czwartek, 3 lipca 2014

Błękitny rejs na Kekovę


    cd Po wizycie w starożytnej Myrze - tureckiej Demre, drogą górską jechałam na zachód do Çevreli - rolniczego zagłębia, wypełnionego szachownicą szklarni, słynącego z upraw warzyw i owoców cytrusowych, a stamtąd na południe do Üçağız (w tłumaczeniu trzy usta, czyli trzy wyjścia - dobrze widoczne na mapie; dawnej Teimioussa), niewielkiej portowej wioski, wciśniętej w skalną nadmorską dolinę, w zatoce o tej samej nazwie. I chociaż wieś ta nie była ostatecznym celem mojej wyprawy, to miałam trochę czasu, żeby przyjrzeć się jej bliżej - uroczy zakątek, z niewielką ilością domów pokrytych czerwoną dachówką, spośród których wyrastała biała wieża minaretu.
     W porcie na nabrzeżu, miedzy straganami z lokalnymi pamiątkami przemykały jakieś pojedyncze osoby. Zwróciłam uwagę na kolorowe koronkowe naszyjniki wydziergane szydełkiem przez miejscowe kobiety.
     W zatoce, przy kejach sterczały maszty zacumowanych jachtów, a na przybyszy czekały motorówki i turystyczne statki...
    Kiedy wchodziłam na górny pokład jednej z łodzi było jeszcze dość wcześnie, około godziny dziesiątej trzydzieści.

















    Płynęłam w kierunku północnego brzegu wyspy Kekova - Caravola z zatopionym częściowo starożytnym miastem, które skojarzyło mi się z Atlantydą. Jego licyjska nazwa to Doliche lub Dolichiste. Pisał o nim Kallimach z Cyreny - grecki poeta z epoki aleksandryjskiej, a prawie cztery wieki później wspominał je Pliniusz Starszy i Ptolemeusz.







      W drugim wieku naszej ery część miasta na skutek trzęsienia ziemi osunęła się do morza. Odbudowane, kwitło w okresie Bizancjum, zaś w czasach najazdów arabskich zostało porzucone. W tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym roku Ministerstwo Środowiska i Lasów wydało zakaz nurkowania i pływania w pobliżu Kekovy oraz wchodzenia na wyspę. Dzisiaj, ruiny Dolichiste można zobaczyć jedynie z pokładu turystycznej łodzi.
    Przyglądałam się nim próbując rozróżnić budowle. Najciekawsze wydawały mi się liczne fragmenty schodów pozostałych na zboczu albo schodzących do morza i kończących się gdzieś pod wodą. Obok nich sterczały ściany domostw i resztki świątyń. Ze względu na budowę geologiczną - wąski skalisty grzbiet biegnący wzdłuż całego wypiętrzenia - ogromną trudność sprawiało mieszkańcom uzyskanie stałego dopływu wody. Przy każdym domu drążono więc w skałach zbiorniki i bogato zdobiono sztukaterią. Wspomina o nich w
Karamanii Francis Beaufort - irlandzki fizyk i meteorolog, który na początku dziewiętnastego wieku badał to wybrzeże.
      Opływanie Kekovy kończył widok dawnego portu. Przyjemna bryza morska marszczyła lustro wody i utrudniała fotografowanie zatopionych ruin. Jednak coś niecoś widać na zdjęciach, które w żaden sposób nie oddają obrazu rzeczywistego całej zatoki, tak jak nie jest to jeszcze pełny opis mojej błękitnej przygody.

















      Wypływając z portu w Üçağız kapitan statku wybrał szlak morski obejmujący całe starożytne miasto o greckiej nazwie Simena, które niegdyś odnosiło się, i do części leżącej na wyspie Kekova, i do części lądowej leżącej obecnie we wsi rybackiej Kaleköy, która jest kolejną atrakcją w zatoce. Kaleköy znaczy tyle co zamkowa wieś i pewnie swoją nazwę wzięło od zamku wzniesionego częściowo na licyjskich ruinach przez rycerzy z Rodos. Jego fortyfikacje i górskie położenie uniemożliwiają wjazd od strony lądu. Można dostać się tam tylko jakąś jednostką pływającą. W twierdzy znajduje się najmniejszy w Licji teatr. Wieś szczyci się zarówno zabytkami starożytnymi jak i średniowiecznymi, ale najciekawsza jest chyba licyjska nekropolia z sarkofagami wyglądającymi jak kuferki z precjozami porzucone lub też umyślnie pozostawione pomiędzy krzakami i drzewami oliwnymi.
    W Kaleköy swoje wille mają najbogatsi Turkowie, z rodzin Sabanci i Koç, mieszka tam ponoć prezes drużyny futbolowej Beşiktaş... 








      Największą przyjemność sprawiła mi kąpiel w błękitnych wodach niewielkiej zatoki, w której na około godzinę zakotwiczył mój statek. To było coś w rodzaju sceny filmowej, którą oglądałam setki razy na ekranach kin i zawsze marzyło mi się zostać bohaterką jednej z nich. No i moje marzenie się wreszcie spełniło. Wskoczyłam do morza z pokładu statku, a nie weszłam do niego z plaży. Cudowne uczucie!








Piątek, 6 czerwca 2014 roku
                                            cdn

8 komentarzy:

  1. Ewuniu!!!! jak pieknie, bardzo lubie takie miejsca jak to ktore pokazujesz...w takim otoczeniu czuje sie najlepiej...ciagle nadrabiam zaleglosci blogowe...sciskam Cie serdecznie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Grażynko,
      Publikuję Twój komentarz z pięciodniowym opóźnieniem. Znalazłam go dzisiaj w spamie. Nie wiem jak to się stało, że tam trafił.
      Martwiłam się, bo już jakiś czas nie miałam wieści od Ciebie.
      Buziaki i serdeczności zatem spóźnione :)))*

      Usuń
  2. Wyglada,ze jest to interesujace miejsce. Piekny kolor wody,zachecajacy do plywania. Ciekawa jestem jak sie czulas w tych okolicach?Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tereniu
      Z reguły wszędzie czuję się dobrze. Dobre samopoczucie zapewniają mi co raz to nowe nieodkryte przeze mnie miejsca.
      Buziaki :)

      Usuń
  3. Turcja to jeden z dwóch krajów, których nie poznałam zbyt dobrze, mimo, iż je odwiedziłam. Na usprawiedliwienie z wycieczką z biura podróży (dziś wiem, że to był błąd). Podobnie, jak błąd popełniłam jadąc tam kompletnie nieprzygotowana. Jak czytam u Ciebie (we wpisach o tureckich wojażach) to ciekawy i godny odwiedzin kraj. Zresztą z wiekiem dochodzę do przekonania, iż nie ma miejsc nieciekawych, co najwyżej niektóre się przed nami nie otworzą. Widoczki i klimat przypominają mi pobyt na Krecie i wycieczkę na wysepkę Gramvousa (może znowu przekręcam nazwę:() Bardzo to była urokliwa wycieczka i też była kąpiel prosto z pokładu statku (oczywiście dla odważnych, moje umiejętności pływackie są na tyle skromne, że nie odważyłam się na taki skok, ale bardzo zazdrościłam pozostałym). Pięknie, że udało ci się spełnić to marzenie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz rację, nie ma miejsc nieciekawych, a wszystko zależy od tego jak je postrzegamy.
      Nie przejmuj się nie przygotowaniem. Ja zazwyczaj spontanicznie i w ostatniej chwili wyjeżdżam, ze względu na niższe ceny i także jestem nieprzygotowana...
      Uściski :)

      Usuń
  4. Nie dziwię się koci, oj, nie dziwię... Każde kolejne zdjęcie z twej niezwykłej wyprawy, wywołuje na mej twarzy i w ciele, ten sam błogi wyraz zadowolenia. Przecudne miejsce, barwa i przejrzystość wody - zdumiewająca a bliskość ruin, przenosi w czasie. Zazdroszczę kąpieli no i odwagi, aby tak skakać na główkę. ;)

    Pozdrawiam cieplutko :))) :*** (Ćmok)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z rybią lubością wskakuję do wody..., chętnie zanurkowałabym przy brzegach Kekovy. Prawdopodobnie wydobyto już stamtąd wszystko co się dało wydobyć, a właściwie złupić...
      Buziaki i serdeczności :)))*

      Usuń