środa, 27 lipca 2011

OBRAZ IV " Czekolada"

CD

     Wojtek ostatnią sobotę karnawału spędzał razem z Martą w Bohemie. Tam z kolei, ojciec jego dziewczyny świętował z przyjaciółmi jubileusz swoich czterdziestych urodzin.
 Byłam dumna z mojego osiemnastolatka. Szczupły, młody, wysoki mężczyzna, tuż przed maturą…Jak ten czas szybko leci. Jeszcze nie tak dawno woziliśmy go w wózeczku.

 Wojtek urodził się 11 listopada 1992 roku. Szczęśliwy ojciec często powtarzał, że powinniśmy mu nadać imię Józef, na pamiątkę wydarzeń z 11 listopada 1918 roku, kiedy to po 123 latach zaborów, Polacy otrzymali niepowtarzalną szansę odzyskania utraconego bytu narodowego, a Józef Piłsudski przejął od Rady Regencyjnej Naczelne Dowództwo nad formującym się Wojskiem Polskim i w trzy dni później całą władzę cywilną.
 Znamy wydarzenia z tamtych lat, a wielu z nas pamięta, że Święto Niepodległości przywrócił narodowi Sejm IX Kadencji w 1989, tj. trzy lata po narodzinach Wojciecha.

Ja i mój starszy brat Ryszard

 Czy to nie czysty paradoks? Kiedy ja pchałam się na ten świat, umierał Stalin. Dzień po moich narodzinach cały blok wschodni pogrążył się w żałobie. Z radia płynęła muzyka poważna, słychać było rozpacz ludzi, wyły syreny, a mój sześcioletni brat płakał.
Na pytanie mojej mamy, dlaczego płacze, odpowiedział:
 - Wszyscy w radiu płaczą, bo umarł dziadzia Stalin.
Mama uspokoiła brata łagodnym głosem mówiąc:
 - To, co stare musi kiedyś odejść. Zobacz urodziła ci się siostrzyczka, nowe życie. Chodź, popatrz, jaka jest malutka i wydaje się być radosna, nie płacze.
To były czasy, kiedy położne przyjmowały porody w domu.
Kilka dni później mama przykazała mojemu tacie:
 - Leć Władeczku do magistratu i zgłoś narodziny naszej córki Ewy Marii.
 Radosny ojciec pobiegł do „supraskiego ratusza”, ale po drodze zgubił gdzieś drugie imię i zapisał tylko pierwsze Ewa i tak już zostało.

Pamiętam kolory tej sukienki 



    A ja byłam dumna ze swojego imienia, chociaż w szkole dzieciaki tworzyły różne rymowanki typu: „Ewka konewka, Ewka marchewka” i próbowały wyprowadzić mnie z równowagi. Podobnie było z nazwiskiem. Do dzisiaj dźwięczy mi w uszach wierszyk: „Pani Malinowska się opala, a pan Malinowski się podwala…”
Nie dałam sobie w kaszę dmuchać. Wszyscy wiedzieli, że takie wierszyki mogą deklamować w bezpiecznej ode mnie odległości. Nie daj Boże, żeby ktoś stał w zasięgu mojej ręki.

Sycylia - katedra w Monreale

  I tak oto, Ewa, według Biblii pierwsza kobieta, żona Adama, matka wszystkich ludzi, w języku hebrajskim dająca życie, rozpoczęła swoją przygodę na ziemi.
 Dzisiaj, ilekroć, ktoś kojarzy to imię z kusicielką, która za swój grzech została wypędzona z Raju, próbuję wyjaśniać, że Bóg najpierw stworzył Adama i przykazał mu:
 -„Możesz jeść do woli ze wszystkich drzew ogrodu, ale z drzewa, które daje wiedzę o dobru i złu, jeść nie będziesz! Gdybyś z niego zjadł, czeka cię pewna śmierć” (Księga Rodzaju 2,16 – 2,17).
Dopiero potem, kiedy Bóg zesłał twardy sen na człowieka, wyjął zeń żebro i ukształtował kobietę. Jednym słowem uczynił Adama odpowiedzialnym, za losy ich dwojga. Słabej woli Adam, oczarowany Ewą, uległ pożądliwości ciała i oczu, i uczuciu pychy, i spróbował zakazanego owocu z Drzewa Poznania Dobra i Zła, skazując siebie i żonę na tułacze życie poza Edenem.
 Jak potoczyłyby się losy tych dwojga, gdyby to Adam przejął inicjatywę i zaproponował Ewie inny owoc? Tego nie dowiemy się nigdy!

     Moje dzieciństwo upływało w głębokiej nieznajomości ówczesnego świata. Wszystko to, co dzisiaj urasta do rangi problemu, kiedyś problemem nie było. Ludzie doskonale dawali sobie radę w tych latach niedostatku, skutecznie chroniąc swoje dzieci przed czyhającymi je niebezpieczeństwami. Wszystko, co złe było gdzieś poza mną. Rodzice nigdy nie prowadzili rozmów w mojej i braci obecności. Nauczeni doświadczeniem z czasów wojny i świadomością panującego ustroju, nie wyrażali głośno swoich opinii ani o świecie, ani też o ludziach, z którymi się spotykali i przyjaźnili.

Na terenie Prus

Sami poznali się w czasie II wojny światowej, wywiezieni na roboty na teren Prus, w okolice Stadt Deutsch Eylau (od 1945 r. oficjalna nazwa miasta to Iława). Mama urodziła się w Jarocinie, ale przed wojną mieszkała w Brodnicy. Tam skończyła szkołę średnią ze znajomością języka niemieckiego. Ojciec urodził się w małej wsi Zasady, około 9 km od Supraśla. W połowie września 1939 roku został wywieziony i uwięziony przez Niemców najpierw w stalagu I A, a potem XX B w Marienburgu – niemiecka nazwa Malborka.
18 lipca 1940 roku przeniesiono go do pracy w gospodarstwie u bauera Ferdynanda Pohla.

 Aniela i Władysław - 01.07.1945

Po wojnie, rodzice osiedlili się najpierw w Brodnicy, gdzie w czerwcu 1945 roku wzięli ślub, potem wyjechali do Kołobrzegu. Mama pracowała jako księgowa w Zarządzie Miejskim, a następnie jako zastępca przewodniczącego Prezydium Miejskiej Rady Narodowej. Ojciec trudnił się nielegalnym odławianiem łososi i zarabiał niezłe pieniądze, podczas gdy jego ukochana Anielka żyła w nieustannym strachu, z wizją męża za kratkami. W czasie drugiej wizyty w rodzinnych stronach mojego taty, rozejrzała się za pracą w Białymstoku i postanowiła, że sprowadzą się tutaj na dobre.

Mama, ja, brat Tomasz

 Ja i mój młodszy brat urodziliśmy się już w najpiękniejszym zakątku Puszczy Knyszyńskiej.
W czasach, kiedy posyłano mnie do przedszkola Supraśl wyglądał zupełnie inaczej niż dzisiaj. Ulice miasteczka, poza może dwiema głównymi, nie posiadały utwardzonych nawierzchni. Dzieciaki bawiły się na piaszczystych ulicach i nikt nie martwił się o ich bezpieczeństwo, bo zagrożenia żadnego nie było. Może tylko, raz w tygodniu zjeżdżali furmankami rolnicy z okolicznych wsi, ażeby sprzedać płody ziemi, jajka, mleko, śmietanę, sery…
 O telewizji jeszcze nikt nie słyszał. Sąsiedzi żyli w zgodzie i często popołudniami przesiadywali na przestronnych gankach gawędząc o tym i owym, podczas gdy ich pociechy ganiały po ulicy, nierzadko z pajdą chleba w ręce i gilami pod nosem. Nauczyłam się robić sama takie kanapki na wynos. Wystarczyło tylko, aby ktoś ze starszych odciął grubą kromkę z bochenka chleba, a potem mogłam już obficie posypać ją cukrem i specjalną techniką skropić wodą. Nie było to łatwe zadanie. W jednej ręce trzymałam chleb, w drugiej kubek. Przytrzymując palcem wskazującym stróżkę wody wyciekającą z naczynia kierowałam ją na kryształki cukru, które po chwili rozpuszczały się tworząc coś w rodzaju skorupy na miękkim świeżutkim chlebie. Musiało być pyszne, skoro pamiętam to do dzisiaj.
Rodzice wynajmowali wówczas mieszkanie na Nowym Świecie, tuż przy Świętej Sośnie.
 Któregoś dnia, wystrojona w białą muślinową sukieneczkę z krótkimi rękawkami i okrągłym kołnierzykiem pod szyją, w białych króciutkich skarpetkach i ciemnych sandałkach na drobnych stópkach, zapinanych na paseczek tuż obok kostki, biegałam z Jaśkiem z sąsiedztwa po piaszczystej ulicy. Jasiek miał na nogach identyczne skarpetki i sandałki jak moje, białą koszulkę ( t-shirty wówczas nie istniały) i krótkie czarne spodenki na szelkach zapinanych z przodu na dwa duże białe guziki. Były tam jeszcze i inne dzieci, a także mój starszy brat. Mogłam mieć nie więcej niż cztery lata. Radosna, rozbrykana dziewczynka z blond loczkami opadającymi na ramiona i jednym dużym lokiem wykręconym na palcu na środku czoła. Z wielką przyjemnością oglądam zdjęcia z dzieciństwa. Są naprawdę wzruszające i piękne.


Z Jaśkiem z sąsiedztwa

Ale wracam do mojej opowieści. Biegałam sobie beztrosko, podśpiewując i podskakując raz na jednej, raz na drugiej nodze, kiedy nagle z bocznej wąziutkiej uliczki Piaskowej ktoś wyjechał rowerem. Wpadłam wprost pod przednie koło. Jakże się ucieszyłam, kiedy ujrzałam pochyloną nade mną sylwetkę księdza proboszcza Bójnowskiego (wówczas wikarego) w sutannie. Ksiądz Stanisław podniósł mnie z ziemi, zapytał czy nic mnie nie boli, a kiedy kręciłam głową, mówiąc, że wszystko w porządku, sprawca wypadku wyjął z przepastnej kieszeni swojej czarnej sukienki wielką czekoladę, pogłaskał mnie po blond główce i na pociechę wręczył słodkości.
Dygnęłam przed proboszczem i z promieniejącą ze szczęścia twarzyczką pobiegłam w stronę ganku, krzycząc radośnie:
 - Mamo, tato, ksiądz mnie przejechał i dostałam czekoladę!
Rodzice cieszyli się, że jestem cała, a dzieciaki obstąpiły mnie w nadziei, że obdaruję je moją zdobyczą. Nic podobnego się nie stało. Przyciskałam do piersi wielką tabliczkę czekolady, krzycząc:
 - Idźcie tam, to może ksiądz też was przejedzie!
Później, kiedy byłam już nieco starsza, wspominaliśmy często ten wypadek, śmiejąc się, że wszystko dobre, co się dobrze kończy. Ksiądz proboszcz nie ukrywał, że się bardzo wówczas przestraszył!

CDN

4 komentarze:

  1. Kiedy ja się rodziłam, wybuchł w Afryce wulkan ;) Ma się siłę przebicia, nie sądzisz? X,D
    Rozbrajające miałaś dzieciństwo :D Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  2. @ Barbara

    Warto sprawdzić jakie wydarzenia miały miejsce w dniach naszych narodzin. Zajrzałam także do 22 czerwca ???? ( wiem, wiem, głośno nie powiem ). Działo się sporo dobrego, a ten wulkan... No cóż, pewnie miał jakiś wpływ na Twój niełatwy charakter ( przepraszam, ale to Ty wspominałaś o swojej gwałtowności... ) Ech ! Każdy z nas ma w sobie tyle energii !!! I to jest piękne !!!
    Pozdrawiam :D
    Gdybyś zechciała podpowiedzieć, jak umieszczać po prawej stronie obserwowane blogi, tak jak to TY robisz :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Pocieszny obrazek z dzieciństwa i ciekawa impresja z dawnego Supraśla.

    Pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zdjęcia z przed lat mają dla mnie wartość sentymentalną. Nie mam ich za wiele.
      Pozdrawiam także serdecznie i zapraszam :)

      Usuń