poniedziałek, 15 lutego 2016

Larnaka i okolice - trzecia wycieczka rowerowa



    Dość dawno, może jakieś ćwierć wieku temu, mój tata, a był już na emeryturze (a moja mama w domu Pana), przeżył zawał i kiedy wychodził ze szpitala lekarz powiedział mu, że od tej pory prowadzić ma spokojny tryb życia, to znaczy nie pracować fizycznie i zapomnieć o jeździe rowerem.
    Tata zbaraniał!
    - Jak to! Nic nie robić, nie kopać w ogródku, nie oglądać świata z poziomu siodełka!
    Ale...
    - Zalecenia lekarza, rzecz święta! - Pomyślał.
   Wrócił do domu, łopatę schował, rower sprezentował, no i zaczął prowadzić spokojny tryb życia urozmaicając dzień dawką leków zapijanych szklanką wody.
    Nie miał jednak natury kanapowca!
    - Wola Boża, co ma być to będzie! - Pomedytował, podumał i któregoś dnia wsiadł w autobus jadący z Supraśla do Białegostoku i tam w najbliższym sklepie sprawił sobie nowy rower i rowerem wrócił do domu. Odtąd z rowerem się nie rozstawał! A ze swoją ukochaną żoną, Anielką, połączył się w ubiegłym roku (5 lipca 2015) przeżywszy dziewięćdziesiąt pięć lat...

   
Po ojcu zostało mi owo pragnienie obcowania z naturą i podziwiania jej między innymi z poziomu siodełka roweru. I niezależnie od tego gdzie się znajduję, zawsze mam nieodpartą chęć wsiąść na ten niemalże wszędzie dostępny środek lokomocji i puścić się w nieznane bez przewodników, bez map, bez jakichkolwiek wskazówek, sugestii i rad.
    A już najwspanialszą rzeczą na świecie jest towarzystwo osoby, która myśli podobnie jak ja, czyli mojego męża Ryszarda!
     No i tak z przydługim nieco wstępem, ale bardzo miłym wspomnieniem o moim ojcu, dobrnęłam do naszej trzeciej rowerowej wyprawy po Larnace i okolicach.

   
Poniedziałek, drugi dzień na Cyprze, jak niektórzy z Was pamiętają spędziliśmy na poznawaniu życia flamingów (Phoenicopterus roseus), objeżdżając wokoło Słone Jezioro w Larnace. We wtorek zaś pojechaliśmy brzegiem morza jak daleko się dało, natomiast we środę postanowiliśmy wyprawić się spontanicznie w głąb wyspy, najpierw przejechać przez miasto, mocno rozrzucone w przestrzeni, zarówno wokoło jeziora jak i wzdłuż morza, a potem ścieżką rowerową w kierunku fascynującej mnie Góry Świętego Krzyża - Stawrowouni ze słynnym klasztorem męskim na jej szczycie...

 
 
Wstające słońce zapowiadało piękny dzień, uznaliśmy więc, że nie ma potrzeby wkładania na siebie cieplejszych ubrań i na koszulki z krótkimi rękawami narzuciliśmy tylko cieniutkie kurtki sportowe, na siateczkowej podszewce, no i oczywiście coś na głowy ze względu na wiatr. Ryszard do swojego plecaka zapakował prowiant, ja zaś aparat fotograficzny i kilka innych, niewiele zajmujących miejsca rzeczy.
  
Pogoda przez cały dzień była wręcz idealna do jazdy rowerem. Bezchmurne niebo, mocno grzejące słońce, pozwoliło mi odsłonić łydki i nieco je opalić. Oboje podsuwaliśmy na czubek głowy okulary i wystawialiśmy twarze na działanie promieni słonecznych...

   
Najpierw promenadą Piale Pasa dojechaliśmy do Kościoła świętego Łazarza (zwiedziliśmy go poprzedniego dnia), później zapuściliśmy się w malownicze uliczki Larnaki i pierwszy dłuższy przystanek urządziliśmy sobie przy żeńskim klasztorze świętego Józefa (Saint Joseph's Nunnery). 
     Ryszard koniecznie chciał mieć pamiątkowe zdjęcie pod obficie owocującym drzewkiem pomarańczy. Ciągle nie mógł uwierzyć, że wszystkie bez wyjątku owoce, drzew rosnących przy ulicach i drogach, na skwerach i w parkach, gdziekolwiek w mieście i na polach, nie nadają się do jedzenia bowiem są tak gorzkie, że nie da się ich przełknąć. Jeszcze wiele razy próbował sprawdzić prawdomówność moich słów i wiele razy krzywił się wypluwając miąższ.
   
W momencie kiedy tak wzajemnie się fotografowaliśmy na tle konwentu zakonnego, otwarła się jego brama i jakaś kobieta w średnim wieku poczęła wyciągać wieszaki na kółkach z ubraniami dla potrzebujących.
   
Rozglądając się zauważyłam napis w języku francuskim, który głosił, że przez dwadzieścia dwa lata doktor Joseph-Irenne Foblant (1805-1864) lekarz narodu francuskiego zapewniał nieodpłatną opiekę chorym i wspierał ubogich mieszkańców Larnaki...









 
   
Kilka kroków od klasztoru znajdowało się Muzeum Archeologiczne. Weszliśmy na jego teren, zrobiliśmy kilka zdjęć zgromadzonym na placu zabytkom starożytnego Kitionu, przyjrzeliśmy się ogrodzonym metalową siatką wykopaliskom, po czym ruszyliśmy w nieznane obierając sobie Stawrowouni za drogowskaz.























    Ta spontaniczność zawiodła nas do dwóch kościołów, jak dobrze zrozumiałam pod wspólnym wezwaniem NMP Faneromeni. Prezentowałam już jakiś czas temu, kościół pod takim samym wezwaniem znajdujący się w Nikozji i pewnie pokażę go raz jeszcze. Warto tam zajrzeć.
    Obie larnackie świątynie, stara z katakumbami i ta wzniesiona w dwudziestym wieku na miejscu drewnianej cerkwi bizantyjskiej, znajdowały się obok siebie przy ulicy Faneromenis, prowadzącej do drogi B5. Ale zanim dotarliśmy do skrzyżowania tych dróg zajrzeliśmy do środka starego kościółka, a potem zeszliśmy do podziemia, czyli wykutego w skale grobu zwanego Saint Phaneromeni Rock-cut Tomb, pochodzącego najprawdopodobniej z ósmego wieku przed Chrystusem.
    W grocie zbierali się potajemnie pierwsi wyznawcy wiary chrześcijańskiej.
    Jako, że miejsce to według wierzeń i legend ma cudowne właściwości uzdrawiające to spotkać tam można wielu pielgrzymów. W styczniu przed południem tylko my tam się kręciliśmy i jeszcze wtedy nie wiedzieliśmy, że starą cerkiewkę stojącą na wykutym w skale grobowcu, pielgrzymi obchodzą trzy razy i w pobliżu południowego okna zostawiają kawałek odzieży lub kosmyk włosów. Taki obrządek leczy ponoć bóle głowy.































    Do nowej cerkwi przybywają pielgrzymi z całego świata, ażeby oddać pokłon ikonie przedstawiającej Matkę Bożą Faneromeni.
    Świątynia była zamknięta, a więc obfotografowaliśmy ją tylko z zewnątrz.












    Kolejny przystanek zrobiliśmy sobie jeszcze raz przy tej samej ulicy, bowiem naszą uwagę przyciągnął malowniczy widok wzgórza z niewielkim kościółkiem na szczycie.
    Jak się okazało była to trzynastowieczna bizantyjska kaplica pod wezwaniem świętego Jerzego - Agios Georgios Makris, wzniesiona z kamienia na planie krzyża. Niegdyś była główną świątynią średniowiecznej wioski Agrinou, którą podczas najazdu na wyspę, w tysiąc czterysta dwudziestym szóstym roku zniszczyli Mamelucy egipscy.
    Wtedy to w bitwie pod Chirokitią Cypryjczycy ponieśli klęskę, a  król Janus Cypryjski dostał się do niewoli i dopiero po dziesięciu miesiącach został wykupiony przez swojego brata. Mamelucy spalili wówczas stolicę państwa Nikozję, zmusili króla do płacenia trybutu i pozostali na Cyprze do okupacji tureckiej.
    W osiemnastym i dziewiętnastym wieku kościół używany był jako klasztor lecz w dwudziestym stuleciu budynki przyległe rozebrano pozostawiając jedynie pierwotną bryłę cerkiewki. A jej wnętrze jest tak małe, że zmieści się tam zaledwie kilkanaście osób. Na północnej ścianie zachował się ponoć oryginalny fresk przedstawiający świętego Jerzego.
    Urzekła mnie również panorama roztaczająca się ze wzgórza na Jezioro Słone.














    Góra Świętego Krzyża wydała nam się zbyt odległa, więc po krótkim przystanku przy akwedukcie Kamares, tam gdzie kończyła się ulica Faneromenis, skręciliśmy w drogę B5, a potem nie widząc innej możliwości wpadliśmy na autostradę A4, po to tylko, żeby przejechać w sumie kilkanaście kilometrów i znaleźć się w okolicy lotniska. 












    Z lunchem rozłożyliśmy się już w przecudnym miejscu, nad Jeziorem Słonym. Oczywiście jechaliśmy tam na tak zwanego czuja, najpierw poprzez lasek sosnowy, w którym Ryszard zauważył pasiekę i koniecznie musiał przyjrzeć się jej z bliska, później zrobiliśmy sporo zdjęć w gaju oliwnym i wreszcie znaleźliśmy sobie miejsce na niewielkim wzniesieniu skąd jak na dłoni widać było niebieskie rozlewiska, z panoszącymi się jak okiem sięgnąć flamingami. Po raz kolejny łapałam je obiektywem aparatu, lecz tym razem z nieco większej odległości i tym razem nie z grobli, z której obserwowaliśmy ptaki w poniedziałek.

















     Na groblę przedarliśmy się po lunchu.
    Żwirowa ścieżka prowadziła do meczetu Hala Sultan Tekke. Pojechaliśmy dołem, brzegiem jeziora w kierunku klifu z amboną widokową, do którego nie dotarliśmy w poniedziałek z powodu deszczu, a który intrygował nas od pierwszej chwili jak tylko go spostrzegliśmy.
    O podmokłych terenach, zielonych polach i gliniastej mocno pofałdowanej nawierzchni wiodącej na cypel nie będę pisać lecz pokażę na zdjęciach.













































   Wracając, zauważyliśmy młodego flaminga, z niewybarwionym jeszcze na różowo upierzeniem. Stał samotnie przy brzegu z dala od wszystkich ptaków. Kiedy zbliżyliśmy się do niego wzbił się w powietrze i poleciał w kierunku ptasich koloni. Jednak szybko zawrócił i znowu stanął w tym samym miejscu.
    Zrozumiałam, że został przepędzony najprawdopodobniej z powodu jakiejś ułomności, której my nie zauważyliśmy. Ta naturalna selekcja popsuła mi nieco humor. Żal mi było młodzika odrzuconego przez rodziców i całą ptasią społeczność.










    Zwróciliśmy wypożyczone rowery i brzegiem morza powlekliśmy się do hotelu. Słońce niemalże zachodziło, kiedy moczyliśmy nogi w morskiej toni. Ech, wspaniały to był dzień... 






 Larnaka, 13 stycznia 2016 roku

17 komentarzy:

  1. wspaniałą mieliście pogodę!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wszystko, ale to dosłownie wszystko nam pasowało!

      Usuń
  2. no i turystów za dużo chyba nie było? to w sumie plus mieć taką przestrzeń dla siebie!

    OdpowiedzUsuń
  3. Piękne zdjęcia i ciekawe opisy, a co do roweru to faktycznie nieodłączny, niezastąpiony środek lokomocji. W zasadzie poza mysią dziurką można nim dostać się wszędzie i zobaczyć miejsca do których samochodem nie da się dotrzeć.
    Rowerem - chcesz jedziesz, nie chcesz, natychmiast możesz się zatrzymać i pstryknąć fajną fotkę. A dla Ciebie-osoby lubiącej robić zdjęcia to idealne rozwiązanie. Pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chi, chi, to prawda, rowerem tylko w mysią dziurkę nie da się wcisnąć.
      Uściski :))

      Usuń
  4. Twój post Ewuniu, można podzielić na kilka części, bo trudno odnieść się jednocześnie do wspomnień rodzinnych, do historii zabytków, do tajemnych mocy kościołów i kościółków, ich piękna i tajemnicy wiary. I nie wiem czy mam najpierw podziwiać okolice Larnaki, Twój entuzjazm podziwiania świata z rowerowego siodełka, czy piękno Cypru? Ot, i mam dylemat...
    Co do porad lekarskich to przypomniała mi się piosenka "Recepta", którą wykonuje Stanisława Celińska, autorem słów jest Jan Wołek. Zawsze to wykonanie bawi mnie do łez. Bo czasami porady lekarskie ni jak się mają do życia, wskazówki znawców medycyny chadzają inną drogą niż ludzkie życie .
    "Chcesz być zdrowy, starań dołóż
    Nie pij, nie jedz, nie cudzołóż
    Nie pożądaj, nie podglądaj
    Kochaj bliźnich i tak dalej
    A najlepiej nie żyj wcale
    A najlepiej nie żyj wcale!" ... tak w zarysie wygląda zdrowy tryb życia propagowany przez lekarzy, i nie tylko przez nich.

    Zdjęcia są prześliczne. Ciekawi mnie strona techniczna wypożyczania rowerów na Cyprze. Nie jestem zapaloną miłośniczką bicykla, bo moim żywiołem jest woda i maratony pływackie, ale chętnie popedałuję w stronę słońca i błękitu nieba.
    Posyłam moc serdeczności.:))
    Dorota

    OdpowiedzUsuń
  5. Kochana jesteś !
    Dziękuję Ci za wnikliwe wejrzenie w tekst i miłe słowo komentarza.

    Kiedy po raz pierwszy zajrzałam na Twojego bloga nie omieszkałam także przeczytać notki o Tobie, zodiakalnej wodniczce, z imieniem pochodzenia greckiego, duecie dwóch słów doron (dar) i theos (bóg)...
    Ja także należę do trygonu wodnego, a zatem mamy jakąś cechę wspólną i ja także kocham wodę, no powiedzmy nie maratony pływackie, ale pływanie jak najbardziej.

    W jednym z urodzinowych postów pisałam o sobie:
    Ryby, dwunasty i ostatni gwiazdozbiór zodiaku symbolizuje koniec drogi Słońca i miejsce gdzie rozpoczyna się nowy cykl wydarzeń. Ryby kojarzone były ze zniszczeniem i narodzeniem a tym samym z wszelkimi formami mesjańskiego odrodzenia.
    O ludziach urodzonych pod znakiem Ryb mówi się, że mają niezawodną intuicję i instynkt, że są ofiarne i gotowe do wielkiego poświęcenia, czasem wręcz zapominają o sobie. Są obdarzone ogromną twórczą wyobraźnią, którą mogą wykorzystać we wszelkich dziedzinach sztuki.
    Kobieta Ryba to typ zwiewnej nimfy, rusałki, oddanej, kochającej, zdolnej do poświęceń aż do zatracenia samej siebie, wrażliwej zarówno na cudzą krzywdę jak i na krytykę siebie, z psychiką niestety zbyt delikatną na konfrontację z twardą rzeczywistością, często odbieraną jako zbyt brutalną, od której Ryby uciekają w iluzje lub nałogi. Pozbawione siły przebicia i umiejętności walki o swoje sprawy, potrafią jednak odnosić ogromne sukcesy w dziedzinach, w których mogą wyrażać swoje emocje i wykorzystać intuicję…

    A wycieczki rowerowe polecam jak najbardziej. W dzisiejszych czasach funkcjonują niemalże wszędzie wypożyczalnie bicykli. Za dwa rowery na trzy dni, zapłaciliśmy trzydzieści euro i najlepiej nie korzystać z usług pośredników, bo wtedy koszt może się podwoić.
    Raz jeszcze dziękuję za moc serdeczności i również z mocą pozdrawiam :))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za podpowiedź co do ceny wypożyczenia roweru na Cyprze. O ile dobrze sprawdziłam to "mój" hotel posiada w ofercie wypożyczenie roweru.
      Wynajęłam hotel w trzech miastach, to nie wiem jak będzie to działało przy innych cypryjskich "noclegowniach". Rzadko korzystam z pośredników, bo co do wydawania pieniędzy, to każdą złotówkę lub inną walutę oglądam kilka razy i nie wydaję pieniędzy wtedy, gdy mogę zaoszczędzić... na następny wyjazd, wejścia do muzeów, itd.
      Co do notki autobiograficznej to tak jak w przypadku aktora, trudno jest opisać siebie. Tak jak każdy, składam się i ze złości i dobrego humoru. Nie obce są mi grzechy, ale także i dobre uczynki. Chyba jestem normalną kobietą( to moja wersja, mój mąż czasami jest innego zdania), która ma humorki, humor i tak jak księżyc posiadam dwa oblicza.
      Jestem typową zodiakalną wodniczką. Mój znak to istne zodiakalne szaleństwo, trudno jest okiełznać taką osobę i zrozumieć. Jest tylko mała niezgodność co do żywiołów wodników, bo jest nim powietrze, a nie woda. W pewnych ekstremalnych sytuacjach dopada mnie lęk wysokości, a wodę z kolei traktuję jak tlen. Już tu widać, jak może być pokręcona psychika wodnika.
      A zodiakalne Ryby kocham... bo moja pierwsza miłość była właśnie Rybą. Może właśnie dlatego lubię wodę?
      Twój opis Ewuniu pasuje do Ciebie, to fakt jesteś Nimfą i na pewno wyróżniasz się z tłumu, ale w dobrym znaczeniu tego słowa.
      Oj, rozpisałam się. Moje gadulstwo nie zna granic. :))
      Ponownie zerknę na Twoje zdjęcia z cypryjskich świątyń. Jestem ciekawa, czy jest w nich ten charakterystyczny dla świątyń wschodniego obrządku, zapach kadzidła i dymu ze świec?

      Usuń
    2. Ciekawa jestem, w których miastach zarezerwowałaś noclegi.
      Ja nadal śledzę oferty i jak się nadarzy okazja to pewnie skorzystam i polecę znowu na Cypr.
      Wracając do rowerów, dodam, że właśnie przez recepcję hotelową zamawiałam rower będąc w Pafos. Hotel nalicza sobie prowizję za usługę i sprowadzenie sprzętu na miejsce.
      Natomiast w świątyniach, a zwiedziłam ich naprawdę dużo nie tylko na Cyprze, nigdzie nie czułam zapachu kadzideł. Taki zapach zapewne roztacza się tylko podczas celebrowania mszy i to pewnie w czasie świąt. Wiem, że na Cyprze Święta Wielkanocne obchodzone są bardzo uroczyście...
      Dziękuję Ci za to gadulstwo, które rzadko się zdarza na moim blogu. Gdybyś miała ochotę na bardziej prywatne pogawędki, możesz wysłać także wiadomość mailem (adres na dole)

      Usuń
  6. Ewuniu, hotele mam na pewno zamówione w Pafos i Larnace, a pozostały, trzeci hotel jest jeszcze niedoprecyzowany, ponieważ nie wiem gdzie mnie oczy i nogi poniosą.
    Jest to mój kolejny wyjazd indywidualny, choć czasami korzystam także z ofert biur podróży. Wolę jednak zwiedzać świat na własną rękę. Może sprawia to trochę kłopotów organizacyjnych, ale jestem wtedy panią mojej podróży.
    Znam tę "chorobę", która polega na szperaniu w internecie i wyszukiwaniu okazyjnych lotów.
    Taką chorobą jest zainfekowany mój mąż, który ciągle szuka ciekawych ofert. A że jesteśmy już wiele lat ze sobą, to znamy się jak łyse konie i wiemy, że cokolwiek jedno zaproponuje, to drugie na to się zgodzi.
    Rzadko wracamy/wracam w to samo miejsce, bo jeśli mam do wyboru zwiedzić coś nowego lub ponownie zawitać tam gdzie już byłam, wybieram pierwszą opcję. Może kiedyś zrobię powtórkę z historii i powrócę do miejsc, które odwiedziłam. Na pewno nowe spojrzenie, bagaż doświadczeń pozwoli mi odkryć coś nowego w tym co już widziałam.
    Lubię odwiedzać świątynie różnych wyznań, to jest chyba spuścizna z życia w wielokulturowym moim rodzinnym Białymstoku (o matuchno, jak ja kocham to miasto). Uwielbiam ten tak bardzo charakterystyczny zapach świątyń, szczególnie lubię cerkwie, a w meczetach uwielbiam swoistą ciszę wytłumioną dywanami i kobiercami.
    Pozdrawiam z mojego bieguna zimna.
    Dorota

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja także raczej nie wracam do miejsc, które wcześniej zwiedzałam, chociaż niektóre chętnie zobaczyłabym raz jeszcze. A na Cypr pojechałabym po raz kolejny dlatego, że w okresie zimowym można znaleźć tanie noclegi i turystów nie ma tam prawie wcale, no i poza tym zostało jeszcze tyle miejsc do zobaczenia. Tym razem, gdyby udało mi się polecieć do Larnaki, to stamtąd wyruszyłabym na część południowo-wschodnią i wschodnią...

      Zrobiłaś mi nie lada niespodziankę, wyjawiając miejsce urodzenia, aż mi się ciepło zrobiło na sercu, mnie urodzonej w Supraślu i związanej z Białymstokiem ...
      Czy wiesz, że jakieś trzy lata temu, Białystok znalazł się na pierwszym miejscu listy najpiękniejszych miast polskich, przynajmniej tak wyczytałam w internetowej gazecie...
      Jak zawitasz w rodzinne strony wpadnij do Supraśla...

      U nas wczoraj było dość chłodno w okolicach zera, na niebie nie było ani jednej chmurki i słońce świeciło niemalże cały dzień. Wieczorny wiatr przygonił chmury...
      Uściski :)

      Usuń
  7. Teraz wiem, po kim masz tę żyłkę wędrowniczka, ciekawego świata. Ja chyba po sąsiedzie :), bo mama domatorka najchętniej nie wychodziłaby z domu, a tata choć jeden z zawodów wymuszał częste podróże jakoś nie potrafił z tego korzystać, wolał po pracy położyć się z książką i poczytać, lub coś napisać. Wiele razy już podziwiałam twoją zachłanną pasję życia i korzystania z jego dobrodziejstw. I umiejętność dostrzegania w miejsca nie zawsze oczywistych tego, co piękne i warte dojrzenia. Pozdrawiam i życzę samych takich pięknych dni.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zachłysnęłam się ostatnim zdaniem tak, że nie wiem co powiedzieć. Na pewno powiem - dziękuję za Twoją tu obecność i zawsze miłe słowo.

      Ty znakomicie łączysz obie pasje czytania i podróżowania, a ja tak rzadko komentuję Twoje posty dotyczące recenzji lektur i nie dlatego że nie są ciekawe, ale dlatego że ja już pewien czytelniczy rozdział życia mam za sobą... i teraz na podstawie własnych doświadczeń, własnych przeżyć, popartych nie tylko dokumentacją fotograficzną chciałabym napisać coś sama. Niewątpliwą więc przyjemnością jest dla mnie Czytelnik taki jak Ty Małgosiu.
      Moja "sypialniana biblioteka" co jakiś czas wzbogaca się o jakąś nowa lekturę...
      Ja również, życzę Ci samych pięknych dni :)

      Usuń
  8. Witaj, Słońce! :*

    Ciekawe ustawienie (tuż obok siebie) obrazów św. przedstawiających od lewej: scenę zabicia smoka przez rycerza na koniu a zaraz potem Dziewicy-Matki. Przypadek to czy celowy zabieg? Ech... gdyby ludzie wiedzieli, gdyby tylko wiedzieli.

    Pozdrawiam ciepło i jak zawsze dziękuję za piękną i wzbogacającą wycieczkę twoimi śladami. :) :***

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Basiu,
      Niewiedzących jest zdecydowanie więcej niż wiedzących, a o fanatykach wypowiadać się nie będę, gdybyś chciała zobaczyć jeden z filmów, który obejrzałam ostatnio, to podzielisz moje zdanie, że żadna światłość już nie spłynie na pewien rodzaj ludzki, który w amoku posunąć się może nawet do palenia "wszetecznic" na stosie...
      https://www.youtube.com/watch?v=48-s2RDuoOA

      W kolejnym poście piszę między innymi, cytuję:
      "Dzisiaj moje osobiste odczucia i wrażenia związane ze zwiedzaniem tego typu świątyń, a widziałam ich naprawdę wiele, nieco się zmieniły. Przepych wnętrz zaczął mnie przytłaczać. Kiedy wchodzę do kolejnej cerkwi czuję się tak jakbym otwierała wieko jakiejś ogromnej skrzyni z ukrytymi w niej skarbami, jakbym odsłaniała tajemną kryjówkę piratów ze zgromadzonymi precjozami... i szczerze podziwiam wszystkich tych, którzy oddają pokłony malowanym świętym, całują ikony do połowy przysłonięte szybami, modlą się do nich i medytują. Ja tego nie potrafię!

      Jestem już nieco zmęczona zwiedzaniem i opisywaniem kościołów, chociaż myślę, że ta przypadłość pozostanie mi do końca życia, bowiem dzięki tej przypadłości wiele zrozumiałam...

      Ostatnio p. Nacht wypowiadał się także na temat "Szatańskich wersetów". Twój post wydał mi się o wiele ciekawszy.

      Znasz mnie na tyle, że wiesz że tęsknię za naturą..., to ona daje mi siły do przetrwania...
      Dziękuję Słonko za komentarz i jak zawsze, zawsze, zawsze ściskam mocno :))**

      Usuń