sobota, 19 listopada 2011

OBRAZ XII - Ksiądz Aleksander

      CD
Przedszkole, szkoła podstawowa to dość spokojny okres mojego życia. Ci sami koledzy, ci sami nauczyciele, ci sami księża..., jak jedna wielka rodzina, gdzie każdy realizował swoje cele..., to również pamięć o tych, którzy w jakiś szczególny sposób wpłynęli na mój rozwój duchowy…
Popełniłabym błąd gdybym nie poświęciła czasu na przypomnienie sylwetki księdza Aleksandra Radulskiego, który swoją posługę kapłańską w Supraślu rozpoczął w październiku 1958 roku i przepracował w parafii dwadzieścia dwa lata. Był to szczupły mężczyzna, o pociągłych rysach twarzy, wysokim czole, sięgającym prawie połowy głowy, długim nosie i okrągłych ufnych oczach. Zawsze starannie ogolony, w sutannie i ze skórzaną teczką w ręce, przemieszczał się po miasteczku najczęściej rowerem.
Ten szlachetny, niezwykle skromny człowiek troszczył się o wszystkich, o dzieci, młodzież i dorosłych, odwiedzał chorych i niedołężnych, wspierał modlitwą i posłuchaniem. Kiedy moja babcia siedem swoich ostatnich lat życia spędzała przykuta do łóżka, on nie szczędził jej czasu. Przyjeżdżał często. Przywoził książki ze swojej biblioteki, które ja także czytałam z wypiekami na twarzy. Babcia opuściła nas w 1978 roku, przeżywszy 96 lub 100 lat. Różnica czterech lat nie została wyjaśniona i nikt nie potrafił powiedzieć czy mojej babci doliczono lata, czy też odjęto. Była to wspaniała kobieta, raczej cicha i łagodna, dbała o dom i o wszystkich domowników zarówno o syna i synową, jak i o wnuki.

Lata sześćdziesiąte ubiegłego stulecia 

Jedna z procesji Bożego Ciała ulicami Supraśla

     Kiedy mówię o księdzu Aleksandrze przychodzi mi na myśl sylwetka innego księdza, Jana Marii Vianneya. Ten niedościgniony wzór pokory, świętego z przełomu osiemnastego i dziewiętnastego wieku, jako żywo kojarzy mi się z właśnie z nim. Obaj jednym spojrzeniem czy też słowem zjednywali sobie szacunek tego z kim rozmawiali. Obaj pod posturą swych ascetycznych postaci kryli życzliwość, serdeczność, delikatność i wielkie serca. Cechowały ich zachowania pełne taktu i troski. Obaj żyli i pracowali w trudnych czasach.
Jan Maria Vianney powiedział: Wartość naszej duszy poznajemy po wysiłku, jaki czyni zły duch, by ją zgubić.
Ksiądz Aleksander, tak jak Jan Maria Vianney troszczył się o dobro rodziny. Pomagał nie raz rozwiązać problem wydawałoby się nie możliwy do rozwiązania.
I chociaż później pracował w Białymstoku, to jubileusz 50-lecia pracy kapłańskiej obchodził w swojej dawnej parafii, w Supraślu. Kościół tego dnia był wypełniony po brzegi, a po zakończonym nabożeństwie ustawiła się długa kolejka tych, którzy dziękowali mu za jego duszpasterską gorliwość i oddanie. Ja także przygotowałam kilka słów na tę okazję, a kiedy zbliżyłam się do Jubilata, mojego nauczyciela katechety, żeby złożyć mu życzenia, on zwrócił się do mnie tymi słowami: Ech, nie potrzebne to kadzenie.
Potrząsnęłam głową, upewniając go, że zasłużył sobie na uznanie i wdzięczność. Żałuję bardzo, że nie zapisałam tego, co do nas na zakończenie uroczystości powiedział. Pamiętam jedynie, że wszyscy długo nagradzali go owacjami, co jak zwykle wprowadziło go w zakłopotanie. Pamiętam pewne wydarzenie związane z jego pracą, które wtedy nam opowiedział. Otóż któregoś poranka z przesadną gorliwością rozpoczął mszę św. o minutę, czy też może dwie lub trzy za wcześnie, co zauważyła pewna Warszawianka, nauczycielka przebywająca na wakacjach w naszym mieście i dość ostro, wypomniała mu tę niepunktualność i rozporządzanie cudzym czasem…

Zapewne także lata sześćdziesiąte

Księża z parafii i nieco młodsi ode mnie

     Ksiądz Aleksander nigdy nie zabiegał o zaszczyty i tytuły, żył bardzo skromnie i nie gromadził dóbr materialnych. Swoją ziemską wędrówkę zakończył 29 kwietnia 2006 roku i zgodnie z wolą, zapisaną w testamencie, pogrzeb odbył się w jego rodzinnej parafii w Korycinie, bez przemówień i wspomnień, w atmosferze przejmującej modlitwy i skupienia. Mszę św. odprawił ks. arcybiskup metropolita białostocki Edward Ozorowski.

Kościół Znalezienia i Podwyższenia Krzyża Św. w Korycinie

W Roku Kapłańskim na cmentarzu w Korycinie

Zapalamy znicze na grobie księdza Aleksandra


       W 2010 roku, na początku czerwca, miesiąca kończącego Rok Kapłański, wraz z wieloma innymi osobami z Supraśla odwiedziłam jego grób, składając tym samym hołd człowiekowi, który bezgranicznie zaufał Bogu.

     Nie mogłabym zakończyć tego wpisu bez przypomnienia kilku lekcji religii, które lubiłam chyba najbardziej. Ksiądz Aleksander miał swoje własne sposoby na skuteczne przekazywanie wiedzy, którą posiadł i którą nieustannie zgłębiał.
Kiedyś, na początku Wielkiego Postu, przyniósł na lekcję religii całą teczką cukierków i nie były to jakieś landrynki, tylko czekoladowe słodkości pozawijane w kolorowe papierki. Wysypując zawartość teczki na biurko rzekł:
- To wszystko dla was, ale... na chwilę zawiesił głos:
- Wchodzimy w okres Wielkiego Postu, okres w którym każdy z nas powinien zrobić coś dla siebie, nauczyć się walczyć z pokusami i ćwiczyć silną wolę… po czym rozdał cukierki i poprosił ażebyśmy je pokazali po upływie czterdziestodniowej wstrzemięźliwości i dopiero potem możemy je zjeść. W ten sposób przekazał nam ewangeliczne prawdy o kuszeniu Jezusa przez szatana. Nie mieliśmy łatwego zadania, tym bardziej, że słodkości w owym czasie były trudno dostępne. Każdy jak mógł opierał się pokusie zjedzenia cukierków, których o ile dobrze pamiętam dostaliśmy po trzy, czyli do trzech razy sztuka, tak jak w Ewangelii…
Zapewne ksiądz Aleksander chciał dać szansę i tym którzy silnej woli nie mieli i tym, którzy próbowali przynajmniej odmawiać sobie niektórych przyjemności. Po lekcji religii popędziliśmy do sklepu sprawdzić, czy takie cukierki są w sprzedaży. Niestety, utwierdziliśmy się tylko w przekonaniu, że musimy ich strzec jak oka w głowie, żeby sprostać zadaniu i przezwyciężyć diabelskie podszepty… Swoje czekoladki schowałam gdzieś głęboko w tornistrze i starałam się o nich nie myśleć, ażeby niepotrzebnie nie pobudzać pracy ślinianek. Wspominałam już o tym wcześniej, że w moim domu raz w miesiącu,  pojawiała się chałwa, którą w dzień wypłaty kupował ojciec, a mama sprawiedliwie dzieliła ją na równe porcje.
 Ksiądz Aleksander mówił, że Bóg widzi w ciemnościach i gdybyśmy nawet owinęli ręcznikami krzyże wiszące w naszych domach i schowali się przed Nim na przykład w szafie czy na szafie to i tak będzie wiedział co robimy. Jako dziecko nie bardzo rozumiałam te słowa i kiedyś wdrapałam się na tenże mebel w sypialni moich rodziców, żeby sprawdzić czy z tej wysokości będę widziała Jezusa na krzyżu. Siedziałam tam mocno pochylona z głową prawie na kolanach i wyobrażałam sobie jak wyjadam ze słoika konfitury wykradzione ze spiżarni, których nikt nigdy nie zabraniał mi jeść, ale tak wtedy pojmowałam moje ewentualne grzeszne postępowanie…
Ksiądz Aleksander podsuwał nam wiele przykładów na to jak walczyć z pokusami i ćwiczyć silną wolę. Jego lekcje były zawsze ciekawe i nikt się na nich nie nudził.
Któregoś razu objaśniał nam typy i rodzaje osobowości według podziału Hipokratesa: sangwinik – osoba towarzyska, otwarta, ale nie zawsze wywiązującą się z podjętych zobowiązań; melancholik – typ emocjonalny, depresyjny; flegmatyk – ktoś spokojny, wyciszony; choleryk – osobowość trudna pobudzona, o cechach przywódczych…
Ksiądz podzielił nas na cztery grupy. Trafiałam do tej z przewagą cech sangwinika, co wywołało mój protest, ale kiedy ksiądz dodał, że mam też skłonności do dominowania wśród rówieśników przestałam protestować i chcieć udowadniać, że jestem najlepsza na świecie, że nikt nie jest taki słodki i dobry jak ja, że to niemożliwe, żebym posiadała jakiekolwiek negatywne cechy, że jest to ocena zbyt powierzchowna i nie dokładna.
Oszołomiona, słuchałam dalej. Ale inne typy wydały mi się jeszcze gorsze. Nie chciałam być ani melancholikiem, ani flegmatykiem, a tym bardziej cholerykiem. Potem usłyszeliśmy jak zachowalibyśmy się w sytuacji zagrożenia życia…
Pamiętam nawet kto do jakiej grupy trafił, i dzisiaj mogłabym powiedzieć, że to był dobry podział. Ksiądz znał nas na wylot, ale my tego nie rozumieliśmy.
W czasach mojej wczesnej młodości zawsze chciałam być pierwsza, zawsze miałam palce w górze z gotową odpowiedzią. Żywo reagowałam i lubiłam mówić, chciałam udowodnić mojemu duchowemu nauczycielowi, że nie mam wad… A on uśmiechał się do mnie i kręcił głową nie wierząc w moją doskonałość. Zrozumiałam to po wielu latach…
Ksiądz Aleksander nie lubił się fotografować, a więc wielu zdjęć nie zamieszczam.

CDN

4 komentarze:

  1. Oj Ewuniu nie wiem jak mam Ci dziękować za te piękne wspomnienia o Księdzu Aleksandrze, tak to wspaniały Duszpasterz...tak przez wielką literę pisany...ileż to wspaniałych godzin spędziliśmy u niego na "strychu" i zawsze z otwartą buzią słuchaliśmy co miał nam do powiedzenia. Kiedy tylko miał czas każdą wolną chwilę spędzaliśmy u Niego. A te "żywoty świętych" czytane kilkakrotnie do dziś zostały w pamięci. Mój szwagier był introligatorem i ks. Aleksander przynosił do niego wysłużone książki do oprawy aby przedłużyć ich żywot. Jaka była wtedy nasza radość. Siadałyśmy wszystkie u Mamy na łóżku (Mama chorowała i w młodym wieku nas opuściła, miałam wtedy 12 lat) i Ela moja starsza siostra czytała nam te wspaniałe książki, a my słuchałyśmy z zapartym tchem. Do dzisiaj widzę tą białą pościel, drobną głowę mojej Mamy na poduszce, a w nogach my... Po śmierci Mamy ks. Aleksander był całą naszą podporą, nie pozwolił się nam załamać. To prawda ks.Aleksander nigdy nie lubił się fotografować a jeżeli już musiał to stawał gdzieś z boczku, a jego wytarta sutanna ocierała niejedne łzy.
    Dziękuję Ewuniu za te wspomnienia na niedzielny poranek jak znalazł :)

    OdpowiedzUsuń
  2. @ halina
    Nawet nie wiesz, ile radości Ty mi sprawiłaś swoim komentarzem i swoim wspomnieniem o tym wyjątkowym kapłanie. Twój wpis i jeszcze kilka innych wspomnień, które usłyszałam dzisiaj od osób, które przeczytały "Obraz XII" podsunął mi pomysł zebrania wspomnień o księdzu Aleksandrze. Mogłabym to zrobić, gdyby tylko wszyscy Ci, którzy go pamiętają zechcieli do mnie napisać. W dzisiejszych dziwnych czasach, gdzie trudno o autorytety, przypomnienie sylwetki księdza Aleksandra wydaje się konieczne, tym bardziej, że o osobach duchownych pochlebne opinie słyszy się coraz rzadziej.
    Może ktoś z moich czytelników posiada zdjęcia księdza Aleksandra. Ja ciągle jeszcze pamiętam jego rower o dużych kołach, który nie raz był "zaparkowany" przed domem katechetycznym,tym na rogu ulic Piłsudskiego i 3-go Maja. Tak jakby to było wczoraj...
    Pozdrawiam serdecznie :)))

    OdpowiedzUsuń
  3. Jak to sie dzieje, ze Bog stawia nam na naszych drogach wlasnie takie wyjatkowe osoby? Ksieza z powolania, nauczyciele z powolania, osoby, ktore sa aniolami: przyjaciele, znajomi. Szkoda, ze swiat sklada sie w wiekszosci z ludzi przecietnych, szkoda. Przecietni politycy, przecietni dziennikarze...
    Twoje opisy Ewo sa tak niesamowicie cenne. Ja nigdy nie bylem w Supraslu i musialem go wpierw znalezc w googleearth, ale po przeczytaniu Twojego bloga czuje sie jak w jakims rodzinnym miejscu. Pozdrawiam. Jurek.

    OdpowiedzUsuń
  4. @ georg
    Wydaje mi się, że to jakich ludzi spotykamy na swojej drodze, w dużym stopniu zależy od nas samych, a przeciętność wynika z tej jakże modnej dzisiaj globalizacji, czyli wszystko takie samo, no może nie wszystko, bo pewnych rzeczy zmienić się nie da. Indywidualność i kreatywność nie jest w modzie, to takie porywanie się z motyką na księżyc. Czasami udaje się komuś przebić, ale ile wysiłku i ciężkiej pracy trzeba włożyć w to, żeby nie być wyśmianym i wreszcie zaakceptowanym...
    Zazwyczaj stosujemy się do przysłowia "jak wlazłeś między wrony, to kracz tak jak one", a czasami obok nas przechodzi ktoś niezwykły, a my tego nie dostrzegamy...

    Supraśl, to rzeczywiście wyjątkowe miasteczko. Samo jego położenie w sercu Puszczy Knyszyńskiej jest niepowtarzalne. Czy znasz inną taką miejscowość, której wszystkie drogi prowadzą właśnie do lasu?

    Pozdrawiam Cię serdecznie z mojego rodzinnego miasteczka i zapraszam do śledzenia dalszych wpisów z nim związanych :)))

    OdpowiedzUsuń