też nie byłam w pełni świadoma, czym jest modlitwa we wspólnym wędrowaniu. Nie przypuszczałam wówczas, że pielgrzymowanie to rekolekcje, a modlitwa dojrzałych chrześcijan, to modlitwa przebłagania, dziękczynienia, prośby, uwielbienia…, a tradycyjne jej formy: różaniec, litanie, psalmy, koronki, nowenny, akty, pieśni… to niezwykłe bogactwo. Uczę się nieustannie!

    Nie lubię zgromadzeń, ani też wielkich świątyń wznoszonych na potrzeby peregrynujących. Anonimowy tłum wywołuje we mnie uczucie mojej anonimowości. Mam wrażenie, że Bóg mnie nie widzi, mnie, która ze wszystkich sił chce mu się przypodobać. Takie myślenie dziecka tkwi głęboko w mojej głowie, bo właśnie w dzieciństwie uczono mnie, że niczego przed Bogiem nie ukryję, że za każdy zły występek zostanę ukarana. Długo żyłam ze świadomością istoty grzesznej, której nic nie było wolno. Bałam się śmiać i cieszyć, żeby nie obrazić Boga moim szczęściem. Uczono mnie skromności, pokory, cichości, a nie uczono mnie wiary w siebie. Trudne to były czasy, ale nadszedł moment, kiedy Bóg wypatrzył mnie z wysokości i stał się dla mnie łaskawy. Odtąd stawiał na mojej drodze ludzi mądrych, radosnych, potrafiących cieszyć się drobiazgami, ludzi rozdających dobroć i miłość. To od nich czerpałam wiedzę i uczyłam się życia. Dzisiaj dziękuję Bogu, że dostrzegł mnie w tłumie.
    Na moje szczęście wielkie hale modlitewne powstają przy małych kościołach i tam mogę zanosić moje modlitwy dziękczynne, a także ośmielam się prosić o łaskę dobrego życia dla siebie, moich bliskich, a także wszystkich tych, którzy modlitwy potrzebują.

    Do Rzymu pojechałam w czerwcu 2007 roku. Ale zanim dotarłam do tego miasta, gdzie potęga Kościoła znalazła swój najwyższy wyraz w budowie Bazyliki Świętego Piotra i zespołu Pałaców Watykańskich, odwiedziłam po drodze Wiedeń ze wzgórzem Kahlenberg i Weronę.

Wiedeń - katedra św. Szczepana

Wiedeń - na placu przed katedrą św. Szczepana Męczennika

    Na wzgórzu Kahlenberg byłam już kilka razy, nigdy jednak nie uczestniczyłam tam w pielgrzymkowej mszy świętej. Było to dla mnie ogromne przeżycie, jako że tego dnia czytałam publicznie fragment ze Starego Testamentu. Po mszy świętej syciłam oczy panoramą Wiednia, rozciągającą się ze wzgórza, a potem podziwiałam miasto z jego wspaniałą gotycką Katedrą Świętego Szczepana Męczennika. Nie miałam jeszcze wtedy mojej niezawodnej lustrzanki, jedynie mały aparat cyfrowy, który najlepiej spisywał się w plenerach.

Kościół św. Józefa na wzgórzu Kahlenberg

 Kahlenberg - przed kościołem św. Józefa

    Zanim dotarłam do Werony podziwiałam Alpy Weneckie z szeregiem odrębnych krasowych masywów ciągnących się na przestrzeni 190 kilometrów, pomiędzy dolinami rzek Tagliamento i Adygi.

Alpy Weneckie

    Wzdłuż tej ostatniej wznosi się jedno z najbogatszych miast północnych Włoch, Werona, o której można rozprawiać w nieskończoność. Epoki: rzymska, średniowieczna, rodu Della Scala, wenecka, austriacka pozostawiły po sobie wiele ciekawych i cennych architektonicznie budowli. Zwiedziłam niektóre z nich: romańskie mury Galiena; Łuk Gavi; Piazza delle Erbe, czyli Plac Ziół, ze słynnym pałacem Maffei i kolumną z uskrzydlonym lwem św. Marka, symbolem Republiki Weneckiej; Piazza dei Signori, zwany placem Dantego; średniowieczny łuk nad uliczką Maria Antica i dziewięć bogato zdobionych sarkofagów ze strzelistymi dachami zakończonymi pomnikami zmarłych na koniach – grobowce najpotężniejszej werońskiej rodziny Della Scala; zatrzymałam się pod balkonem domu Julii przy Via Cappello, przeczytałam kilka wersów z szekspirowskiego dramatu na domu Romea; potem jeszcze rzymski amfiteatr Arena i wreszcie wzgórze Świętego Piotra z zamkiem, Teatrem Rzymskim i XV wiecznym budynkiem dawnego klasztoru Jezuatów zwanych, fraticelli dello spirito, jako że produkowali ziołowe leki i trunki rozgrzewające na bazie spirytusu …

Werona - Santa Maria Antica - grobowce rodziny Della Scala

Kolumna z uskrzydlonym lwem św. Marka na Piazza del Erbe

Wzgórze św. Piotra

Piazza dei Signori - pomnik Dantego

    Pamiętam, że przecudny widok ze wzgórza na dolinę Adygi i miasto po obu jej stronach wywołał we mnie tak wielką radość, że rozłożywszy ręce wlepiłam wzrok w błękitne niebo i kręcąc się powoli wokół własnej osi zaczęłam nucić dość głośno tenorową arię księcia Mantui z opery Rigoletto Verdiego – La donna è mobile - czyli kobieta zmienną jest. Pamiętam także, że dołączył do mnie ze swoim pięknym tenorowym głosem pewien młody mężczyzna, który w zachwycie także rozpościerał szeroko swoje ramiona, a moja rozbuchana wyobraźnia malowała już obraz, jak owe szeroko rozpostarte ramiona zamykają mnie w ciasnym i ciepłym uścisku. Ech…, te radosne chwile zapisałam cyfrowo…

Widok na dolinę Adygi i Weronę

     Z nadmiaru szczęścia zapomniałam, w jakim kościele, przed wyjazdem do Rzymu, została odprawiona popołudniowa msza święta, z której pozostało mi jedynie nie zidentyfikowane zdjęcie.
    Stolica Włoch przywitała nas bezchmurnym niebem i wysokimi temperaturami. Cieszyłam się, że ten największy skarbiec Europy przez kilka dni będzie mój.
    Świadoma tego, że Rzymianie szukali źródeł i inspiracji w kulturze hellenistycznej odnajdywałam świątynie na planie koła, obserwowałam style kolumn, łuki, amfiteatry…
    Wiedziałam, że sztuką grecką kierowała idea czystej harmonii i piękna, monumentalne zaś dzieła Rzymian nosiły znamiona użyteczności…
    Po upadku Imperium miasto nadal było kulturalnym centrum świata. Stało się stolicą chrześcijaństwa, a sztuka w okresie Renesansu i Baroku rozwijała się jak za czasów antycznych. Mogłam stanąć naprzeciw największych osiągnięć geniuszu artystycznego i podziwiać arcydzieła Bramante, Rafaela, Michała Anioła.
     Nie zapomniałam o celu mojej pielgrzymki. Kolejka do grobu papieża Polaka nie była, aż tak długa jak się spodziewałam. Wolnym krokiem ludzie różnych narodowości zmierzali do Bazyliki Świętego Piotra, gdzie w podziemnych kryptach pochowano Jana Pawła II. Procesji tej towarzyszyła cisza sprzyjająca indywidualnym modlitwom. Pozwolono nawet naszej licznej grupie zatrzymać się nieco dłużej przy płycie nagrobnej. To był wyjątkowy moment, bo oto moje postanowienie urzeczywistniło się.
    W związku z beatyfikacją papieża Polaka Jana Pawła II grób przeniesiono z Grot Watykańskich do kaplicy św. Sebastiana w Bazylice Świętego Piotra.

Na Placu Świętego Piotra

Rozpoczyna się audiencja papieska

    Następnego dnia raz jeszcze odwiedziłam bazylikę, tym razem zaopatrzona w specjalny bilet wydany przez Prefettura Della Casa Pontifica umożliwiający mi uczestnictwo w audiencji papieskiej.

W Bazylice Świętego Piotra

    Mój pobyt w Rzymie kończyła msza święta w jednej z kaplic Bazyliki św. Pawła za Murami. Tę wspaniałą budowlę sakralną wzniesiono w miejscu gdzie św. Lucyna pochowała ciało Świętego.

Podziwiamy Bazylikę Świętego Pawła za Murami

Bazylika Świętego Pawła za Murami

Wnętrze Bazyliki Świętego Pawła za Murami

Msza św. w jednej z kaplic bazyliki

    Wyjeżdżając z Wiecznego Miasta drogą Via Appia Antica dotarłam do Katakumb św. Kaliksta. Tutaj w małej naziemnej bazylice zwanej Tricore - nazwa pochodzi od trzech apsyd określających plan budowli – księża pielgrzymujący razem z nami, odprawili poranną mszę świętą. Do naszych czasów zachowały się dwie Tricore, które odnowiono; wschodnia pełni rolę mauzoleum, w której przechowuje się napisy z cmentarza i fragmenty sarkofagów przedstawiające sceny ze Starego i Nowego Testamentu. Jednym z najciekawszych jest Sarkofag Dziecka z bogato rzeźbioną stroną przednią, taki mały ilustrowany katechizm…

W naziemnej bazylice Tricore

    Po mszy zeszliśmy do podziemnego cmentarza, miejsca gdzie pochowano ośmiu papieży, wielu męczenników i około pięciuset tysięcy chrześcijan. Oglądałam najstarsze krypty katakumb. Najbardziej utkwiła mi w pamięci Krypta św. Cecylii. Wywodzącą się z rodziny patrycjuszy, Cecylię, która złożyła śluby czystości, zmuszono do małżeństwa z Walerianem. Za sprawą żony, Walerian przyjął chrzest i także złożył śluby czystości, wkrótce za grzebanie męczenników został ścięty. Cecylię także wydano władzom i skazano na ścięcie. Ciało Świętej, w nienaruszonym stanie w pozycji leżącej odkryto na początku dziewiątego wieku i na polecenie papieża św. Paschalisa I złożono w bazylice jej poświęconej na Zatybrzu, gdzie niegdyś mieszkała wraz ze swoim mężem. Marmurowy posąg leżącej Cecylii, wyrzeźbiony przez Stefano Maderno znajduje się w ołtarzu głównym, natomiast kopię tego słynnego dzieła umieszczono w katakumbach…

Św. Cecylia dłuta Stefano Maderno w bazylice na Zatybrzu

Krypta św. Cecylii w Katakumbach św. Kaliksta

    Jeszcze tego samego przedpołudnia ochłody szukałam w ogrodach d’Este w Tivoli, ale to jest temat na inne wspomnienia.

Ogrody d'Este w Tivoli

    We wczesnych godzinach popołudniowych dotarliśmy do Pietrelciny, rodzinnej miejscowości Ojca Pio. To niewielkie miasteczko zrobiło na mnie ogromne wrażenie, bowiem należy do tych moich ulubionych, kamiennych; i chociaż przepływ turystów notuje się tutaj duży, Pietrelcina wydaje się być nietknięta hałaśliwą cywilizacją. Po wąskich i ciasnych uliczkach najstarszej dzielnicy Rione Castello, której początki sięgają czasów przedchrześcijańskich, można przejść tylko pieszo. Spacerowałam między murami kamiennych domów, pokonywałam kolejne kamienne schodki między różnymi poziomami uliczek, mając wrażenie, że przechodzę z pokoju do pokoju, gdzie w otwartych drzwiach każdego z nich stoi życzliwa uśmiechnięta osoba i zaprasza do kolejnych pomieszczeń.

Pietrelcina


    Najciekawsze było to, że przed wieloma drzwiami można było coś kupić. A to ktoś przed dom wywiesił plecione ręcznie koszyki, a to ktoś sprzedawał czosnek, ktoś inny wystawił w kartonie rozmaryn, którego zapach przyciągał z daleka…

Kamienna zabudowa i uliczki Pietrelciny

Kupiłam czosnek

A może jakiś koszyczek ?

Idę do kościoła św. Anny

Uliczka Pietrelciny

    Ech…, rozmarzyłam się, takie proste bez pośpiechu życie podobało mi się, tym bardziej, że między murami panował przyjemny chłód. Zajrzałam do kościoła św. Anny, w którym Francesco Forgione - Ojciec Pio był ochrzczony i gdzie spędzał długie godziny na modlitwach i medytacjach.

Pietrelcina - w stronę domów Ojca Pio

Dom wujka Michele

Uliczki dzielnicy Rione Castello

Dekoracje kwiatowe na parapetach domów w Pietrelcinie

Pietrelcina - Kościół Matki Boskiej Anielskiej

    Odwiedzałam domy, w których mieszkał. Wspięłam się po siedemnastu stromych stopniach Torretty, żeby zobaczyć niewielki pokój, w którym przebywał jako kleryk, będąc ciężko chorym, a także przez dwa kolejne lata będąc już kapłanem. Obejrzałam kilka innych pomieszczeń domu rodzinnego rozrzuconych po dzielnicy Rione Castello. Jako, że w tej części Pietrelciny nie dało się budować nowych domów, a sytuacja finansowa rodziny  Forgione pozwalała na powiększenie domostwa, kupowano te izby, które akurat były na sprzedaż.
    Jest jeszcze jeden dom, w którym mieszkał Ojciec Pio, dom jego brata, zwany domem wujka Michele, kupiony za pieniądze zarobione w Ameryce.
    Wspomnę jeszcze o Piana Romana, gospodarstwie rodziny Forgione oddalonym o pół godziny drogi od domu rodzinnego. Drogę łączącą te dwa miejsca zdobią stacje tajemnic różańcowych i przypominają pielgrzymom, że Ojciec Pio, przechodząc tędy rozpamiętywał tajemnice życia, śmierci i zmartwychwstania Jezusa. Ja także z grupą pielgrzymów przeszłam tę drogę i była to najpiękniejsza modlitewna przechadzka w moim życiu.

Pietrelcina - widok na pola uprawne

        Jako, że pamiętnego popołudnia panował wielki upał, cała grupa w porze sjesty rozpierzchła się w poszukiwaniu cienia. W bardzo miłym towarzystwie zniknęłam i ja. Skręciliśmy w pierwszą dróżkę na końcu której, zza murowanego ogrodzenia widać było sporych rozmiarów budynek. Szeroko otwarta brama zapraszała do środka. Przy stołach pod rozłożystymi drzewami siedzieli miejscowi i biernie uczestniczyli w sjeście. Zamówiliśmy tylko butelkę mocno schłodzonego białego wina i dzban zimnej wody, ale oprócz napoi chłodzących kelner postawił przed nami talerze z daniami obiadowymi. Na nic zadał się język angielski mojego towarzysza, przydała się natomiast moja znajomość francuskiego, ale nie w bezpośredniej rozmowie z kelnerem, tylko poprzez miejscowego Włocha, który na pierwszy rzut oka na poliglotę mi nie wyglądał. Kiedy wreszcie kelner zrozumiał o co chodzi, zabrał nam talerze spod nosa i po chwili w ramach przeprosin przyniósł przepyszne crostini, które pochłonęliśmy natychmiast. Mimo upału i lekkiego szumu w głowie, jeszcze dzisiaj mogę określić smak, zapach i temperaturę wina, pamiętam szron na wysokiej wąskiej butelce i kropelki rosy, które wolniutko spływały na biały obrus zostawiając nań mokrą plamę…

    Późnym popołudniem dotarliśmy do San Giovanni Rotondo i po odświeżających ciało kąpielach wyruszyliśmy uliczką prowadzącą pod górę na wieczorny różaniec do Bazyliki Matki Boskiej Łaskawej.

San Giovanni Rotondo - Bazylika Matki Bożej Łaskawej

Dom Ulgi w Cierpieniu

 Dom Ulgi w Cierpieniu - ogrody szpitala

    Po tylu wrażeniach długo nie mogłam zasnąć. Było nadal gorąco, leżałam na łóżku w mojej zwiewnej batystowej białej koszulce na cieniutkich ramiączkach i rozmyślałam. Moja towarzyszka zaproponowała wspólną modlitwę – jedną z tajemnic różańca, którą odmawia każdego dnia przez dziewięć miesięcy w intencji życia poczętego, czyli tak zwanej Duchowej Adopcji Dziecka Poczętego Zagrożonego Zagładą, prościej ujmując zagrożonego zabiciem w łonie matki. Przystałam na tę propozycję i po chwili głośno odmawiałyśmy różaniec, a kiedy umościłam się z powrotem na swoim białym prześcieradle w swojej białej, długiej koszulinie, moja współlokatorka powiedziała: wyglądasz teraz jak św. Cecylia. Nie wiem, czemu sprawiło mi to przyjemność, być może, dlatego że Cecylia była nadzwyczaj piękną cnotliwą młodą kobietą. Nie pamiętam, kiedy zasnęłam.
    Następny, piękny dzień rozpoczęliśmy mszą świętą w jednej z kaplic Bazyliki Matki Bożej Łaskawej, po czym nawiedziliśmy grób Ojca Pio. Resztę czasu przeznaczono na indywidualne zwiedzanie zespołu budynków klasztornych, sakralnych, Domu Ulgi w Cierpieniu… Co wytrwalsi mogli przejść po zboczach wzgórza Castellano, na których ustawiono stacje drogi krzyżowej, wykonane z sardyjskiego granitu, zaś wyobrażenie Chrystusa Zmartwychwstałego z brązu.

Msza św. w dolnej kaplicy bazyliki Matki Bożej Łaskawej

Procesja do grobu Ojca Pio

    Zegarki wskazywały kilka minut po godzinie czternastej, kiedy autokar zatrzymał się przed Sanktuarium Świętego Oblicza w Manoppello. Ten kościół na wzgórzu Tarigini we włoskiej prowincji Abruzzo do godziny piętnastej był zamknięty z powodu sjesty. Miałam więc trochę czasu, żeby odwiedzić pobliski cmentarz i dowiedzieć się czegoś więcej o wizerunku Chrystusa Cierpiącego utrwalonego na niezwykle delikatnym materiale jakim jest bisior. Ten mały welon o wymiarach 24 na 17,5 cm przechowywany jest w specjalnej monstrancji i zamknięty miedzy dwoma szybami. Twarz Chrystusa wypełnia cały obraz, a Jego przenikające, głębokie, spojrzenie emanuje ciepłem, usta nieco rozchylone sprawiają wrażenie jakby chciał przemówić. Prawy policzek jest wyraźnie nabrzmiały, nad górną wargą dostrzec można delikatny zarost, niewielka broda okrywa podbródek, a bujne włosy, które swobodnie opadają po obu stronach głowy, nadają twarzy charakterystycznego nazareńskiego wyrazu. Centymetr kwadratowy welonu zbudowany jest z 26 poprzeplatanych nici położonych względem siebie w równych odległościach. Święty Wizerunek nie został namalowany ludzką ręką, stąd nazwa archeiropita. Twarz Chrystusa jest widoczna zarówno z przodu jak i z tyłu wizerunku, welon przypomina przeźrocze i jest delikatnej barwy. Mimo upływu lat pozostaje w niezmiennym stanie…

Manoppello - Sanktuarium Świętego Oblicza

Monstrancja z welonem Świętego Oblicza

Wizerunek Świętego Oblicza z bliska

     Ostatnim sanktuarium na trasie naszej pielgrzymki była Częstochowa, ale zanim tam dotarliśmy przenocowaliśmy w Czechach w trzygwiazdkowym hotelu Macocha. Pamiętam jak wszyscy burczeli pod nosem, kiedy usłyszeli nazwę hotelu. Wszyscy myśleliśmy, że i tym razem standard naszej bazy noclegowej będzie nie najlepszy. Okazało się jednak, że czeskie standardy znacznie przewyższają włoskie. Wreszcie nasze dwuosobowe pokoje posiadały duże, świeżo wyremontowane łazienki i wygodne obszerne łóżka. Kolacja i śniadanie w starej jeszcze niewyremontowanej części, ale za to ozdobionej kopiami obrazów Klimta, smakowała wyśmienicie. Macocha przyjęła godnie strudzonych pielgrzymów…

1 komentarz: