piątek, 5 lutego 2016

Z Larnaki rowerem wzdłuż wybrzeża w kierunku Ayia Napy oraz miejsce pochówku świętego Łazarza



     Wtorek, dwunastego stycznia, był naszym drugim dniem rowerowym. Po poniedziałkowych emocjach związanych z obserwacją kolonii flaminga różowego czasowo zamieszkującym Słone Jezioro w Larnace przyszedł czas na morze, czyli rowerową wycieczkę wzdłuż wybrzeża jak daleko się da.
    Z hotelu wyjechaliśmy po śniadaniu, około godziny dziewiątej. Słońce, dość wysoka temperatura i cudowne nastroje zapowiadały piękny dzień.
    Pierwszy przystanek zrobiliśmy przy końcu promenady Piale Pasa (2,3 km) na molo należącym do plaży Finikoudes. Stała tam jeszcze zielona, skromnie udekorowana niewielką ilością bombek plastikowa choinka, którą jeszcze tego samego dnia rozebrano.
    Z mola rozciągał się widok niemalże na całą promenadę, z fortem i minaretem po lewej stronie oraz długą piaszczystą plażą z hotelami, restauracjami i kafejkami po prawej. 










    Na wprost mola w prześwicie ulicy Pavlou Valsamaki na błękitnym niebie lśniła wieża słynnego prawosławnego Kościoła pod wezwaniem świętego Łazarza - Agios Lazaros - tak, tak, owej biblijnej postaci, którą wskrzesił Chrystus. Według podań wygnany z Betanii Łazarz trafił na  Cypr gdzie ponad czterdzieści lat sprawował urząd biskupi w chrześcijańskiej gminie Kition, obecnie Larnaka.
    Pochowano go w miejscu gdzie wznosi się świątynia ufundowana przez cesarza Bizancjum Leona VI w dziewiątym wieku bądź też na początku dziesiątego stulecia.
    Domniemany grób świętego odnaleźliśmy w krypcie pod głównym ołtarzem, do której prowadzą kamienne schody obwiedzione drewnianą balustradą. Znaleźliśmy tam kilka pustych sarkofagów przykrytych fragmentami kamiennych płyt oraz ujęcie wody źródlanej, którą to napełniliśmy sobie na zaś małą plastikową butelkę.
    Relikwie świętego wystawiono na widok publiczny w świątyni przed ikonostasem, tuż obok zejścia do krypty, w podwójnej skrzyni - zewnętrznej okrytej fioletową tkaniną z białymi haftami i wewnętrznej wykonanej ze srebra, z zamykanym wiekiem i z wymalowaną na nim od środka postacią świętego Łazarza, patrona Larnaki.













     Prawdopodobnie Lusignanie (pisałam o tej dynastii tutaj i tutaj) sprawując władzę na Cyprze przekazali świątynię Kościołowi katolickiemu. Wtedy to dobudowano doń elementy w stylu gotyckim.
    W piętnastym wieku, nie wiadomo z jakiej przyczyny, budowla popadła w ruinę, a w tysiąc pięćset siedemdziesiątym została zamieniona na meczet i jako meczet służyła osiemnaście lat, później zaś wspólnota prawosławna wykupiła go od Turków i ponownie urządziła w nim cerkiew.
    Prace remontowe w siedemnastym wieku przywróciły świątyni pierwotny wygląd. Z tego okresu pochodzi złocony barokowy ikonostas rzeźbiony w drewnie z umieszczonymi w nim starymi ikonami.
    W cerkwi podziwiać można inne dzieła sztuki sakralnej, między innymi bogato zdobione złotem, srebrem i kamieniami ramy i ołtarze stanowiące oprawę dla licznych wizerunków świętych kościoła prawosławnego i katolickiego. Zresztą popatrzcie sami...












































    Na zewnętrznych ścianach cerkwi pod arkadami zauważyliśmy tablice z napisami w kilku językach, greckim, łacińskim, francuskim. 








    Kościół ma znakomitą lokalizację. Stoi na dużym zadbanym placu pomiędzy trzema ulicami. W przyległych doń kafejkach już od rana przesiadują w słonecznym ogródku raczej miejscowi kawosze, jako że w styczniu turystycznych tłumów nie ma, co mnie osobiście bardzo cieszyło. Przysiedliśmy i my na chwilę...














    W latach 1489-1573 Cypr był w posiadaniu Wenecji.
    - A jak to się stało, że Republika Wenecka opanowała wyspę?
    Otóż ostatnia królowa Katarzyna Cornaro, żona Jakuba II pochodziła ze starej rodziny weneckiej i kiedy w 1474 roku zmarł jej syn Jakub III, następca tronu Królestwa Cypru, kupcy weneccy zmusili Katarzynę do abdykacji (26 luty 1489)...
    Dzisiaj zapewne dla upamiętnienia tego okresu, na plaży Finikoudes postawiono pomnik ze skrzydlatym lwem symbolizującym ewangelistę, świętego Marka, patrona Wenecji, republiki, której jednym ze strategicznych celów polityki było utworzenie na wybrzeżach i wyspach wschodniej części Morza Śródziemnego łańcucha portów zapewniających bezpieczną żeglugę własnej flocie.




    Przy nadmorskiej promenadzie na wysokim cokole stoi popiersie najbardziej wpływowego polityka Aten i ateńskiego wodza Kimona, który w czterysta pięćdziesiątym roku przed Chrystusem podjął ofensywę przeciw Persji dowodząc niemałą flotą, bo liczącą sobie dwieście trier (starogreckie galery z trzema rzędami wioseł). Kimon odniósł zwycięstwo nad flotą nieprzyjaciela w pobliżu Cypru i obległ Fenicjan w Kition (Larnaka). Tam też zmarł, nie wiadomo czy w czasie walki, czy też na skutek choroby.


    Ateńskiego wodza Kimona dzieliła niewielka już odległość od kolejnej znanej ze starożytnej historii postaci, a mianowicie greckiego filozofa Zenona urodzonego w Kition, założyciela szkoły stoików.

   
To Zenon z Kition powiedział, że natura dała nam jeden język, a dwoje uszu po to, ażebyśmy słuchali dwa razy więcej, niż mówimy, a także chętnego losy prowadzą, niechętnego wloką.
    Nas chętnych losy zawiodły na obszerny plac z pomnikiem Zenona, który zdaniem Chryzypa miał grube uda, był wątły, słaby i z tego ponoć powodu odmawiał udziału w ucztach, zaś Diogenes Laertios pisał o nim że nigdy nie chorował i przeżył dziewięćdziesiąt osiem lat. Według Perseusza, Zenon z Kition przeżył siedemdziesiąt dwa lata i miał raczej ponure usposobienie, bywał nietowarzyski, niegrzeczny i dogmatyczny. Zwłaszcza nie lubił bogaczy i reagował na nich alergicznie. Jego wstrzemięźliwość stała się przysłowiowa. Był bardzo ceniony przez ludzi i władców. Gdy zmarł, wdzięczni Ateńczycy oddali mu hołd, przyznając wieniec, wystawiając pomnik spiżowy i wznosząc grobowiec na Keramejku.








    Kiedy tak obchodziliśmy greckiego filozofa dookoła, na placu uruchomiono jakby specjalnie dla nas fontannę, na szczycie której błyszczały w słońcu lecące najprawdopodobniej flamingi.





    Na wprost fontanny znajdowało się wejście, niestety tylko, na molo przystani jachtowej (o niej w jednym z kolejnych postów). Cała niedostępna marina ciągnęła się jakieś trzy kilometry i odgrodzona była od miasta wysokim murem zwieńczonym zasiekami z drutu kolczastego, za którym widoczne były liczne cysterny z ciekłym paliwem.
    Za Intercollege Larnaca, wąską gruntową, podmokłą uliczką, udało nam się przedrzeć nad morze. Uliczkę zamykała metalowa bramka, na szczęście otwarta, prowadząca na pomost przerzucony nad wiązką różnej grubości metalowych rur. Przenieśliśmy rowery i brzegiem usypanym z drobnych otoczaków dobrnęliśmy na falochron drugi w kolejności, bowiem na pierwszym rozgościła się inna para rowerzystów. Rozłożyliśmy się i my ze swoim obiadowym prowiantem wchłaniając jednocześnie morskie powietrze ogrzane słońcem. Ech, co za wspaniałe uczucie. Ciepły wiatr, szum morza, plusk rozbijających się o porowate głazy fal...







    Ażeby kontynuować naszą wycieczkę musieliśmy wrócić do owej bramki i z powrotem dojechać do wylotowej z miasta drogi B3 na  Dhekelia Road.
    Po minięciu portu i wszystkich zakładów związanych z przemysłem naftowym i gazowym mogliśmy już bez przeszkód podziwiać nabrzeżną zabudowę, luksusowe hotele, wille, apartamenty, zamknięte osiedla domów jednorodzinnych..., oddzielone od morza wspaniale zagospodarowanymi plażami z egzotyczną roślinnością.
    Ech, podobały mi się bardzo rezydencje z basenami, z wiecznie zielonymi ogrodami i dobrze rozplanowaną architekturą ogrodową. Domy z poziomu basenowych tarasów miały widok na morze i co najciekawsze wiele z nich ogrodzono transparentnymi płytami z pleksi, niektóre posiadały od zewnątrz powierzchnię lustrzaną, co utrudniało plażowiczom podglądanie mieszkańców. Jednak w styczniu mimo sprzyjającej pogody nie było ich wcale, a luksusowe wille wydawały się niezamieszkałe. Tylko gdzieniegdzie krzątali się ogrodnicy...


















































    - Przyjemnie byłoby spędzić lato w jednej z takich wilii pomyślałam.
Ech, do naszego trzygwiazdkowego hotelu wróciliśmy około osiemnastej, na godzinę przed kolacją.  




Larnaka, 12 stycznia 2016 roku

8 komentarzy:

  1. Ale intensywne zwiedzanie...jestescie entuzjastami o niesamowitej kondycji, idea rowerow wydaje mi sie strzalem w dziesiatke, mozna duzo wiecej zobaczyc a zarazem wygodnie dotrzec do przeroznych zakamarkow, piekna przyroda, a efekt plotow z pleksiglasu bardzo ciekawy...pozdrawiam serfecznie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rowerkiem to w każdą dziurę można zajrzeć i wiele zobaczyć...
      Gdybym mogła podróżować zawsze z moim mężem, to pewnie świat oglądalibyśmy z siodełka roweru, oczywiście z licznymi przystankami.
      Ciągle siedzi mi w głowie Góra Świętego Krzyża do której prawie dojechaliśmy ale nie wjechaliśmy na szczyt, a zatem muszę się tam wybrać ponownie...
      Serdeczności i buziole :**))

      Usuń
  2. Dziękuję za sentymentalną dla mnie podróż do czasów jednych z najpiękniejszych wakacji życia (1988 r) Ciekawie ogląda się znane i nieco odmienione widoki. W świątyni Łazarza byłam świadkiem niecodziennego, jak dla nas chrześcijan wydarzenia- uroczystość zaślubin zupełnie nie przypominająca znanych nam ceremonii. Najbardziej zaskakujące było to, iż zgromadzeni w świątyni goście kompletnie nie interesowali się przebiegiem ceremonii, a zachowywali tak jakby byli na towarzyskim spotkaniu; rozmowy, ploteczki, ... Piękną mieliście aurę. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz rację, śluby, wesela na Cyprze to zupełnie inna bajka.
      Opowiadała mi o nich Polka mieszkająca na Cyprze, której dzieci, chciałyby uroczystości zaślubin i przyjęcia organizować w Polsce u dziadków...
      O ślubach i przyjęciach weselnych pisałam już wcześniej w poście Wesele na Cyprze
      http://ewa-naprzeciwszczciu.blogspot.com/2013/04/wesele-na-cyprze.html
      Pozdrawiam serdecznie :)

      Usuń
  3. Fantastyczne - i wybrzeże, i cerkiew. Zapraszam nad Pilicę jak chcesz odmiany od roweru!

    OdpowiedzUsuń
  4. Tak, rowerowe dni lubię najbardziej. (Ostania bardzo mi ich brakuje) Zastanawia mnie jak tam jest ciepło, bo z jednej strony kurtki i czapki, a z drugiej moczenie stóp w morzu.

    OdpowiedzUsuń
  5. Wiem, wiem, cały Twój czas pochłania remont piwnicy. No ale coś za coś. Będzie pięknie!

    Cypr jest bardzo wietrzny, a więc coś na głowę się przydaje, kurteczki zaś są cieniutkie, taki typowy strój rowerzysty na chłodniejsze lata w Polsce.
    A w zacisznych miejscach, kiedy nie wieje, można z powodzeniem plażować.
    Ja osobiście nawet latem wkładam jakąś opaskę na głowę, bo wrażliwa jestem nawet na ciepłe powiewy.
    A i jeszcze, sporo osób kąpało się w morzu, tak jak wcześniej pisałam, temperatura wody zbliżona jest do tej latem na polskim Bałtyku.
    W niedzielę zrobiłam sobie pierwszą krótką przejażdżkę rowerową. Dzisiaj pewnie też wyruszę.
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń