czwartek, 7 lutego 2019

Na szlaku maderskiego półwyspu Ponta de São Lourenço



    Najdalej na wschód wysunięta część Madery, jej długi cienki i mocno pofałdowany półwysep Ponta de São Lourenço, tak jak i cała wyspa, to góry pochodzenia wulkanicznego, zastygłe skały powstałe z materiału piroklastycznego, lawy i popiołów, z tym, że w tej części górotworu gołym okiem widać skutki silnej erozji morskiej na przykład w postaci dajek bazaltowych - fantastyczne struktury poprzecinane żyłami ciała skalnego powstałego przez intruzję magmy. 















    Kiedy tak sobie podróżuję, nieraz myślę ile ciekawych zawodów jest na świecie, chociażby zawód geologa, specjalisty od budowy Ziemi i procesów geologicznych, którym Ziemia nieustannie ulega - ten proces widoczny jest i na Ponta de São Lourenço, w estreito (wąski), miejscu gdzie przejście pomiędzy wypiętrzeniami jest bardzo wąskie. Przechodząc tamtędy miałam wrażenie, że za chwilę żywioły wody i wiatru oderwą kolejne płaszczyzny od i tak już cieniutkiej pionowej ściany, albo że ściana ta za chwilę runie odcinając kolejny fragment półwyspu Ponta de São Lourenço, tak jak odcięła już dwa inne leżące dalej, Ilhéu da Cevada (zwanym także Ilhéu de Agostinho) oraz Ilhéu do Farol, oba niedostępne zwykłemu turyście.

     Na szczycie Ilhéu do Farol, porośniętej krzewami i trawiastą zieloną roślinnością wybudowano latarnię morską - Farol da Ponta de São Lourenço. Konstrukcję ośmiobocznej kamiennej wieży, wysokiej na dziesięć metrów, zakończonej galerią i latarnią zatwierdzono dekretem 10 września 1866 roku. Wyposażoną w soczewkę Fresnela, której rotacja napędzana była mechanizmem zegarowym, oddano do eksploatacji cztery lata później. W 1956 roku zainstalowano na niej lampę żarową o mocy 3000 W, a w 1983 latarnię w pełni zautomatyzowano - transportu nowego sprzętu o wadze dziesięciu ton podjęły się jednostki powietrzne. Od 2000 roku nowoczesny system zasilają baterie słoneczne.
    Na wysepkach nie występują drapieżniki lądowe. Obszar ten (rezerwat) jest wylęgarnią ptaków morskich, gniazdują na nim rybitwa różowa (Sterna dougallii) i burzyk mały (Puffinus assimilis).



    Ażeby zobaczyć ten cud natury, po dość wczesnym śniadaniu i wypakowaniu plecaka prowiantem, wyruszyliśmy na wschód, z Garajau jedyną możliwą i najbardziej chyba lubianą przez nas drogą ekspresową VR1 do Caniçal. Po raz kolejny zachwycaliśmy się konstrukcją płyty lotniska w Santa Cruz wybudowanej na palach (kliknij tutaj). Potem minęliśmy Machico (tutaj) i w Caniçal tuż przy dużym rondzie kończącym autostradę zrobiliśmy krótki postój na stacji paliw Galp. Stamtąd drogą ER109 dotarliśmy do parkingu Ponta de São Lourenço - odległość około czterech i pół kilometra.










    Auto zaparkowaliśmy wzdłuż drogi, na długim placu, za sporą już o tej porze dnia ilością samochodów osobowych. Za nami zostało jeszcze dużo wolnych miejsc, o które w późniejszych godzinach naprawdę trudno.
    Pierwszy nasz zachwyt wzbudził widok na zatokę Baía d’Abra, przy brzegu której białymi liniami wyznaczono miejsca parkingowe i zapewne specjalnie posadzano rząd palm łagodzących nieco działanie wiatru.
    Robimy zdjęcia zatoki z widokiem na końcówkę półwyspu i widoczne stąd Ilhéu da Cevada i Ilhéu do Farol. Dobry obserwator zauważy koniuszek wspomnianej wyżej latarni, widocznej także podczas naszej wędrówki z innych przystanków.





    Przed nami szlak około czterokilometrowej długości, dla jednych łatwy dla drugich trudny, a dla innych nie do przebycia ze względu na niczym niezabezpieczone urwiska, tylko z rzadka pojawiają się metalowe pręty powbijane w skały, połączone linkami. Zdarzają się wypadki tego typu jak skręcenie nogi w kostce, taki przydarzył się w lipcu ubiegłego roku czterdziestopięcioletniej Francuzce, którą ewakuowano drogą morską do portu Quinta do Lorde, a następnie karetką do Machico. Należy pamiętać, że po tym obszarze poruszać się można jedynie pieszo i że w razie wypadku pomoc jest utrudniona.
    Pierwszy odcinek szlaku jest łatwy. Najpierw duża zielona przestrzeń, z zejściem do uskoku pomiędzy górami, z drewnianą kładką świadczącą o czasowo podmokłym terenie i wspaniałe widoki na
Baía d’Abra i koniec półwyspu z prześwitem w wystającej w morze bazaltowej skale. Do zatoki pływają z Funchal łodzie. Rejsom tym często towarzyszą delfiny.
















     Z uskoku wąskie schody prowadzą pod górę i pomału zaczynają się wyłaniać wody Atlantyku po przeciwnej stronie górotworu. Emocje podsyca silny wiatr, który co bardziej płochliwych wędrowców przygina do ziemi.
     Zbliżamy się do kolejnego punktu z widokiem na północ i tutaj obserwujemy skaliste urwiska z doskonale widoczną budową geologiczną skał. W szalejącym, targającym nami wietrze, mocno utwierdzamy nasze stopy w kamienistej nawierzchni. Napotkany na szlaku Polak robi nam kilka zdjęć, a ja fotografuję jeszcze pojedyncze wystające kamienne twory zalewane wodami oceanu.









    Na południowym wschodzie majaczą kontury trzech skalistych, pustynnych i niezamieszkałych wysp Ilhas Desertas:
Chão (98 m n.p.m),
Deserta Grande (488 m n.p.m)
Bugio (411 m n.p.m).
    Żyje tam kilkadziesiąt zagrożonych wyginięciem ssaków płetwonogich z rodziny fokowatych, mniszka śródziemnomorska
(Monachus monachus). 


    Dalej maszerujemy wyciosanymi w zboczu schodami. Chwilami, łapiąc oddech, rozglądamy się a to za siebie, a to przed siebie, oceniając odległości i nasze siły. Ryszard nieco mniej optymistycznie postrzega naszą wyprawę, ja natomiast pełna pozytywnych emocji, ciekawa jestem jej dalszego przebiegu. Obserwujemy innych piechurów, wyglądających jak kolorowe główki szpilek krawieckich, znajdujących się na pokonanych już przez nas ścieżkach wyrzeźbionych w warstwach skalnych. Piękne obrazy tworzy niska roślinność z endemicznymi gatunkami. Ponoć na półwyspie jest ich trzydzieści jeden. Nie liczyłam! Ze względu na silne wiatry nie rosną tu drzewa.





















    Pogoda znakomita! Białe delikatne kłębki na błękitnym niebie nie zasłaniają słońca, którego światło wydobywa z otoczenia najpiękniejsze barwy. Dominują brązy, czerwień, pomarańcz, kolor piaskowy, zieleń, odcienie szarości, a także czerń, w miejscach zacienionych dająca wrażenie otchłani.
    Do takiej właśnie otchłani docieramy najwęższym przejściem zabezpieczonym po dwóch stronach rozciągniętymi pomiędzy metalowymi prętami linkami. Tutaj chyba każdemu burzą się trzewia a dreszczyk emocji przeszywający ciało nie dla wszystkich jest przyjemny.
    Idę, chowając strach w kieszeni! 












    Za przewężeniem od razu wzniesienie, co także pobudza wyobraźnię. Ale zaraz obok dość łagodnie biegnąca ścieżka do Casa do Sardinha, schroniska pod palmami wybudowanego pośrodku zielonego pustkowia, ziem należących niegdyś do Manuela Bettencourta Sardinha, a następnie jego spadkobierczyni, wnuczki Françoise Delput, która w 1996 roku odsprzedała je Regionowi Autonomicznemu Madery, pod warunkiem ochrony tych terenów. Dom Sardinha znajdujący się na obszarze chronionym, nadzorowanym przez obserwatora przyrody, otwarty jest dla wszystkich w godzinach 10:00 - 16:30.



















    Z piknikiem rozkładamy się w zielonych kwitnących trawach i po krótkim odpoczynku penetrujemy okolicę, zachwycając się nieustannie krajobrazem tak różnym od innych, naturą dziką, całkowicie nieujarzmioną przez człowieka.














    W drodze powrotnej nie robimy zdjęć, co znacznie skraca czas wędrówki.
    Docieramy do naszego auta i stwierdzamy, że przy tak pięknej pogodzie grzechem byłoby nie skręcić tuż za portem Quinta do Lorde do Miradouro da Ponta do Rosto, punktu widokowego, do którego przybywają wycieczki autokarowe skąd turyści podziwiają skalisty brzeg Ponta de São Lourenço i zachodnią Maderę.









    Wracając postanowiliśmy jeszcze przekroczyć bramę malowniczo położonej wioski, w której znajduje się słynny pięciogwiazdkowy hotel z prywatną przystanią, znakomite miejsce do spokojnego wypoczynku.














    Nie był to nasz ostatni przystanek tego dnia, ale o kolejnej przygodzie w Parku Queimadas w następnym poście.
    Madera, 7 kwietnia 2018 roku


Linki do pozostałych postów o Maderze:

*Madera - fenomen doliny Curral das Freiras 
*Z Pico Dos Barcelos do Câmara de Lobos 
*Jedyna taka!
*Na szlaku maderskiego półwyspu Ponta de São Lourenço 

*Madera - Santana i Park Leśny Queimadas

10 komentarzy:

  1. Niesamowite mnóstwo kolorów. A te widoki - bajeczne. Jestem zachwycona!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda Urszulo, tylko natura tworzy tak piękne, bajeczne krajobrazy.
      Mam nadzieję, że jeszcze tam wrócę.
      Pozdrawiam ciepło :)

      Usuń
  2. A dziś to napiszę, że zazdroszczę Ci czasu na opisywanie wrażenie. Dzięki temu jesteś bogatsza o utrwalone wspomnienia. Mnie ledwie udało się z jednego miejsca zrobić króciutki wpis i już zabierałam się za kolejne, aby nie umknęło. A mam przecież świadomość, iż to zaledwie szkic, zarysowanie tematu, powierzchowne, niezgłębione. Ale jak nadążyć ze wszystkim, kiedy codzienność pożera niemal całe zasoby minut, jakimi dysponujemy. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda, tylko my wiemy ile czasu pochłania samo zebranie materiału, a później opracowanie go i umieszczenie na blogu. Ja na dodatek mam potrzebę wstawiania większej ilości zdjęć, co także jest bardzo czasochłonne. Zdjęcia w oryginale są za duże i niestety muszę je zmniejszać co znacznie pogarsza ich jakość...
      Moje najlepsze szkice powstają w nocy, ale nad ranem pomysły ulatują i tworzę zupełnie coś innego...
      Za parę lat będziesz miała wystarczająco dużo czasu, żeby opisywać swoje wrażenia, ale czy nadal będziesz tego chciała, nie wiadomo. Siedzący tryb życia jest bardzo uciążliwy. Tymczasem pisz ile dasz rady, lubię bardzo Twój styl...
      Uściski :)

      Usuń
  3. Niesamowicie miło spędziłam czas, znakomity post. <3 Zdjęcia zachwycają, jakie widoki i te kolory. Woda, góry, a do tego prześliczne łąki, a jeszcze do tego tyle fioletowych kwiatów. Można się zakochać. Widać ogrom radości na Waszych twarzach, pięknie się uśmiechacie. Takie fotorelacje motywują do działania. Bardzo serdecznie pozdrawiam. :))))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za miły komentarz. To prawda, że w takim miejscu można się zakochać i pałać chęcią powrotu do tej bajkowej krainy. Wciąż obserwuję propozycje wyjazdów na Maderę.
      Pozdrawiam ciepło i zapraszam :)

      Usuń
  4. Szacun, szacun i jeszcze raz szacun, że pokonaliście tę trasę.
    Widoki zapierają dech. M. byłby zachwycony.
    Dziękuję za cudną wycieczkę.
    Wszystkiego dobrego Ewo.:)
    Pozdrawiam wytrwałych podróżników.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ech Basiu, chciałabym się tam wybrać raz jeszcze i trafić na tak piękną pogodę jaka była tamtego dnia. Niektórzy jeżdżą na Maderę po kilka razy, żeby trafić wreszcie na sprzyjające warunki pogodowe szczególnie te w najwyższych partiach górskich.
      Uściski i wszystkiego dobrego :)

      Usuń
  5. Piękne miejsca i wspaniałe kolory na zdjęciach. A te szlaki akurat dla mnie. Przyjemnie było wędrować z Tobą.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mariolu, Madera czeka na takiego odkrywcę jakim jesteś Ty.
      Buziaki :)

      Usuń